Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ze starej prasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ze starej prasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 kwietnia 2017

1937 - W karczmie i w kościele

Burze z maja 1937 wywołały wiele szkód w różnych miejscach kraju, najgłośniej było wówczas o pożarze ogromnego zbiornika wódki w poznańskich zakładach Akwawit, wywołanych uderzeniem pioruna. Jednak w artykule na ten temat znalazłem też wzmiankę o zdarzeniu, w którym kryje się pewna ironia losu:

W Cielczy uderzył grom w karczmę w chwili, gdy kilku gości grało w karty.
Pio­run przeleciał przez izbę, nie czyniąc żad­nemu z grających krzywdy. W tej samej
Cielczy piorun poraził wdowę Florczakową w chwili gdy w kościele zapalała gromnicę
[Nasza Praca, 30 maja 1937, JBC UJ]

czwartek, 6 października 2016

1912 - Makabra ze starej prasy

Mówi się że dzisiejsze gazety nastawione są na silne emocje, i że dziennikarskie hieny lubują się w krwi i drastycznych szczegółach. Tymczasem przeglądając stare gazety mam wrażenie, że już wtedy poczucie wrażliwości tematu było u żurnalistów mocno przytępione, czego dowodem opis tragicznego wypadku z początku minionego wieku:


Śmierć we młynie.
Straszny wypadek zdarzył się we wsi Zemborzycach pod Lublinem. Stefan Ptaszyński, zięć młynarza dzierżawiącego młyn dworski, poszedł nocą doglądać mlewa, a ponieważ był mróz, odział się w kożuch.
Wtem, gdy przechodził koło drąga żelaznego, który jest poruszany przez turbinę, a obraca się podobno sześćdziesiąt razy na minutę, drąg ów schwycił go za kożuch i obracając się tłukł go o podłogę tak, że szczątki ciała rozbryzgane po ścianach i podłodze zbierano potem łyżkami.
 Wybiło nieszczęśliwym człowiekiem dziurę w podłodze, a nogi potrzaskane wpadły przez ten otwór w rzekę, gdzie potem ledwo zdołano je odnaleźć. Żona młynarza obudzona niezwykłym turkotem młyna obudziła męża, żeby poszedł zobaczyć, co się tam stało. Młynarz zerwał się co prędzej, biegnie do młyna, woła zięcia, niema go, nikt się nie odzywa. Wtem spojrzy - a tu kożuch okręcony na drągu. Pobiegł, zastawił turbiny, przypada do kożucha
— Boże Wielki! dziura w podłodze i rozbryzgane ciało! — Zemdlał biedny teść i leży sam jak bez duszy, aż nadszedł ktoś ze służby zbudzonej też znać przez młynarzową.
 Nieboszczyk pozostawił żonę, małe dziecko i rodziców w podeszłym wieku.

[Gazeta Świąteczna 18 lutego 1912 EBUW]
Albo choćby ten wypadek lotniczy z Wielkiej Brytanii:
 ... Lotnik wzniósł się balonem w powietrze. Jeden ze spadochronów nie otworzył się gdy już trzeba było powoli spuszczać się na ziemię i lotnik spadł z wysokości 2 tysięcy stóp. Leciał on z szaloną szybkością i spadając na jabłoń trafił głową w ostry, wystający konar. Jak jabłko nabiła się głowa na konar, odrywając odrazu od ciała, które upadło na ziemię tworząc bezkształtną masę. (...)
[Sport 19 października 1910 EBUW]

czwartek, 24 marca 2016

Tajemnica nadwieprzańskich traw

Przeglądając stare gazety w poszukiwaniu ciekawostek, natknąłem się na sprawę bardzo starą, bardzo ciekawą a zarazem tajemniczą. Wedle doniesienia czytelnika jednej z XIX wiecznych gazet, swego czasu polski chemik odkrył że możliwa jest produkcja cukru z pewnego gatunku trawy:

List Obywatela Woiewództwa Lubelskiego,
do Redakcyi
Pamiętnika Technologicznego Piast.

Wyczytawszy w gazetach Warszawskich wyiątek z pism publicznych Niemieckich, iakoby w Wiedniu, więzień wynalazł sposób robienia cukru z siana, spieszę z doniesieniem do publicznéy wiadomości, za pośrednictwem peryodycznego pisma Piasta, iż przed lat 30 nasz rodak Strasser wielki chemik, mnie osobiście dobrze znany, czas nieiaki mieszkając w okolicach Lublina, robił syrop i cukier z trawy nad Wieprznéy.
Trawa ta nigdzie indziey nie znana, rośnie obficie nad brzegami Wieprza, w mieyscach niskich, na wiosnę od wody zalewanych; iest osobliwszego rodzaiu, trzyma ona środek między trawą a trzciną do które'y iest więcey grubością i kolorem podobna , rośnie na półtora i więcéy łokcia wysokości, iest ostra i twarda a iednakże iest od bydła i koni nadzwyczaynie lubiona, tak, że nieraz zdarzyło mi się widzieć naydelikatnieysze konie porzucaiącę owies a łakomie tę trzcinę pożeraiące.
Nie iest mi wiadome nazwisko botaniczne tey trzciny; my ią zowiemy zwykle siano nad wieprzne, wieśniacy polscy zowią ią Szuwarem miodowym a ruscy Sołodycia, oba te gminne nazwiska dowodzą własności rośliny. To pewna, iż badyl téy trawy urwany i zgnieciony w palcach, wydaie z siebie miazgę lepką i mocno słodką bez żadnego obrzazgu.

Robił Strasser wiele z tą trawą doświadczeń których lubo w owym czasie obecny, teraz nie pomnę: ile mogę spamiętać powtarzał często:
1) iż mało co mniéy by wydała cukru od trzciny Amerykańskiéy,
2) iż nie trzeba iéy kosić po wiośnie, iak się to zwykle robi, lecz czekać zupełnéy w iesieni doyrzałości, to iest aż, łodyga czyli badyl ciemnego koloru nabierze.
3) iżby może do większéy ieszcze daleko doskonałości doszła, gdyby stosownie uprawiana była.

Miał ieszcze Strasser więcéy wtéy mierze robić doświadczeń, a nawet machinę do gniecenia łodyg zrobić rozkazał, gdy wyiazd iego do Lwowa, a wkrótce przypadła śmierć, przerwały pasmo tak ciekawych i korzystnych dla kraiu doświadczeń, które ia teraz sądzę bydź moim obowiązkiem,do publiczney podać wiadomości , azaliż ta kraiowa roślina nie będzie nam mogła, lepiey niż trudne do uprawy buraki stać się źródłem słodyczy i kraiowych skarbów. [pisownia oryginalna] [1]
 Informacja bez wątpienia ciekawa. W tym czasie pogląd że buraki cukrowe są najlepszą alternatywą dla cukru trzcinowego nie był jeszcze ugruntowany, próbowano produkować cukier z różnych źródeł, nawet wytwarzano syrop ze skrobi ziemniaczanej zawierający głównie glukozę. Choć pierwszą cukrownię bazującą na burakach założono w 1801 roku w Konarach, to jednak produkcja na na tyle dużą skalę, że można było zastąpić drogi zamorski cukier krajowym nastąpiła dopiero w drugiej połowie XIX wieku.

W związku z tą informacją nasuwa się dość oczywiste pytanie - o jaką "trawę" chodzi?
Skoro był to gatunek podobny lecz mniejszy od trzciny i rosnący nad rzeką na terenach okresowo zalewanych, to najprawdopodobniej jest to jakaś turzyca.
Z opisu wartości przyrodniczych doliny Wieprza wynika, że okresowo zalewane łąki porasta turzyca zaostrzona, oraz zbiorowiska turzycy pęcherzykowej, ponadto trafia się turzyca prosowa i tunikowa.[2] Mogłaby jeszcze pasować mozga, ale ta jest wyższa, dorównuje trzcinie.
Nie znalazłem jednak informacji czy turzyce te faktycznie mają słodki miąższ, nie sposób więc potwierdzić relacji.

Jeśli chodzi o tego chemika, to najprawdopodobniej był to Ludwik Strasser, właściwie lekarz ale z żyłką przemysłowca, który zajmował się między innymi eksploatacją słonych źródeł. Miał nawet zakładać wraz z Hugonem Kołłątajem kopalnię soli ale interes nie wypalił.[3] Zmarł w roku 1804 co mniejwięcej pasowałoby do opisu z listu, wedle którego miał zająć się produkcją cukru "przed trzydziestu laty" ale nie rozbudował produkcji bo zmarł.

Byłoby ciekawie zbadać czy faktycznie nadwieprzańskie turzyce zawierają dostatecznie dużo cukru aby produkować z nich syrop. Nie miało by to raczej zastosowania przemysłowego, ale może jakiś ekologiczny produkt regionalny?
----------
[1] Przewodnik Polski 16 marca 1829, EBUW
[2] http://wieprz.ekolublin.pl/03a_dzie/bog_prz.php
[3] http://ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/ludwik-strasser-h-wlasnego

wtorek, 14 lipca 2015

1887 - Pierwsze polskie Sudoku?

Łamigłówka logiczna Sudoku zdobyła w ostatnich latach dużą popularność, często pojawiając się w prasie zamiast krzyżówek. Dlatego też pewnym zaskoczeniem było dla mnie stwierdzenie, że zagadki w pewym stopniu podobne do sudoku, pojawiały się w polskie prasie już w XIX wieku.

Pierwsze zadanie o podobnej formie jakie udało mi się znaleźć, zostało opublikowane w Tygodniku Ilustrowanym, w numerze 215 z roku 1887. Było nieco bardziej wymagające dla czytelnika, polegało bowiem na stworzeniu jak największej ilości kwadratów magicznych o zadanych właściwościach:

Kwadrat magiczny to taki układ liczb wpisanych w kratki kwadratu, że suma liczb w kolumnach i rzędach jest zawsze taka sama. Najprostsze układy to kwadraty zawierające tą samą liczbę we wszystkich kratkach. Za bardziej wyrafinowaną formę uznaje się kwadrat zawierający kolejne liczby z danego zakresu, tak aby się nie powtarzały. Kwadraty w których liczby się powtarzają ale nie tworzą powtarzalnych kombinacji w dwóch kolumnach lub rzędach, nazywa się dodatkowo łacińskimi.

Stanowią one głównie ciekawostkę matematyczną. Najsłynniejszym historycznie kwadratem jest ten umieszczony przez Albrehta Durera na miedziorycie Melancholia:
Dwie cyfry na dole - 15 i 14 - tworzą rok publikacji grafiki.

Jak poradzili sobie z zadaniem czytelnicy Tygodnika? Całkiem nieźle:

W numerze 219 Tygodnika podano jeszcze jedną zagadkę tego typu, którą możecie sami próbować rozwiązać:
Rozwiązanie zamieszczam pod tym linkiem (link).

Oczywiście tego typu kwadraty to nie jest to samo co sudoku, choć są to łamigłówki stanowiące bezpośrednich jej przodków. Łamigłówkę Sudoku wymyślił Amerykanin Howard Garms i opublikował kilka przykładów w 1979 roku, jednak nie zdobyła popularności. Pomysł przedostał się w latach 80. do Japonii, gdzie utworzono obecnie znaną nazwę będącą kontaminacją wyrażenia "liczby muszą być samotne". Dopiero stamtąd zaczęła przedostawać się do reszty świata.

Kwadrat sudoku to tak na prawdę zestawienie dziewięciu kwadratów łacińskich zawierających liczby od 1 do 9, liczby te nie mogą powtarzać się ani w kwadratach składowych ani w rzędach i kolumnach. Ponieważ w każdym rzędzie i kolumnie pojawiają się wszystkie liczby od 1 do 9, rozwiązane sudoku stanowi kwadrat magiczny, o sumie w każdym rzędzie/kolumnie wynoszącej zawsze 45. Aby rozwiązania były jednoznaczne, ujawniane są liczby podpowiedzi, mające prowadzić do jednego, określonego rozwiązania.

Obliczono, że możliwych jest ok. 5,4 mld plansz sudoku

czwartek, 9 kwietnia 2015

1886 - Wiekanocne przesądy

Śmieszny zabobon na lud w okolicach Łukowa w Siedleckiem. Oto powiadają tam, że kto pierwszy powróci z rezurekcji do domu, temu najlepiej będzie się przez cały rok wiodło. To też jak włościanie wyjdą z kościoła, każdy chce sąsiadów prześcignąć. Choć ksiądz proboszcz upomina, aby tego nie czynili, bo to i śmiech i grzech wierzyć w takie przesądy, a i nieszczęście z tego być może - jednakowoż nie wszyscy słuchają dobrej rady. Więc i tej wielkiejnocy ścigali się tam wieśniacy po drogach. Aż podczas takich gonitw trzy wozy starły się nagle ze sobą i połamały się w kawałki, a ośmioro ludzi jadących tak się poraniło i pokaleczyło, że musiano ich odwieźć do szpitala w Łukowie. Najciężej został pobity Jak Ciszak, tak, że lekarze nie mieli nadzieji utrzymać go przy życiu. Co się z nim w końcu stało, nie wiemy. - Takie to powodzenie tych, co w głupie przesądy wierzą.

[Gazeta Świąteczna dnia 23 maja roku 1886]

Wielkanoc w roku 1886 wypadała 25 kwietnia, co stanowi najpóźniejszą możliwą datę.

środa, 1 października 2014

1932 - Ukrzyżowanie z własnej woli

Dawno nie wrzucałem tu ciekawostek z dawnej prasy. Teraz więc wklejam absolutnie niesamowitą historię:

Fanatycy religijni chcieli ukrzyżować starca

Białystok.
We wsi Grzybowszczyzna zamieszkuje niejaki Eljach Klimowicz, który w swoim czasie spieniężył cały swój majątek i wybudował cerkiew. W okolicy, wśród fanatyków, których jest sporo, Klimowicz słynie jako święty człowiek.
Onegdaj przybył do Grzybowszczyzny jakiś starzec w towarzystwie kobiety, dźwigając na plecach wielki krzyż drewniany. Na krzyżu owym, z własnej i nieprzymuszonej woli, miał być ukrzyżowany starzec, chcąc umrzeć śmiercią męczeńską, na wzór Chrystusa. Ukrzyżowanie miało się odbyć w pobliżu cerkwi, wzniesionej przez Klimowicza.

Przed cerkwią zebrał się wielki tłum fanatyków, którzy rozebrali staruszka do naga i mieli przystąpić do wbijania mu gwoździ w ciało, gdy nagle zjawił się Klimowicz który zgromił i rozpędził tłum.
Całe to zdarzenie wywołało duże wrażenie w okolicy.

[Goniec Wielkopolski , Poznań 17 grudnia 1932 r. WBC]
Chodzi o wieś Stara Grzybowszczyzna niedaleko Krynek, zaraz przy granicy. Pochodzący z niej Eljasz Klimkowicz, niepiśmienny chłop, ogłosił się w latach 20. prorokiem. Zdołał przekonać do siebie wielką grupę wyznawców. To z ich datków w 1930 roku zbudował cerkiew pod wezwaniem Narodzenia św. Jana Chrzciciela, stojącą we wsi do dziś i służącą prawosławnym. Założył też opodal osadę Wierszalin, która miała stanowić w przyszłości centrum świata, nowy Rzym, zaś pobliska dolinka miała stanowić Dolinę Józefata gdzie wyznawcy mieli przetrwać koniec świata.
W artykułach na jego temat pojawia się też opowieść o próbie ukrzyżowania samego proroka, która skończyła się bądź ucieczką bądź tym że wyznawcy nie mieli odwagi tego dokonać. Niewykluczone że jest to mocno zniekształcony przekaz powyższej historii, która miała się nieco inaczej.
Mówiono o dokonywanych przezeń cudach a przybyłym z daleka opowiadano, że cerkiew wyrosła z ziemi w jedną noc. Podobno modlono się do obrazków z jego wizerunkiem.

Wszystko skończyło się w 1939 roku, gdy proroka zaaresztowało NKWD i po oskarżeniu o działalność antysowiecką, wywieziono do łagru pod Irkuckiem.
Prawdopodobnie po wielu latach jako wyniszczony starzec wyszedł z łagru i umarł w rosyjskim przytułku dla starców.

Wieś Wierszalin została opuszczona. Widać tam jeszcze pozostałości domów wyznawców. Dom proroka dobrze się zachował - najpierw mieszkali tam dawni wyznawcy, potem używało go nadleśnictwo, nie wiem czy nie zrobią tam jakiegoś muzeum.
---------
* http://www.zielonewrota.pl/index.php?art=2743&k=59&p=50
* http://www.mapakultury.pl/art,pl,mapa-kultury,95829.html

piątek, 21 marca 2014

Szczelinowanie hydrauliczne w Polsce - w 1964 roku

Takie małe przypomnienie, że niektóre budzące dziś kontrowersje rzeczy, są nam znane już od dawna:

"Naftowa kuracja odmładzająca"

W kopalnictwie naftowym stosowane jest obecnie z powodzeniem wybuchowa "kuracja odmładzająca" starych szybów, która pozwala na pewien czas znacznie zwiększyć ich wydajność, przez ułatwienie ropie dopływu do otworu wiertniczego. Szczeliny skalne w warstwach roponośnych ulegają w miarę eksploatacji stopniowemu zamulaniu i ropa wypływa nimi wolniej, nawet gdy jest jej jeszcze sporo w złożu. Zapobiega temu tzw. szczelinowanie, t. sztuczne podnoszenie ciśnienia w szybie za pomocą pomp, ale nie zawsze jest to skuteczne. Nowością, zastosowaną przez gorlickich racjonalizatorów było wspomożenie pracy pomp eksplozją małego ładunku dynamitu, która zapoczątkowuje rozpychanie szczelin dokładnie na poziomie warstwy roponośnej.

[Dziennik Polski 19 VIII 1964 MBC]
Zabieg najwyraźniej się udał, skoro już niedługo donoszono:




Ostatecznie jednak nawet szczelinowanie wiele nie pomogło przy wyczerpywaniu się złóż.

wtorek, 18 lutego 2014

1929 - Śmiertelna pomyłka

Piotrkowski korespondent "Republiki" telefonuje: Przed 10 laty w roku 1919 dokonano potwornej zbrodni w miejscowości Ostrów koło Kalisza. Wymordowana została cała rodzina Jakubowicza, składająca się z 8-miu osób. Cudem tylko wyratowany został 8-litni podówczas Mordka Jakubowicz, który ukrył się pod łóżkiem i być świadkiem tragedji.
Polskie władze bezpieczeństwa, które od zaledwie paru tygodni przejęły włade od okupantów, wyśledziły sprawcę zbrodni. Był nim niejaki Szmaj, mieszkaniec jednej z osad okolicznych, który bezpośrednio po zbrodni zbiegł w głąb Niemiec, gdzie ukrywał się dotąd. Przed pół rokiem Szmaj dał znać swojej żonie że zatęsknił za nią i ma zamiar ją odwiedzić. W między czasie żona mordercy, przypuszczając, że mąż już nigdy nie wróci do kraju z obawy przed karą, wyszła za innego. Otrzymawszy tn list udała się z nim zezzwłocznie do władz i dała znać policji. Władze polskie skontaktowały się z władzami niemieckimi, które aresztowały Szmaja i osadziły go w mieście Els w węzieniu. Na rozprawę powołano 18-letniego obecnie Mordkę Jakubowicza, któy przebywa w Piotrkowie w internacie.
Dla informacji dodajmy jeszcze że zbrodnia została dokonana przez pomyłkę. Szmaję wynajął mianowicie niejaki Kołduński i kazał mu zamordować właściciela realności Koszerka i szwagra Jakubowicza, z którym tenże Koszerka miał nieporozumienie na te majątkowym. Morderca przez pomyłkę wtargnął do mieszkania Jakubowicza, który mieszkał w tymże domu co Koszerek i wymordował całą rodzinę Jakubowicza..
.
[Republika 28 listopda 1929]
Jak to się ten los przedziwnie plącze...

środa, 7 sierpnia 2013

Radioaktywna chmura nad Polską - w 1980 roku

Po ostatniej panice o wybuchu reaktora gdzieś na wschodnie, będącej zapewne wynikiem bardzo sprawnej akcji Wykopowiczów, przypomniałem sobie o takim starociu:

 WARSZAWA (PAP). Jak poinformował dziennikarza PAP prof. Zbigniew
Jaworowski z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, w sobotę - 25 br. m. przeszła nad Polską radioaktywna chmura. Powstała ona w wyniku eksplozji jądrowej, dokonanej 16 października w atmosferze na terytorium Chin. Przy pomocy samolotów wojskowych. wyposażonych w aparaturę badawczą, pomiar aktywności chmury i składu izotopowego śladów po wybuchu atomowym przeprowadzili specjaliści z CLOR.
Wstępna analiza wykazała, że chmura ta była silnie promieniotwórcza na wysokości 15 km, radioaktywność jej malała jednak wraz z wysokością, zaś na pułapie 8 km już była bardzo nieznaczna. Podczas pomiarów prowadzonych równocześnie na powierzchni ziemi w Warszawie nie odnotowano żadnych zmian naturalnego tła promieniowania gruntu.
Ustalono, że w chmurze znajdowaly się: m. in. krotkożyciowe, wczesne produkty rozpadu uranu Iub plutonu - materiałów rozszczepiainych użytych w chińskiej eksplozji jądrowej - jak cer 141. cer 144 i jod 131 Stwierdzono także obecność dlugożyciowego izotopu promieniotworczego - cezu 137, którego okres półrozpadu wynosi 34 lata.
Jak poinformował prof. Z. Jaworowski - który jest przewodniczącym komitetu naukowego ONZ do spraw Skutków promieniowania jądrowego. Przejście radioaktywnej chmury na dużej wysokości nad Polską nie spowoduje ujemnych skutków zdrowotnych.
Warto dodać, że Polska ma jeden z najlepiej rozwiniętych na świecie systemów obserwacji zagrożeń radiologicznych. Fakt ten zadecydował o wyborze polskiego naukowca na stanowisko przewodniczącego komitetu naukowego ONZ do spraw efektów promieniowania jądrowego.

Dziennik Polski nr. 233 27.10.1980 MBC
Chm... W sumie poinformowanie dwa dni po fakcie to jeszcze nie tak źle.

piątek, 26 lipca 2013

Szczepienia na ospę i ich skutki - w 1932 roku

Czasem gdy zaglądam w przeszłość, mam wrażenie że nic się nie zmieniło:

Ospa wygnana z Polski

Przymusowe szczepienie przeciw ospie w Polsce może poszczycić się naprawdę imponującymi wynikami. Straszliwa ta epidemja ongiś dziesiątkująca miasta i kraje i oszpecająca całe pokolenia, które przeżyły ją, dziś niemal nie istnieje.
Ilość szczepień ochronnych wynosi rocznie około 1800 000. Z tego z r. 1929 było 121 wypadków komplikacyj przy pierwszym szczepieniu, a 67 przypadków przy powtórnem, czyli że zabieg nie jest połączony w praktyce z żadnym niebezpieczeństwem.
A skutki?
Jeszcze w roku 1920 było w samej Warszawie 335 wypadków śmiertelnych ospy, a w całym kraju 3948 zachorowań z 68 zgonami. W 9 lat później, dzięki ustawie, ilość zachorowań w Polsce spadła do 12 a ilość zgonów do... 1.
Przy tak przekonywujących wynikach jest rzeczą naprawdę humorystyczną, że istnieją jeszcze kierunki "przyrodolecznictwa" gwałtownie zwalczające zaszczepienia ochronne - wychodzi nawet w Toruniu miesięcznik homeopatyczny, w każdym numerze rozdzierający szaty nad "zwierzęcą trucizną", którą wprowadza się zbrodniczo w ustrój niewinnych dzieci.

[Orędownik Wrzesiński, Września 25.02.1932 WBC]

niedziela, 14 lipca 2013

1931 - Prawie przedwczesny pogrzeb

Nietypowy przypadek:

Brześć.
(Piorun pogrążył młodego kowala w sen letargiczny.)
We wsi Bieniakonie piorun poraził młodego kowala
Adama Wojnisza. W drodze urzędowej stwierdzono
zgon, sporządzono akt zejścia i zajęto się pogrzebem.
N a skutek usilnych zaklinań matki na
cmentarzu, przed samem spuszczeniem trumny do grobu,
otwarto trumnę i ujrzano ciało człowieka jak gdyby
pogrążone w śnie. Wskutek niespodziewanego tego
odkrycia odwieziono ciało do domu i wezwano lekarza.
Doktór stwierdził, że Wojnisz ma normalną tempera-
turę ciała, lecz serce jego nie działa. Występują mu
na twarzy rumieńce, zbudzić go dotychczas jednak nie
można. [Orędownik Wrzesiński 8.08.1931]
Nie wiele brakowało....

Podobny przypadek zdarzył się w Uhnowie, w powiecie rawskim, w roku 1932, gdzie po dwóch dniach od "śmierci" starszej kobiety stwierdzono, że nie następują żadne oznali rozkladu. Lekarz stwierdził, że jej serce bije, choć bardzo wolno, a oddech jest płytki. Nie udało się wyprowadzić jej z tego stanu. Gdy po trzech dniach nie dało się stwierdzić jakichkolwiek oznak życia, zebrana komisja uznała że kobieta nie żyje i można przystąpić do pogrzebu[1]
W tym samym roku nastąpił podobny przypadek na Litwie - gdy po trzech dniach od "śmierci" pewnego chłopa, podczas modlitwy przed pogrzebem, nieboszczyk wypchnął wieko i zaczął gramolić się z trumny, obecni wpadli w panikę myśląc, że mają do czynienia z upiorem. Przepychając się jeden przez drugiego wyłamali drzwi, wybili okna i wyskakiwali przez nie. Dopiero potem kilku wróciło aby pomóc obudzonemu, który bynajmniej nie był upiorem.[2] 
Choć spotkałem się też z opowieścią z XIX wieku, gdy takiego obudzonego w trumnie zabito, w przekonaniu że jest wąpierzem, i że będzie wstawał z grobu by szkodzić żyjącym.

------
[1] Orędownik Powiatowy 20 lutego 1932 roku.
[2] Krotoszyński Orędownik Powiatowy 2 marca 1932

sobota, 1 czerwca 2013

1881 - O bezpiecznej metodzie prowadzenia pojedynków

Tym razem wpis obrazkowy:

Najbardziej w tym artykule rozbawiło mnie przedstawienie strzelających postaci za pomocą złożenia znaków graficznych. Takie przedpotopowe emotikony...

Źródło to oczywiście Gazeta Narodowa, Lwów 4 grudnia 1881 roku, wedle zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej.

środa, 1 maja 2013

1862 - Tajemniczy stwór w lesie

Jak podawał 151 lat temu Kurier Warszawski:
We wsi Jagowicach pod Sierakowem w Poznańskiem, wydarzył się temi dniami niezwykły wypadek. Córka tamtejszego leśniczego, udała się do boru, w celu zbierania grzybów. Zledwie atoli sto kroków posunęła się w bór, kiedy ujrzała u odziomka wspaniałej sosny, jakieś ogromne zwierzę zdługim szczególnie zbudowanym ogonem, skrzydłami, otwartą paszczęką, którą otaczały dwa rzędy ogromnych kłów. Dziewczyna na ten widok, tak się przelękła, ie dopiero na kilka chwil była w stanie władać nogami, biedź do domu rodzicielskiego. Tam opowiedziała ojcu co zaszło. Leśniczy chcąc okolicę uwolnić od tak niezwykłego zwierza, zwołał pospolite ruszenie, uzbrojone w kosy, widły, cepy i w inne instrumentu mordercze, i wyruszył z niem na nieprzyjaciela. Zbliżono się ostrożnie, a im bliżej do zwierza przystąpiono, tem bardziej odwaga nikła. Na próżno Leśniczy dodaje odwagi do postępowania naprzód, nareszcie nabiera sam a zmusza, przykłada strzelbę do oka, mierzy, daje ognia i kładzie zwierza trupem. Z wielkim tryumfem przystępują do zabitego, a tu zamiast drapieżnego zwierza, znajdują balon napierzony w formacie smoka. Puszczony on był, jak się później dowiedziano, z poblizkiego Międzychodu.[Kurjer Warszawski Dn 2-go Sierpnia rok 1862.EBUW]
Najedli się więc przestrachu zupełnie niepotrzebnie.

 

środa, 17 kwietnia 2013

1896 - Pojedynek serio ale na jaja

Jak donosiła ponad sto lat temu Gazeta Samborska:

Pojedynek na jaja. Dwóch żydów galicyjskich,
handlarzy jaj, zamieszkałych w Budapeszcie a to:
Reich i Schwarz pokłóciło się wzajemnie w interesie
sprzedaży jaj. Postanowili zatarg ten rozstrzygnąć
pojedynkiem. Każdy wziął 100 jaj nadpsutych
i tak uzbrojeni stanęli w odległości 5 kroków naprzeciw
 siebie w mieszkaniu Schwartza.
Na dany znak rozpoczęli ów pojedynek na jaja, przy którym
rozchodziło się o to, kto kogo zmusi do cofnięcia się.
Reieh, nie mogąc znieść trafnych pocisków Schwartza,
które zupełnie oblały go zgniłą i cuchnącą
cieczą, przestał bombardować i rzucił się z pięścią
 na przeciwnika, ale dopiero świadkom tej sceny udało
się temu oryginalnemu pojedynkowi koniec położyć.
Po kilku butelkach wina znów między adwersarzami
zapanowała zgoda.[1]
 Dziwniejszego przypadku nie napotkałem.
--------
[1] Gazeta Samborska 15. listopada 1896. Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa (JBC UJ)
 

środa, 13 marca 2013

1931 - To nie był szczęśliwy tydzień dla aktorów...

Trzy informacje z tego samego wydania:

Autobus z artystami teatr. wywrócił się
przygniatając kilka osób
.

Grodno.
Autobus w którym jechali artyści
teatru objazdowego z Grodna do Białegostoku na
przedstawienie, wywrócił się na przedmieściu Grodna
do rowu i przygniótł jadących. Dyrektor teatru
p. Brokowski i 5 artystów ponieśli podczas katastrofy
ciężkie rany, 6 osób jest lżej rannych. 4 zaś wyszły
bez szwanku.
Ciężko rannych artystów umieszczono w szpitalu miejskim,
życiu ich nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.
--
Morderstwo na scenie.
Ludność wioski Hifnerbaden w Czechosłowacji
żyje obecnie pod wrażeniem krwawej tragedji, jaka
rozegrała się w czasie przedstawienia amatorskiego
ochotniczej straży pożarnej. Wystawiono mianowicie
sztukę pt: "Mord na ulicy" a czysty dochód
przeznaczono na kupno kilku hydrantów i drabinek
sznurowych, używanych w pożarnictwie. Kiedy
w drugim akcie rozgrywało się na scenie morderstwo,
wtedy jeden z aktorów 24 letni J. Rezciak,
wyciągnął z kieszeni nóż kuchenny i ugodził nim
śmiertelnie drugiego odtwórcę Józefa Strobia, który
w kilka minut później zmarł w oczach... bijącej
rzęsiste brawa widowni. Publiczność nie przeczuwała
bowiem nic złego i sądząc, że owa scena należy
do sztuki - nagrodziła aktorów oklaskami. Dopiero
później odkryto morderstwo: w teatrze powstała
nieopisana panika. Tłum rzucił się na poszukiwanie
zbrodniarza. W odległości kilkudziesięciu kroków
od budynku teatralnego znaleziono już zwłoki mordercy.
Wskutek podniecenia i zbyt silnego wzruszenia
po dokonaniu czynu zmarł on prawdopodobnie na udar serca.
--
Zgon śpiewaczki na scenie.
Podczas przedstawienia opery Webera "Wolny Strzelec"
na scenie teatru miejskiego w Zittau, w Saksonji,
licznie zebraną w teatrze publiczność wstrząsnęło
zajście tragiczne.
Znana śpiewaczka saska, pani Walerja Eilers von Linien,
małżonka sekretarza zarządu tego teatru, uległa,
gdy znajdowała się na scenie, atakowi apoplektycznemu i
runęła na podłogę. Przywołany natychmiast lekarz teatralny
mógł już tylko stwierdzić śmierć.
Śpiewaczka, licząca 61-szy rok życia i należąca od lat 25
do zespołu artystów teatru w Zittau, zmarła na otwartej scenie.
Publiczność, patrząca na to zajście wstrząsające, nie zdawała sobie
sprawy z powagi sytuacji. Dopiero gdy opuszczono zasłonę i
dyrektor teatru, wystąpiwszy przed nią zawiadomił zebranych o zgonie
artystki, wszystkich ogarnęło wzruszenie głębokie i jakby na komendę
cała publiczność powstała z miejsc swoich dla uczczenia zmarłej.

[Dodatek do Orędownika Ostrowskiego
Ostrów  Odolanów dn. 27. listopada 1931]
Jak to się czasem przypadki zbiegają....

poniedziałek, 18 lutego 2013

1924 - Diabeł na dzwonnicy

 Lublin, "Diabeł" na wieży kościelnej.

    Wieś Fejslawice pod Lublinem była widownią niezwykłego zdarzenia.   Pewnej nocy zbudził mieszkańców wsi przeciągły jęk dzwonów, co wywołało zrozumiały popłoch. Stwierdzono, że żadnego pożaru we wsi niema. Organista zdołał nakłonić kilku chłopaków, wdrapali się oni wraz z nim na dzwonnicę. Zgromadzeni przed dzwonnicą ujrzeli za chwilę organistę wypadającego z drzwi z okrzykiem "uciekajcie, djabeł dzwoni!" Przerażenie objęło całą masę zgromadzonych. Uspokoił ich dopiero proboszcz, który udał się na górę do dzwonów i po chwili zeszedł na dół, pędząc przed sobą prosiaka. Okazało się, że świnia była własnością jednego z gospodarzy i została skradziona przez nieznanych opryszków. Opryszki, bojąc się, by nie wpadli w ręce ścigających, zaprowadzili świnię na dzwonnicę, przywiązali ją do dzwonu poczem zbiegli. Świnia czując się skrępowaną w pętli, usiłowała się wydobyć i pociągała za sznur


    Gazeta Wągrowiecka
    Wągrowiec, czwartek, dnia 15 maja 1924. WBC

Najedli się więc strachu. A na darmo.

poniedziałek, 4 lutego 2013

1921 - Trąba powietrzna w grudniu?

Sezon na gwałtowne zjawiska zasadniczo przypada u nas na okres od maja do września, toteż wszelkie odchylenia od tej normy są zastanawiające. Styczniowa trąba zdarzyła się u nas bodaj tylko raz, podczas przechodzenia orkanu Cyryl, a więc w specyficznych warunkach, natomiast o grudniowej jeszcze nie słyszałem - wyjątkiem są informacje z roku 1921:
Trąba powietrzna w Rawiczu i powiecie rawickim. W niedzielę 18. 12. około godz. 4 po poło rozhukała się nad okolicą burza z deszczem i śniegiem, która wkrótce zmieniła się w huragan i trąbę powietrzną. Rozpętany żywioł niszczył po drodze wszystko, co napotkał, stąd też mało jest w mieście i okolicy domostw, które od szalonego wichru nie ucierpiały. Między innemi zniszczone zostały w Rawiczu: Tunel kolejowy na dworcu głównym, budynek fabryczny Koszewskiego i Ski, dach Seminarjum nauczycielskiego, mnóstwo domów w mieście, które straciły w całości lub części swoje dachy, parkany, drzwi, okna itp. W okolicy np. w Sarnowej uszkodzony dworzec kolejowy, w Zielonej wsi zwalona stodoła i odkryty dom gościnnego itd. Słowem tego rodzaju zjawiska nie pamiętają tutejsi ludzie od dziesiątek lat. Była chwila, kiedy ogólny łoskot spadających cegieł, dachówek, grzymsów, całych dachów, szyb, zamienił miasto na istne piekło. Na szczęście obeszło się bez ofiar w ludziach, gdyż deszcz i zimno zatrzymały mieszkańców w domach. Szkody wynikłe z burzy są ogromne, zapewne pójdą dziesiątki miljonów.[1]
Jak więc widać, szkody były znaczne, więc i wiatr musiał być niczego sobie. Ale czy było to to zjawisko o jakie nam chodzi? Na dobrą sprawę nic konkretnego tu nie rozstrzyga, równie dobrze mógł to być microburst podczas burzy śnieżnej. Niestety poza kopiami tej notki nic konkretnego nie odnalazłem, toteż nie nie mogę potwierdzić tego przypadku. Ale odnotować warto.




------
 [1] Głos Rolnika Nr. 2 (36) Poznań, niedziela 8 stycznia 1922.

wtorek, 8 stycznia 2013

1933 - Wisielczy humor

Kórnik. (Makabryczny humor wisielca.) Sprawdzianem przysłowiowego humoru wisielczego jest samobójstwo obxwatela kórmckiego, Michała Krawczyńskiego, b. kierownika znanej spółki "Pług". Krawczyński, mimo, że już 77 krzyżyk nosił na swoich ramionach, rozczarował się do świata i ludzi i pod wpływem depresji psychicznej... powiesił się na cmentarzu.
Przed rozpaczliwym kroKiem, który u ludzi w tym wieku jest conajmniej niezwykły, staruszek napisał list do swoich kolegów i znajomych, w którym prosi ich o poniesienie kosztów jego pogrzebu. Do ostatniej chwili nie opuścił desperata humor. List swój, napisany tuż przed śmiercią, zakończył samobójca dowcipną parafrażą Wyspiańskiego:

Miałeś chamie złoty róg,
Będac kierownikiem firmy "Pług" ,
A jako twych trudów twór,
Boś był głupi - został ci się Ino sznur...
[Orędownik Wrzesiński 22 sierpnia 1933 WBC]

poniedziałek, 3 grudnia 2012

1900 - kolekcjoner damskich spódnic

Zabawna historia z Niemiec:

Zabobon. W miasteczku Planit koło Pilna panowała od 5 miesięcy panika, tem wywołana, że w miejscowym kościele klęczącym kobietom obcinał jakiś nieznany sprawca spodnice. Doszło do tego, że żadna z kobiet nie chciała klękać w kościele, nie chcąc się narazić na utratę spodnicy. Nareszcie proboszcz miejscowy postawił straż w kościele i zdołano wyłapać jednego ptaszka, jak chował nożyczki w zanadrze.
Był to stary gospodarz Józef Prochaska. Gdy żandarmerya zrobiła rewizyę u niego w domu, znaleziono tam na strychu całe stosy porządnie poukładanych kawałów spodnic. Oskarżono Prochaskę o złośliwe uszkodzenia cudzej własności. Nie zaprzeczał on czynu, ale się tłómaczył, że mu stara cyganka powiedziała, aby zbierał w kościele kawałki spodnie, a jeżeli zebrawszy ich sporą ilość zakopie w ziemię w środę popielcową na swem polu, znajdzie ukryte skarby. Ze względu na tę bezprawniczą zabobonną głupotę Prochaski, skazano go tylko na czterdzieści ośm godzin aresztu.

[ Gazeta Lwowska 25 kwietnia 1900 r. JBC UJ]

A może jednak sprytny fetyszysta?

piątek, 26 października 2012

1979 - UFO nad Zakopanem

Przegrzebując archiwalne gazety, natknąłem się na wielce intrygującą historię - relację obserwacji tajemniczego obiektu w Zakopanem, wraz ze zdjęciem:

"UFO nad Tatrami i Zakopanem"

Wczoraj przed wschodem słońca około godziny 6:15 zaobserwowano nad Tatrami i Zakopanem zjawisko, jakie określa się jako UFO (niezidentyfikowany obiekt latający). Była godzina 6:50 rano, gdy u przedstawiciela Dziennika Polskiego zadzwonił telefon. Telefonował dyżurny oficer Komendy MO w Zakopanem, por. Aleksander Konik.
"Niech pan podejdzie do okna - powiedział - zobaczy pan UFO nad Kasprowym"
Pierwsze co zobaczyłem to oświetlone zbocze Kasprowego Wierchu od strony Hali Goryczkowej. Wyglądało jakby ktoś tam gigantyczną spawarką spawał, a ta dawała świetlne rozbłyski. Potem ujrzałem nad Kasprowym "świecącą gwiazdę" o 7-8-krotnej wielkości i jasności jaką daje największa gwiazda świecąca zimą nad Tatrami. Obiekt przesunął się nad Wielką Krokiew i zaczął w oczach maleć, robiąc wrażenie unoszenia w górę, nieco ukosem w stronę Goryczkowego Wierchu.
Poinformowałem porucznika Aleksandra Konika, że widziałem UFO, ten tatychmiast dodał, że o latającym obiekcie meldowali funkcjonariusze MO z radiowozów, który kończyli nocną pracę i zjeżdżali do komendy oraz, że chor. Antoni Szreder śledził cały lot UFO.
Niezwłocznie zatelefonowałem do Obserwatorium Meteorologicznego na Kasprowym Wierchu. Gdy zgłosił się dyżurny zapytałem go czy czegoś nie widział dziwnego nad Kasprowym, świecącego i przesuwającego się. Odpowiedział że niczego takiego nie widział, przeprosił, że ma teraz robotę i nie ma czasu na rozmowę.
A oto relacja chorążego Antoniego Szredera, inspektora techniki kryminalnej KM MO w Zakopanem, który wykonał zdjęcie latającego obiektu. Zdjęcie wykonał teleobiektywem 400mm, w którym widział obiekt jako jasną, promieniującą kulę pod którą błyszczały jeszcze dwa świecące punkty. Dodaje, że mogły to być refleksy w obiektywie.
- UFO zobaczyłem nad Tatrami jako jasno świecącą kulę, osiem razy większą od największej gwiazdy. Zjawisko to spostrzegli jeszcze przechodnie; nawzajem pytaliśmy się czy nie ulegamy halucynacji, patrząc na zbliżającą się kulę. Obiekt znad Równi Krupowej obniżając lot, przesunął się nad nowe bloki na Równi Krupowej, chwilę zawisł w powietrzu, następnie wziął kierunek w stronę Kopy Magury, stamtąd nad szczyt Świnicy, a potem wznosząc się znalazł się nad Kasprowym Wierchem. Tam cały czas wisiał w powietrzu jasno świecąc. Chcę dodać, że emicja światła momentami malała, następnie wzmagała się. Obiekt zniżył swój lot dość znacznie, potem skosem wzbił się w górę i przesunął w stronę Zakopanego nad wielką Krokiew. Następnie wziął kierunek na Pośredni Goryczkowy Wierch, po czym zniknął w warstwie cienkich pasemek chmur, unoszących się w górę. Obiekt obserwowany był nad Tatrami przez całą godzinę on 6:10 do 7:10.
Cały dzień wczorajszy UFO było głównym tematem rozmów z Zakopanem, gdyż obiekt widziały dziesiątki ludzi. Antoni Szreder powiedział, że dysponuje całym filmem, który udostępni zainteresowanym fachowcom, badającym takie zjawiska.

Wojciech Jarzębski
[Dziennik Polski 18 I 1979 Małopolska Biblioteka Cyfrowa]
Załączone zdjęcie nie jest zbyt wyraźne:
 Tydzień potem ukazała się jeszcze taka relacja:
"Jeszcze o Sprawie UFO nad Zakopanem"
Po informacji zamieszczonej w Dzienniku Polskim dnia 18 stycznia br. o pojawieniu się jasno świecącego i przesuwającego obiektu, wiele osób przekazało nam własne spostrzeżenia odnoszące się do obserwowanego świetlnego zjawiska. M. in. Zakład Energetyczny - Rejon Zakopane udostępnił nam zapis dokonany w tym dniu w książce dyżurów elektrowni w Kuźnicach:
"... zbliżał się  ranek 17 bm. dyżurny tej elektrowni ob. Józef Kojs kończył pracę. Nagle spostrzegł nad Kuźnicami ostro świecący obiekt. W tym samym momencie zaczęło w elektrowni na przemian spadać napięcie i podwyższać się. Pobiegł więc do drugiego budynku, aby zrobić przełączenia, względnie wyciągnąć bezpieczniki. Tymczasem nagle światło zgasło i stwierdził że bezpieczniki same się wyłączyły. Mimo to wszystko wokoło zaczęło - jak określił - "kopać" i iskrzyć. Natomiast on sam nie mógł wprost wytrzymać niesamowitego wycia i gwizdy turbin. Zatkał uszy rękami i chusteczką. Chciał zatelefonować do zakładu do Kozienic, ale telefon był głuchy. Gdy świetlny obiekt przesunął się znad Kozienic, wszystko wróciło do normy, zapaliło się światło i włączyły bezpieczniki, zaczął działać telefon.
Cała relacja J. Kojsa nagrana została na magnetofon. Badający tzw. zjawisko UFO mogą zapoznać się z nią w Zakładzie Energetycznym na Kamieńcu w Zakopanem.
Dziennik Polski
22.01.1979
Sprawa jest o tyle interesująca, że mamy do czynienia z relacjami kilku dosyć od siebie oddalonych świadków. Parę lat temu o sprawie napisała Fundacja Nautilus, ale opublikowana przez nich relacja różni się od tej prasowej - zamiast świetlnych ewolucji jest tylko powolne wznoszenie się, co pasuje do sugerowanego wyjaśnienia, że mogła to być wschodząca wenus. Z ciekawości sprawdziłem rzecz w Stellarium - faktycznie na niebie widoczna była wówczas ta planeta. Z drugiej strony opisywane w relacji prasowej zachowanie się obiektu, nijak do planety nie pasuje.

Więc co to było? A bodaj bym to wiedział...