piątek, 18 sierpnia 2017

1890 - Huragan w Słonimiu

17 lipca 1890 był na terenach Gubernii Grodzieńskiej typowym lipcowym dniem gorącym. W południe we Lwowie zanotowano +34 stopnie.[1] Nacierał na te tereny chłodny front, niosący dużo chłodniejsze powietrze. Po południu burze odnotowano na dość dużym terenie, jednak w jednym miejscu osiągnęły niebywałe natężenie.

Wedle relacji ze Słonima:
Po upałach trzydziestu stopni dosięgających, dnia 17 b.m. około godz. 6-ej
wieczorem, wszczęła się burza. Wicher z szaloną gwałtownością uderzył na miasto, zrywając dachy, wyłamując okna, obalając ogrodzenia i bramy. Niektóre domy drewniane leżą w luinie, a nawet kamienice są mocno nadwyrężone, zwłaszcza przy ul Jurydyckiej, Panosowskiej i innych. Straty w okolicy są dużo większe albowiem huragan poobalał mnóstwo starodrzewu, powywracał chaty i wiele bydła pozabijał. O ludziach których burza o śmierć przyprawiła, mówią wiele ale trudno przerażonemu plotkarstwu wierzyć; to pewna że pod Słonimem zginęły trzy osoby przywalone ścianą chaty wieśnaczej.[2]
Prasa nie była pewna co do charakteru zjawiska, raz mówiąc o huraganie a kiedy indziej o trąbie powietrznej. W jednym z artykułów korespondent pisze, że na szczęście wiatr przeszedł niezbyt szerokim pasem, oraz opisuje jak wiatr przenosił w powietrzu drewniane domy na odległość kilkunastu kroków, a zerwane dachy przenosił na pół wiorsty (ok. pół kilometra). Byłyby to zniszczenia wskazujące na trąbę powietrzną.[3]

Straty opisywane w prasie miały być znaczne. W centrum miasta zawaliły się całkowicie trzy murowane kamienice Popowa, dom Gastmana częściowo zniszczony. Mocno uszkodzone zostały też budynki na przedmieściach przy ulicy Panasowskiej i na Jurydyce. Doliczono się ogółem 160 domów zniszczonych w różnym stopniu. W okolicy zburzonych zostało siedem wsi. Różne artykuły wymieniały: Turkowszczyznę, Kruczki, Klipowszczyznę i Zalesie.
Miałem problem ze znalezieniem ich na mapach, także tych starych. Turkowszczyzna leży ponad 150 km od miasta. Mogło już prędzej chodzić o Talkowszczyznę, na północ od Słonimia. Pozostałych miejscowości nie mogłem dopasować.

Jeśli chodzi o ofiary śmiertelne, to ostatecznego podsumowania nie znalazłem. Korespondent z okolic pisze o śmierci ośmiu kobiet z Turkowszczyzny, które pracowały na polu gdy zastała je burza[4]. Ponadto artykuły opisują śmierć trzech osób z rodziny Grażewicza, którego dom stojący gdzieś niedaleko Słonimia został zupełnie zburzony, a inny korespondent pisze o kilku ofiarach w samym mieście i podaje z nazwiska cztery - trzy mieszkały w jednej z kamienic Popowa i zginęły pod gruzami, jedną osobę zabiło na ulicy przewrócone drzewo.[3] Jedno niepewne źródło podaje szacunek 20 ofiar w mieście i okolicach.[5]

Aktualnie Słonim znajduje sę na terytorium Białorusi.

-------
[1] Gazeta Narodowa nr.165 19 lipca 1890 - wedle pomiarów na stacji na politechnice
[2]  Gazeta Warszawska nr.192 23 lipca 1890
[3] "Prawda. Tygodnik Polityczny, społeczny i literacki" dnia 26 Lipca 1890 r WBC
[4] Gazeta Warszawska nr. 195 26 lipca 1890
[5] Gazeta Radomska Piątek 25 Lipca 1890




czwartek, 10 sierpnia 2017

Drobne rośliny kwiatowe (11.) - Storczyk kruszczyk

Spacerując w okolicach Nepli zauważyłem na poboczu drogi drobną roślinkę. W zasadzie mógłbym sądzić że to przekwitła dziewanna drobnokwiatowa, bo kwiatostan z daleka wydawał się zielony, ale liście o równoległym unerwieniu, niczym babka lancetowata, sugerowały coś innego. Zaintrygowany zbliżyłem się - czyżby trafiła mi się ciemiężyca? Widziana w ogrodzie botanicznym ciemiężyca zielona była dużo większa, ale może to była akurat biała albo czarna. Dopiero po zobaczeniu kwiatków o charakterystycznym kształcie poznałem, że oto muszę mieć do czynienia z jakimś storczykiem. Moim pierwszym znalezionym w plenerze.

Kruszczyk szerokolistny (Epipactis helleborine), bo to jego ostatecznie znalazłem, jak na europejskie storczyki nie jest tak znów rzadki. Rośnie w całej europie i częściowo w Azji aż po Chiny. Stosunkowo dobrze radzi sobie w stanowiskach zmienionych przez człowieka, pojawia się w parkach, na glebie zawierającej pokruszony gruz czy wreszcie na poboczach dróg. W naturze lubi łąki, obrzeża widnych lasów, glebę raczej zasadową. Jako jedyny europejski storczyk został zawleczony do Ameryki, w Kanadzie na wschodnim wybrzeżu jest dość pospolity.


Tworzy pęd wysoki do 30-40 cm, rzadko przekracza pół metra. Kwiaty zawierają lekko wydatną, białą warżkę, trzy płatki jasnozielone i dwa płatki biało-zielone lub różowawe. Znanych jest kilka podgatunków różniących się drobnymi cechami. Znalezione przeze mnie z początku miały kwiaty zielonkawe, po dwóch tygodniach na przekwitających osobnikach stwierdziłem, że pod koniec kwitnienia przebarwiły się na różowawo.
Kwiaty wydzielają nektar, osobniki które znalazłem były gęsto oblezione mrówkami. W nektarze wykryto obecność naturalnych opioidów, w tym oksykodonu, które działają na owady narkotycznie, powodując że dłużej siedzą na kwiecie. To jedno z nielicznych naturalnych wystąpień tej pochodnej kodeiny.

Wedle portalu Atlas Roślin najbliższe stanowiska znajdują się 50-60 km od tego miejsca.


wtorek, 8 sierpnia 2017

Układanie kamieni raz jeszcze

Po wielu próbach udała mi się wreszcie sztuczka o jakiej dawno już myślałem - ustawienie kawałka łupka węższym końcem na okrągłym kamieniu
Kamień to tak na prawdę otoczak cegły, znaleziony nad morzem w okolicach ujścia Wisły, jest chropowaty i lekki. W jednej z takich "chrop" możliwe było oparcie końcówki tak, aby była też trochę podparta z tyłu.
Dając niezwykły efekt wizualny


Tutaj jeszcze stosik nad Wisłą na tle miasta za dnia:
Oraz inny stosik w nocy:
a tutaj bukiet kamieni:
---------
ps. to 250 wpis na tym blogu.

wtorek, 1 sierpnia 2017

1890 - Trąby powietrzne w środkowej Polsce

Na temat wydarzeń z 24 lipca 1890 roku dotychczas miałem niewiele informacji, ot jedna trąba w jakimś miejscu. Dopiero niedawno znalazłem nowe materiały z których wynikało, że był to jeden z najniebezpieczniejszych dni w XIX wieku. W ciągu tego dnia pojawiło się bowiem na terenie kraju kilka trąb powietrznych, które wywołały poważne szkody i ofiary śmiertelne.

Witów k. Sieradza
Na temat tego przypadku znalazłem dwa teksty i parę wzmianek:

Znowu trąba powietrzna. Mijają lata nieraz, a jakoś nie słychać u nas o trąbach powietrznych. W tym zaś roku zjawisko to powtórzyło się już razy kilka. Szczególniéj dzień 24-ty lipca będzie pamiętny dla wielu ludzi. Ze wszech stron dochodzą nas wieści o wichurach strasznych, wirach powietrznych, burzach i nawałnicach, które się dnia tego zdarzyły w różnych okolicach kraju. I oto znów teraz zpod Sieradza donoszą, że w owym nieszczęśliwym dniu 24-ym trąba powietrzna ogromne szkody porobiła we wsiach Prażmowie i Witowie, w powiecie Sieradzkim. Rozniosła ona zupełnie czterdzieści budynków gospodarczych, których szczątki rozrzucone zostały po polach, a którędy przeszedł wir straszny, nie pozostało ani jednego drzewa, ani krzaczka nawet: najstarsze jesiony, topole ogromne i inne drzewa leżą powalone, potrzaskane lub też wyrwane z korzeniem. Straty w obydwóch nawiedzionych przez trąbę wioskach obliczają najmniej na jakie 30 tysięcy rubli. Szczęściem wypadku z ludźmi nie było.[1]
 Dużo ciekawszy jest jednak drugi artykuł:
Bliższe szczegóły o burzy w Witowie, majątku położonym w pow. Sieradzkim, brzmią jak następuje: Burza trwała 10 minut lecz zniszczenia poczyniła na 25,000 rub objąwszy pasmo zaledwo dwumilowe
Gdy tylko trąba powstała, dach blaszany z pałacu witowskiego uniesionym został o 5 wiorst, okna z ramami wyleciały a w ślad za niemi wicher począł wymiatać blizko stojące sprzęty: jak krzesła, wazony i t. p. Zegar metalowy, który stał na stole, znaleziono w parku. W starodawnym parku i sadach przyległych nie pozostało ani jedno drzewo. Na polu zwożono snopy, konie pośpiesznie wyprzężono, a wicher porwał półtoraki, tocząc je przed sobą i rozrzucając snopy na trzy wiorsty w około. Ludzie leżeli na wznak, by nie być porwanymi, jedną wszakże kobietę wiatr uniósł o trzy wiorsty i tak silnie potłukł, że życiu jéj grozi niebezpieczeństwo. Sąsiedzi, przemieszkujący po za pasem, objętym trąbą powietrzną, nie wierzyli rozmiarom klęski dopóki po przybyciu na miejsce nie spostrzegli obrazu zniszczenia. [2]
 Unoszenie w powietrze ludzi i wyraźny pas poza którym nie było zniszczeń, to mocna przesłanka za trąbą. Musiała osiągnąć dość dużą siłę. Kolejna gazeta wspomina że na odległość kilku wiorst (1 wiorsta = 1,066 km) doleciała pierzyna z dworu[3]

Trąbczyn - Brzeźno
Kolejna trąba wywołała szkody w tej samej okolicy:
 Najstarsi ludzie nie pamiętają jakiej burzy, jaka nawiedziła dnia 24-go lipca wsie Tuliszkowo, Bodły i Brzezie w powiecie konińskim, gub Kaliskiej. Pomiędzy godziną 3 a 4 z południa zerwał się wicher okropny a potem trąba powietrzna, która przewracała damy i chaty, zrywała dachy i rzucała niemi jak piórami, ludzi unosił, drzewa ogromne z korzeniami wyrywał.
Choć burza trwała zaledwie pól godziny, jednak szkód po niej okazało się mnóstwo: w Tuliszkowie runęła stodoła murowana duża, bo 135 łokci długa, kilka wiatraków - jedne leżą w gruzach a drugie spłonęły od pioruna(...)
Niebrak też wypadków z ludźmi. W Modłach spod gruzów domostwa wydobyto trzech ludzi bez życia, jednemu zaś ręce i nogi urwało. Karbowego z Brzeźna burza uniosła daleko tak, że nie wiadomo co się z nim stało. To samo spotkałoby pastucha który jednak w porę uchwycił się krzaku i to go ocaliło. (...)
W sąsiednim powiecie słupeckim wichura powywracała z korzeniami w dobrach Łukomiu przeszło 14 tysięcy brzóz i sosen. W Trąbczynie starodrzewiu padło w lesie za 15 tysięcy rubli. W Biskupicach połowa ogrodu zniesiona do szczętu a z gorzelni dach zerwany, w Kucharach Borowych to samo, w Jaroszewicach dwie stodoły rozpadły się w gruzy.[4]
Pas zniszczeń zaczyna się w lasach koło Łukomia, następnie przesuwa się przez Trąbczyn, Rzgów, Modłę, Stare Miasto k. Konina do Brzeźna. W innych źródłach pojawia się informacja o tym że największe zniszczenia ograniczały się do pasa szerokości 40-50 prętów to jest około 150-200 metrów.[5]

Rusociny - Mąkoszyn
Następny przypadek zdarzył się dalej:


Z gminy Grabicy w gub. i powiecie Piotrkowskim, donosi J.Kopeć o burzy która tam szalała również dnia 24 lipca. Najprzód około piątej godziny padał deszcz i grad wielkości laskowych orzechów, biły pioruny i grzmoty, lecz szkody wielkiej nie uczyniły. Potem zabłysło słońce i każdy się cieszył, że nieszczęścia żadnego nie było. W tem, pół godziny później zjawiła się trąba powietrzna, która ciągnęła z zachodu na wschód niszcząc wszystko co napotkała. W Rusocicach prawie połowę wsi rozwaliła, we wsi Luboni tylko parę domów ocalało, na folwarku Lutosławicach tylko jeden budynek nieuszkodzony, wszystkie inne trąba rozwaliła, stertę zboża po polu rozniosła. Później trąba przeleciała przez małą wioskę Litosławice, gdzie pozrywała dachy i niektóre budynki porozwalała, jednemu gospodarzowi, który miał dwa wiatraki, wichura oba połamała i rozniosła szczątki po polu. Miał także ten gospodarz murowany dom z cegły, w którym jeszcze nie mieszkał, w tym domu kawał ściany trąba wyłamała i dach nadwyrężyła. Potem poszła na las należący do włościan wsi Mąkoszyna, drzewa w nim powyrywała z korzeniami. Z tamtąd oparła się aż w mieście Wolborzy, gdzie podobno narobiła dużo szkody. Choć wiatr podczas burzy szedł pasem kilka wiorst szerokim, jednak sam słup wirujący, czyli trąba, rozciągała się tylko na prętów kilka[4]

Wyróżnienie wąskiego pasa oraz opis "słup wirujący" potwierdza wystąpienie trąby. Pas przebiega z południowego zachodu na północny wschód, od Rusocin, przez Lubonię, Lutosławice Szlacheckie  do Mąkoszyna na długości 7 km. Wolbórz nie leży na przedłużeniu tego pasa.
Pręt był dawną miarą długości i powierzchni, ze względu na lokalizację mogło chodzić o pręt pruski liczący 12 stóp, czyli 3,76 metra (pręt polski liczył 15 stóp czyli 4,22 m). Informator nie określił prezycyjnie, ale jeśli pas największych zniszczeń to było "kilka prętów" to można założyć że było to mniej niż 40 metrów

Gdzieś pomiędzy?
Gazety wspominają też o zniszczeniach w tej samej okolicy, ale bardziej rozproszonych:
 Huragan jaki nawiedził w d. 24-ym powiaty łęczycki, koniński i kolski, poczynił według sprawozdania urzędowego następujące szkody. W majątku Chorki należącym do p. Józefa Maciejowskiego w pow. łęczyckim wicher rozwalił owczarnię, w której znajdujący się naówczas 5-letni chłopczyk, syn miejscowych włościan, zabity został na miejscu.
W majątku Sobótka w pow. łęczyckim rozwalona została stodoła, dwie młóckarnie powalone w kawałki. We wsi tejże nazwy z 5-ciu stodół wicher uniósł snopy zboża i rozniósł na znaczną przestrzeń. . We wsiach Mazew i Ogrodzona zniszczone zostały 4 chaty i 6 budynków gospodarczych(...) W pow. kolskim we wsi Ruszków huragan poczynił znaczne szkody w zbożu i sianie, wiatrak i 4 chaty zostały zgruchotane. (...). We wsi Zadworza-Wieś w pow. konińskim wicher rozwalił stodołę murowaną, w które jeden robotnik młócących naówczas zboże, Marcin Górski, poniósł śmierć na miejscu a dwaj inni zostali ciężko poranieni.[6]
Część z tych wsi leży w pobliżu pasów dwóch trąb, lecz nie leżą na ich przedłużeniu. Wśród nich Mazew i Ogrodzona, które już ucierpiały od trąby powietrznej w roku 1818

-------
[1] Gazeta Świąteczna, tydzień 34, 24 sierpnia 1890 EBUW
[2] Gazeta Warszawska, dnia 31 Sierpnia 1890 r. EBUW
[3] Dziennik Łódzki 20 sierpnia 1890, ŁBC
[4] Gazeta Świąteczna nr. 502 17 sierpnia 1890 Polona.pl
[5] Kurjer Warszawski nr.215 6 sierpnia 1890 Polona.pl
[6] Kurjer Codzienny nr. 232 23 sierpnia 1890 Polona.pl

środa, 19 lipca 2017

Czarny kwiat marchwi

Druga połowa lipca to czas gdy najobficiej kwitnie dzika marchew. Tworzy złożone kwiatostany w formie białych baldachów, złożonych z wielu mniejszych baldaszków złożonych z drobnych, białokremowych kwiatków. Skrajne kwiatki mają dłuższe łodyżki, w efekcie kwiatostan rozchodzący się od jednego punktu ma płaską powierzchnię.

Jedną z ciekawszych właściwości tego kwiatostanu jest występowanie dokładnie pośrodku jednego kwiatka czarnego:
Wyróżnia się nie tylko umiejscowieniem ale też wyglądem. Zwykły kwiatek w baldachu ma pięć małych, kremowych płatków, jedynie brzeżne mają płatki powiększone i wydłużone, tanim kosztem powiększając powierzchnię kwiatostanu. Natomiast ten rodzynek ma płatki większe, podwinięte lub pofałdowane, wzniesione pod kątem lub zupełnie pionowe, przez co całość nie pasuje do raczej gładkiej faktury wierzchu.
Może czasem być umieszczony nieco wyżej.

Po rozgrzebaniu kilku kwiatostanów przekonałem się, że nie wyrasta z osobnej szypułki, lecz jest po prostu jednym z kwiatów środkowego baldaszka niższego rzędu, i to niekoniecznie tym środkowym.

Oczywiście nie jest to cecha całkiem nieznana, botanicy już od XIX wieku zastanawiają się skąd bierze się ten czarny kwiatek i jaką spełnia funkcję, o ile jakąś spełnia. Ponieważ nie występuje na każdej roślinie, dawniej uważano że to po prostu anomalia, przypadkowy błąd nadprodukcji barwnika, która zwykle jest w kwiatkach wygaszana, choć jeszcze te niezupełnie rozwinięte są zwykle nieco różowawe. Taki roślinny melanizm. Na podobnej zasadzie prawie każdy kwiat biały może czasem stać się różowy, rośliny o niebieskich kwiatach mogą niekiedy zakwitnąć na czerwono, a wśród każdych kwiatów kolorowych czasem trafi się osobnik bezbarwny.

Różowa forma cykorii podróżnika
Z drugiej strony warto zauważyć, że jeśli na jakimś osobniku marchwi kwiatostan posiada tą cechę, to posiadać ją będą wszystkie wyrastające z tej rośliny, wychodziłoby zatem że jest to cecha warunkowana genetycznie. Skoro zaś marchew ją uzyskała, oraz utrzymuje się w populacji, to może mieć jakieś uzasadnienie ewolucyjne.
Najczęstszym proponowanym wyjaśnieniem jest uznanie, że czarny kwiat w jakiś sposób wabi zapylające owady. Na przykład udaje ciemnego owada, który przysiadł pośrodku, reklamując sobą "Patrzcie na mnie jak tu siedzę! Tutaj jest sporo nektaru!". Inne proponowane wyjaśnienie to ściąganie drapieżnych owadów, na przykład os, dla których jakaś opita, zasiedziała mucha byłaby łatwym łupem, a które atakując pozorną ofiarę przy okazji zapylały by kwiaty.
Niezależnie od celowości, wydaje się że jeśli już czarny kwiatek służy pomocy w zapyleniu, to najwyraźniej jest jedynie cechą pomocniczą, nie zaś konieczną, a inne cechy kwiatostanu jak wizualna wielkość i słaby, kwiatowy zapach, mają podobną skuteczność. Zgodnie z rozważaniami Darwina jeszcze w jego pierwszych pracach, cecha niekonieczna ulega bądź zanikowi, bądź wykazuje dużą zmienność natężenia i formy.

Z tego co obserwuję czarny kwiatek pojawia się mniej więcej na połowie kwiatów, widać duże różnice w jego wielkości i odcieniu. Może być różowawy, silnie czerwony aż do ciemnofioletowego. Może mieć taki sam rozmiar jak inne, ale może też być większy i wyższy. Czasem zamiast jednego ciemnego, pośrodku znajduje się grupka kwiatków słabo zabarwionych, czasem jest to kilka ciemnych kwiatków w sąsiednich baldaszkach, zasadniczo nie widziałem aby pojawiały się przy brzegu.
Płatki podwinięte, wypukłe, silnie zabarwione fioletowym barwnikiem, po roztarciu w palcach farbują jak czarna jagoda.







Zastanawiam się czym właściwie są zabarwione. Wiedząc jakie istnieją uprawne odmiany warzywa, spodziewam się flawonoidów podobnych jak w korzeniu czarnej marchwi, może z dodatkiem zielonego chlorofilu aby pogłębić kolor.

W Ameryce kwiat marchwi znany jest jako "koronka królowej Anny" na pamiątkę Anny Stuart, która najwyraźniej została zapamiętana jako zapalona koronczarka. W tej wersji purpurowy kwiat pośrodku miałby być kroplą krwi po ukłuciu igłą. W brytyjskich wierzeniach środkowy kwiat marchwi miał być środkiem na epilepsję lub na polepszenie płodności i sprawności seksualnej.

Kwiatostan dzikiej marchwi pachnie słabo kwiatowo. Po zerwaniu i roztarciu w palcach zaczyna natomiast dość intensywnie pachnieć marchwią, może być jadany i dodawany do zup jako przyprawa. W medycynie ludowej stanowi środek na cukrzycę i obrzęki, zapewne z powodu moczopędności, był też używany jako środek antykoncepcyjny "dzień po" być może z powodu naturalnych estrogenów i działania obkurczającego. Olej wyciskany z nasion zyskuje w ostatnich latach jako środek kosmetyczny.
Chcącym spróbować dzikiego warzywa zaleca się jednak ostrożność, w większych ilościach podrażnia żołądek, może zwiększać wrażliwość na światło, a niedoświadczeni zbieracze mogą mylić je ze szczwołem plamistym
O, a ten kwiatek ma 6 płatków.

--------
* http://www.carrotmuseum.co.uk/wild.html
* https://en.wikipedia.org/wiki/Daucus_carota

sobota, 15 lipca 2017

1894 - Śmiercionośne gradobicie

O klęsce gradowej i jej skutkach donoszą archiwalne gazety:

Klęska gradowa.
W niedzielę 15-go lipca wielka klęska spadła na znaczną część kraju naszego. Mocno ona dotknęła bardzo wielu gospodarzy rolnych w powiatach: zamojskim, hrubieszowskim, a po części w krasnostawskim i chełmskim, gubernji Lubelskiej. Wszyscy cieszyli się z pięknego urodzaju, rozpoczęto już żyto zbierać. Aż tu w ową niedzielę po południu przychodzi straszna burza z gradem, jakiego i starzy ludzie tam nie pamiętają. Zboża na polach, warzywa w ogrodach zostały poniszczone, drzewa po lasach, sadach i ogrodach połamane lub powywracane, domy podziurawione, niektóre budowle zniesione, zwierzęta pobite, wreszcie ludzi sporo poranionych, a nawet i zabitych.

Oto co piszą o téj burzy z różnych nawiedzonych przez nią miejscowości:
W mieście Zamościu grad zaczął padać o godzinie 3-ciéj i trwał 15 minut. Były to wielkie kawały lodu, ważące od 7 łutów do jednego funta. Zdawało się, jakby z armat w miasto walą. Ludzie pozamykali sklepy i domy, i kryli się w głębi mieszkań. Na rynku grad zabił jadącego woźnicę i trzy konie. Szyby w domach od zachodniéj strony potłukł, tynk z murów poobijał, a drzewa w ogrodach z gałęzi ogołocił. Deszcz ulewny padał do godziny 5-éj, a woda przez podziurawione dachy wdzierała się do mieszkań. O godzinie 7-éj zaświeciło słońce, ale nocą od godz. 2-giéj znowu nastała ulewa.

We wsi Wielączy zostało zabitych dwoje dzieci. Padło też mnóstwo drobiu i psów. W Deszkowicach, w gminie Nieliszu, odbywał się tego dnia przegląd i spis koni. Mnóstwo więc było zebranego ludu. Gdy nastała burza, zrobił się wielki popłoch. Konie się rozbiegały. Ludzie chowali się pod wozy
Czterech włościan i 11 koni padło trupem od gradu. (...)*
 W tym czasie łut to około 12,5 grama, natomiast funt 0,4-0,5 kg, przyjmując podane, pewnie szacunkowe masy, odpowiadałoby to gradowi od 2,5 cm do 4,5 cm. Grad tej wielkości czasem się zdarza, ale rzadko się słyszy aby kogoś poranił, widocznie teraz łatwiej jest się chować, bo ludzie jeżdżą samochodami a nie odkrytymi wozami.
 ---------------------
[1]  Gazeta Świąteczna 29 lipca 1894 EBUW

czwartek, 13 lipca 2017

Drobne rośliny kwiatowe (10.) - Rumianek bezpromieniowy

Jedna z najpospolitszych ale i chyba mniej znanych roślin. Bliski krewniak rumianka polnego, różniący się tym, że jest zupełnie pozbawiony płatków.

Kwiatostan złożony niemal wyłącznie z brudnożółtych kwiatów rurkowatych, tworzących małą, żółtozieloną kulkę. Kwiaty języczkowe, których wydłużona korona tworzy w takich kwiatostanach płatki, pojawiają się rzadko i są zredukowane do krótkich, białych strzępków. Angielska nazwa to "pineapple weed" zapewne przez skojarzenie koszyczków z owocami ananasa, choć pisze się, że zapach wydzielany przez rozgniecione koszyczki ma przypominać ananas. Dla mnie jest po prostu silnie kwiatowo-rumiankowy. Roślina niska, nie osiągająca 50 cm.

Rumianek bezpromieniowy występuje naturalnie w Ameryce Północnej, zwłaszcza w rejonach o klimacie umiarkowanym i chłodnym aż do Alaski, a także w północno-wschodniej Azji, w tym na Kamczatce, Sachalinie, części Syberii i Chin. W Europie pojawił się nie tak dawno. Jeszcze w latach 40 XIX wieku notowały go jako rzadką ciekawostkę ogrody botaniczne, na przełomie wieków zaczął się niespodziewanie rozprzestrzeniać, prawdopodobnie zawleczany wraz z towarami lub z pociągami. Jego nasiona, które wytwarza dość obficie, po zmoczeniu wytwarzają kleisty śluz, dzięki czemu przyczepiają się do butów, opon i podwozi, podobnie podróżuje wiele gatunków [1]. W pewnym zielniku przeczytałem, że w Polsce rumianek bezpromieniowy pojawił się wraz z towarami sprowadzanymi ze wschodu i początkowo ograniczał zasięg do torowisk. W sumie jednak źródła z różnych krajów nie są pewne, czy przybył do Europy z Azji czy z Ameryki.[2] Może było i tak i tak.

W kilku krajach uważany za gatunek inwazyjny. Jest dosyć odporny na deptanie, dlatego chętnie porasta pobocza ścieżek i nieutwardzonych dróg wraz z babką i rdestem ptasim, wyrasta też ze szczelin chodnika, na gruzowiskach i nieużytkach.

Jest używany w ziołolecznictwie w podobnych zastosowaniach co rumianek polny. W odróżnieniu od niego zawiera mało azulenów, odpowiedzialnych za działanie rozkurczowe i uspokajające, dlatego na pierwszy plan wysuwa się w nim działanie przeciwpasożytnicze, zwłaszcza na pasożyty układu pokarmowego.
-----
[1]  A. Zwaenepoel et al. Motor vehicles as vectors of plant species from road verges in a suburban environment, Basic and Applied Ecology; Volume 7, Issue 1, 2 January 2006, Pages 83-93
[2]  http://www.dagenhamchaselnr.org.uk/wildlife_plants/plants/pineapple_weed.php

poniedziałek, 3 lipca 2017

Obłoki srebrzyste

Ponieważ sezon na to zjawisko właśnie się rozpoczął, warto napisać coś na ten temat.

Obłoki srebrzyste to najwyższe obserwowane chmury. Pojawiają się na wysokości 75 - 80 km nad powierzchnią ziemi, w obrębie mezosfery, gdzie atmosfera jest bardzo rozrzedzona a temperatury dochodzą do -100 stopni. Ponieważ są cienkie i niezbyt gęste, nie obserwujemy ich w normalnych warunkach. Stają się możliwe do zaobserwowania pod odpowiednio małym kątem, ze sporego oddalenia, w sytuacji gdy słońce oświetla je a obserwator pozostaje w cieniu.
Warunki takie pojawiają się co roku w okolicach przesilenia letniego. Półkula północna jest wtedy skierowana bardziej do słońca, dlatego za kręgiem polarnym pojawia się dzień polarny, zaś w bardziej pośrednich szerokościach geograficznych pojawiają się "białe noce" z zauważalną poświatą od północnego horyzontu. Patrząc ze środkowej Europy obserwujemy wówczas nisko na północy oświetlone słońcem górne warstwy atmosfery, które ze względu na znaczne rozrzedzenie bardzo słabo rozpraszają światło, podczas gdy jej gęstsze, dolne sfery pozostają w cieniu.

Obłoki widziane pod kątem stają się wówczas widoczne jako błękitna, pofalowana warstewka, trochę podobna do położonych znacznie niżej cirrusów, świecąca delikatnym blaskiem na tle ciemniejszego nieba. Stąd zresztą wzięła się ich naukowa nazwa "noctilucent clouds" znaczy "obłoki świecące nocą".
Jest to w meteorologii zjawisko dość świeże. Po raz pierwszy jako osobny rodzaj chmur opisał je w czerwcu 1885 roku astronom Witold Ceraski, prowadzący obserwacje z obserwatorium moskiewskiego. Było to dwa lata po eksplozji wulkanu Krakatau, której popioły wpłynęły na klimat i wywoływały wyraźne efekty w atmosferze, sądzono zatem, że to skutek tego zdarzenia. Jednak z upływem lat zaczęły się pojawiać coraz częściej i coraz dłużej trwał okres ich obserwacji. Od 1887 zaczęto badać je fotograficznie; porównanie zdjęć wykonanych w tym samym czasie przez różnych obserwatorów pozwoliła przez triangulację wyliczyć wysokość i odległość w jakiej się pojawiają. Nie zauważono wyraźnego związku z dużymi erupcjami wulkanicznymi, więc ten związek musiano odrzucić. Zauważono natomiast, że lokalne obłoki o podobnym wyglądzie tworzą się do upadkach dużych meteorów.
Prawdopodobnie są złożone głównie z zamarzniętej wody osadzającej się na cząstkach pyłu kosmicznego i pyłu po spaleniu meteorów. Na taką możliwość wskazuje powstawanie podobnych obłoków podczas startów rakiet kosmicznych - fragmenty obłoków spalin po takim starcie, na odpowiednio dużej wysokości, rozwiane wiatrem tworzą świecące obłoki o cechach tych srebrzystych. W spalinach po starcie obecna jest woda i drobne cząstki stałe.
Obłoki srebrzyste widoczne z orbity

W normalnej sytuacji powietrze na tych wysokościach zawiera bardzo mało wody, ze względu na brak konwekcji w stratosferze atmosfera jest słabo wymieszana pionowo, ciśnienie rzędu 1 hPa (czyli właściwie "próżnia" osiągalna przy pomocy pompki wodnej). Prawdopodobnie woda tworząca obłoki jest w dużej mierze wytwarzana w wyniku reakcji docierającego tu metanu z ozonem wytwarzanym pod wpływem ultrafioletu. Przy tak niskiej prężności pary wodnej aby doszło do powstania kryształków lodu temperatura musi spaść poniżej -120 stopni co może tłumaczyć czemu zjawisko pojawia się głównie w okolicy przesilenia letniego - paradoksalnie latem nad lepiej doświetloną półkulą temperatura mezosfery spada, słońce bowiem świeci pod większym kątem, zatem promień przecina warstwę mezosfery na krótszym odcinku, mniej więc ciepła jest absorbowane. Mezosfera jest równocześnie generalnie najchłodniejsza nad biegunami, dlatego obłoki powstają tylko w strefach polarnych skąd są obserwowane w średnich szerokościach.

Interesująca i wciąż badana jest też chemia tych chmur. Balony meteorologiczne tam nie sięgają a satelity latają wyżej, dlatego warunki na tych wysokościach są słabo zbadane i opierają się głównie o metody spektroskopowe. Na pewno są zbudowane z cząstek lodu o rozmiarach kilku mikrometrów rozpraszających białe światło. Ich charakterystyczny niebieskawy kolor to efekt rozpraszania Tyndalla oraz bliskiej warstwy ozonowej. Podświetlające je światło najpierw przechodzi długą drogę przez górne warstwy atmosfery zawierające ozon a po rozproszeniu pokonuje równie długą drogą do obserwatora.
Inną ciekawą ich cechą jest to, że dość mocno odbijają fale radiowe. Mezosfera na tych wysokościach to część radiosfery,  więc warstwy umożliwiającej komunikację radiową na dużych dystansach. Obłoki srebrzyste odbijają fale radiowe dużo intensywniej. Jednym z ciekawszych wyjaśnień jest absorbowanie się na powierzchni ziaren atomów metali, bądź żelaza bądź sodu ze spalających się mikrometeorów. Atomy obojętnego sodu są obecne na tej wysokości w dość dużej ilości, zaś w tak ekstremalnie niskich temperaturach mogą osadzać się na powierzchni ziarna lodu nie reagując z wodą.

Jak wspomniałem wcześniej, odkryte jako osobne zjawisko w XIX wieku nocne obłoki świecące początkowo pojawiały się w pobliżu przesilenia letniego, lecz stopniowo zaczęto widywać je coraz częściej, z roku na rok, a czas ich pojawiania się poszerzył się. Częściowo może to wynikać z postępu wiedzy, dawniejsze pojawienia się mogły być po prostu brane za zorzę polarną, z zapisków angielskiego astronoma Thomasa Romney'a Robinsona, prowadzącego obserwacje z terenów Szkocji znamy dwie obserwacje mogące być tym zjawiskiem, pochodzące z lat 50 XIX wieku.
Po pracach Ceraskiego zaczęto tych obłoków wypatrywać i stąd więcej obserwacji. Jednak porównanie zapisków o czasie pojawienia się najwcześniejszych i najpóźniejszych obłoków wskazuje na poszerzanie zakresu obserwacji i zwiększenie częstości pojawienia. Z czegoś to musi wynikać.

Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że zwiększona częstość pojawiania obłoków w mezosferze to skutek globalnego ocieplenia i to na dwa sposoby - zatrzymywanie ciepła w troposferze przez gazy cieplarniane to mniejszy strumień ciepła od powierzchni ziemi, a zatem lepsze wychładzanie mezosfery. Drugi efekt to rosnące stężenie metanu który z pewnym opóźnieniem dociera aż tutaj i rozkłada się pod wpływem ozonu i ultrafioletu, wytwarzając wodę.

Jak obserwować?
Obłoki srebrzyste pojawiają się w zakresie kilku tygodni wokół przesilenia letniego, zwykle największe nasilenie osiągają dwa tygodnie po nim, na początku lipca. Pojawiają się wówczas gdy słońce jest od 6 do 16 stopni pod horyzontem, zatem w okolicach samego przesilenia mogą pojawiać się między 22 a 2 przez całą noc, najintensywniejsze są jednak wieczorem i przed świtem.
Można wypatrywać ich na północno-zachodnim niebie, nisko nad horyzontem od godziny po zachodzie do 23 lub będąc nocnym markiem, jak ja, od 1 do 3 w nocy bardziej na wschód. Z tego co zauważyłem, często jaśniejsze i wyraźniejsze pojawiają się w drugiej części nocy, co jest niestety powodem przez który mało ludzi je widziało.

Można je rozpoznać po niebieskawym kolorze odcinającym się na ciemnym tle. Są przezroczyste, widać przez nie gwiazdy. Najintensywniejszy jest zwykle pas wysoki do 15-20 stopni nad horyzont, bardziej białawy, przy większej intensywności u dołu podbarwiony na żółtawo a nawet pomarańczowo. Bliżej wschodu lub zachodu słońca sięgają wyżej, choć wówczas już na bardziej rozjaśnionym niebie. Zwykłe chmury, nawet cirrusy, są widoczne jako ciemne na ich tle, nie dosięga do nich bowiem światło. Bardzo jasne fragmenty mogą być widoczne także przy świecącym księżycu, choć w takie noce trzeba uważać aby nie pomylić ich z chmurami oświetlonymi księżycem.

Zwykle mają wygląd lekko sfalowanych płaszczyzn z przeplecionymi pojedynczymi pasmami. Istnieje klasyfikacja wzorów wymieniająca zamknięte pętle, ciemniejsze obszary, krzyżujące się pasy i inne rzadsze typy. Najlepiej znaleźć miejsce z odsłoniętym północnym horyzontem i bez świateł miejskich, choć jak pokażą zdjęcia całkiem nieźle da się je obserwować z miast. No i oczywiście trzeba mieć szczęście bo nie każdej nocy się pojawiają

Sam obserwuję je od około 2005 roku, początkowo rysowałem je w notatniku:
6 lipca 2006
Pamiętam, że jedne z najładniejszych pojawiły się w roku 2007, potem w 2009 kiedy to po raz pierwszy zrobiłem im zdjęcie:
13 lipca 2009


Następnych kilka lat było pod tym względem słabszych. Najlepsze pojawiły się w lipcu 2014. Najpierw wieczorem 3 lipca pojawiły się efektowne ale nie sięgające wysoko obłoki, które oglądałem z łąk poza osiedlem:
Gdy przed północą zanikły sądziłem, że to na dziś koniec. Jednak po pierwszej w nocy zauważyłem nisko bardzo intensywną ławicę:

Wzór stopniowo rozszerzał się i zwiększa się widoczny obszar:

Niebo było jeszcze całkiem ciemne, tymczasem jak widać obłok świecił jasno jak widoczny niżej blok oświetlony latarniami. Wyglądał jak przeklejony do nocy kawałek dziennego nieba. Na jego tle widać ciemniejszą smugę kondensacyjną (góra część jest podświetlona światłem bijącym od obłoku). W miarę upływu czasu widać było coraz większy podświetlony obszar, który ostatecznie rozciągał się do 60 stopni szerokości i miejscami tyleż wysokości, ujawniający bardzo ciekawy, skomplikowany wzór:
Około 2:30 obłoki były na tyle jasne, że rzucały słaby, rozproszony cień

Pod koniec, gdy niebo w tle zaczynało się już robić jasne, najwyższe fragmenty ujawniły ładną pofalowaną strukturę, niektóre pasma sięgały prawie do zenitu. Natomiast dolne rejony podbarwiły się na żółto:

To była piękna noc, napsztykałem wtedy prawie 50 zdjęć.

Ładne pojawiły się też 19 czerwca 2016, wybrałem się wtedy w plener aby uchwycić je w jakimś ładnym kadrze:

W tym roku dość długo czekałem aż się pojawią. Zwykle zaczynają być zauważalne na początku czerwca, czasem pod koniec maja, i są widoczne do końca lipca, raz widziałem je 1 sierpnia. Pierwsze tegoroczne obłoki srebrzyste pojawiły się 19 czerwca, czyli trzy dni przed przesileniem, były dosyć słabe, zauważyłem je przed świtem, w sumie przypadkowo.:
ładniejsze pojawiły się 20 czerwca:
Zdjęcie zostało zrobione z Mokotowa na północ, jak widać cała Warszawa z rozświetlonym Śródmieściem nie przeszkodziła ich oglądać.
Później widziałem je jeszcze 29 czerwca wieczorem:




Potem w obserwacjach przeszkadzały chmury ale podobno były dobrze widoczne przedwczoraj.

Tak więc gorąco zachęcam do obserwacji, na pewno jeszcze się trafią, a to na prawdę piękne zjawisko, rekompensujące nam rzadkie pojawianie się zórz polarnych.


-------
* https://en.wikipedia.org/wiki/Noctilucent_cloud

wtorek, 27 czerwca 2017

Od Syracuse do Cheetaway... - czyli właściwie gdzie?

Jedna z najbardziej znanych wczesnych piosenek Maryli Rodowicz opowiada o długiej ale najwyraźniej zachwycającej podróży między dwiema amerykańskimi miejscowościami. I zapewne już od samego początku nasuwała słuchaczom pytanie - o jakich właściwie miejscowościach mowa?

Osiecka napisała tekst pod wpływem wrażeń z pobytu w USA, jednak z pewnością dobrała miejscowości głównie ze względu na dobrze brzmiące nazwy. Załóżmy jednak, że mają one jakieś znaczenie. Miejscowości Syracuse jest w Stanach Zjednoczonych kilka, najbardziej znane i największe w stanie Nowy Jork. Z drugim jest natomiast kłopot, bo tak pisanej miejscowości w USA nie ma. Widziałem rozważania, że może to być przerobiona nazwa miasteczka Cheektowaga, na linii kolejowej z Syracuse do Buffalo.[1]

A może druga nazwa jest symboliczna? Albo przy podobnej wymowie, pisze się ją jednak inaczej?
Złożenie "cheet-away" nie ma specjalnego sensu; "cheet" to wedle Urban Dictionary  pył przypraw pozostający na palcach po jedzeniu czipsów.[2] Więcej sensu miałaby wersja "cheat-away" co można by oddać jako "oszukana dal" czy w nawiązaniu do klasyki poezji śpiewanej jako "złudne manowce". Byłaby to więc podróż od jakiegoś znanego kawałka Ameryki, aż po wymarzony bezkres, nierealny i jeszcze nie osiągnięty.
Druga wersja jaka nasunęła mi się na myśl, to "cheetah-way" czyli dosłownie "droga geparda". Z symbolicznego znaczenia tej nazwy trudno wyciągnąć coś konkretnego, ale z pomocą przychodzi nam bardziej dosłowne - Google Maps odnotowuje trzy takie miejsca w Stanach Zjednoczonych, wszystkie to chyba ulice lub drogi nazwane w ten sposób, jedno w stanie Utah, drugie w stanie Nevada a trzecie w stanie California.
To trzecie jest chyba najciekawsze. To ulica w mieście Palmdale, leżącym w pobliżu Los Angeles. Z Syracuse do LA prowadzi linia kolejowa:

To jedna z najdłuższych tras jakie można sobie wyobrazić - bezpośredni pociąg pokonuje około 2600 mil jadąc 2 dni i 14 godzin. Jest więc czas na podziwianie krajobrazów, i wypytywanie jedynych trzech pasażerów o to skąd pochodzą.
Byłaby to zatem w tej wersji po prostu "podróż wskroś przez Amerykę" a piosenka byłaly zachwytem nad tym dziwacznym kawałkiem globu. I tęsknotą cudzoziemca za tą przestrzenią, gdzieś pomiędzy Cheetah Way a Syracuse.


-------
[1] http://artu-variousposition.blogspot.com/2010/09/od-syracuse-do-cheetaway.html
[2] http://www.urbandictionary.com/define.php?term=Cheet

wtorek, 20 czerwca 2017

1949 - Katastrofa promu na Dunajcu

Szczegóły katastrofy na Dunajcu
W związku z katastrofą promu (w dniu 31 marca) na Dunaju w miejscowości Obidza, gmina Lacko w powiecie nowosądeckim, gdzie utonęły 24 osoby - nadchodzą obecnie z miarodajnych źródeł szczegóły tej tragedii.
Katastrofa nastąpiła w chwili przybijania promu do brzegu w sąsiedztwie miejscowości Obidza. Promem tym przeprawiało się przez Dunajec 30 osób. Stan wody był skutkiem roztopów wiosennych stosunkowo wysoki. W wyniku nieudolnego manewrowania, na prom wdarła się woda. Większość jadących przesunęła się na niezalaną stronę, co zachwiało równowagę i spowodowao wywrócenie się promu.
Prom użyty został mimo zakazu wydanego w listopadzie ub. r. przez starostwo nowosądeckie. Przewoźnik został aresztowany. (...)
[Dziennik Polski nr.95 6 kwietnia 1949 , MBC Małopolska]
Poza podobnymi artykułami z archiwalnych gazet, w dzisiejszym internecie znalazłem tylko jedną wzmiankę o tym zdarzeniu, opis miejscowości w której znajduje się pomnik ofiar. 

sobota, 17 czerwca 2017

Drobne rośliny kwiatowe (9.) - Kurdybanek

Bluszczyk kurdybanek to jedna z moich ulubionych roślin. Po części za sprawą jasnofioletowych, charakterystycznych kwiatków, a po części za sprawą zapachu dla którego zbieram go na przyprawę.

Jest rośliną pospolitą, rosnącą zarówno w miejscach zacienionych, jak i na łąkach, chętnie na obrzeżach lasów i zarośli, często na poboczach dróg i ogółem na stanowiskach ruderalnych. Pędy sięgające do niedużej wysokości wytwarzają boczne rozłogi, które płożą się po ziemi tworząc przylegający kobierzec. W miejscach silnie nasłonecznionych listki zabarwiają się na czerwono, z czasem wręcz na brązowo-bordowo. Kwitnie zasadniczo od wczesnej wiosny po lato, ale pojedyncze kwiatki pojawiają się do jesieni. Jest rośliną miododajną.
Nazwę nadało mu zapewne podobieństwo do motywu roślinnego kurdybanu [1], czyli ozdobnego obicia mebli i ścian z cienkiej, dobrze wygarbowanej skórki. Popularny zwłaszcza w XVII wieku stanowił materiał luksusowy, z wytłoczeniami, malowaniem, pozłoceniami. Najczęściej używanym motywem były gałązki i liście roślinne, w tym liście bluszczu, dębu i akantu. Z jego wytwarzania najbardziej znane były pracownie z hiszpańskiej Kobdoby, stąd zniekształcona nazwa pospolita Kurdyban lub Kurdywan. W tym samym czasie obie były też używane do nazwania bluszczyku.
 Od bardzo dawna bluszczyk był używany jako przyprawa, równie chętnie jak dziś pietruszka czy kminek, które to stopniowo wyparły go z naszych garnków.[2] Jego zapach można opisać właściwie tylko jako "specyficzny". Należy do tej samej rodziny jasnotowatych co znane rośliny aromatyczne mięta, melisa, oregano i tymianek. Zapach kurdybanku najbardziej przypomina tymianek, jest jednak nieco bardziej korzenny, cięższy. Szczególnie dobrze pachną liście zaczerwienione od słońca.
Jeśli chodzi o smak, to można w nim wyczuć pewną goryczkę.


Był też używany jako roślina lecznicza. Zawiera stosunkowo dużo garbników, terpenoidów oraz saponiny, co nadaje mu własności wykrztuśne, żółciopędne, poprawiające trawienie. Działa też nieco moczopędnie i przeciwzapalnie.[3]
Przed upowszechnieniem chmielu był stosowany do przyprawiania piwa.

-------
[1] http://www.sxvii.pl/index.php?strona=haslo&id_hasla=7446
[2]  http://luczaj.com/publikacje/2008%20luczaj%20bolestr%20zapomniane.pdf
[3] http://rozanski.li/449/bluszczyk-kurdybanek-kurdybanek-pospolity-glechoma-hederacea-linne-w-fitoterapii-dawnej-i-wsplczesnej/

sobota, 3 czerwca 2017

1873 - Pszczoły i klatka

Zabawny felieton z Kurjera Warszawskiego sprzed 144 lat:

" W oknie naszej Redakcji znajduje się obserwatorjum meteorologiczne, które niestety nie zawsze bywa czynne z winy p. Obserwatora, który w bieżącym miesiącu ważnym oddawszy się zajęciom prosił o urlop. Nawiasem mówiąc meteorolog nasz wkrótce już na stałe rozpocznie swoje czynności, ale nie o tem obecnie jest mowa.
Obserwatorjum, o którem mówimy pomieszczone jest w budce drewnianej, a to dla ochrony od zbytniego skwaru lub nawalnego deszczu, budka ta bowiem okrywa narzędzia wystawione na powietrze, i zbyt czułe na wszelkie jego zmiany.
Otóż do tej budki od kilku dni znęciły się nieproszeni goście - są to pszczoły w liczbie 5 czy 6, które regularnie. co dzień w rannej godzinie tam przybywają i pobrzęczawszy trochę odlatują.

Trudno nam odgadnąć rzeczywisty i praktyczny powód tych każdodziennych odwiedzin. Czy pszczoły biorą budkę za ul nowej konstrukcji, a rzeczywiście jest ona trochę podobna do ula Dzierżona, czyli też oddają się obserwacjom meteorologicznym, bo wiadoma rzecz, iż zmiany powietrza obchodzą bardzo ród pszczeli zmuszony szukać funduszu życiowego dla siebie na kwiatach i roślinach. Nie tracimy nadziei, że może wkrótce cały ul do nas zajrzy, a wtedy pan meteorolog powróciwszy, będzie miał rzeczywistą biedę z tymi nowego rodzaju współzawodnikami.
O ile, wiemy, jednak delegacja pszczół, która nas nawiedza nie jest wcale piśmienną bo żadnych notatek nie czyni ale widocznie na pamięć się nauczywszy, jaka zajdzie zmiana, wraca informować o tem resztę ula. "
[Kurjer Warszawski 19 czerwca 1873 EBUW]

Redakcja gazety mieściła się w tym czasie w kamienicy nr.5 przy Placu Teatralnym.

Wspomniany ul Dzierżonia to nowoczesna jak na owe czasy konstrukcja, będąca prototypem dzisiejszych uli ramkowych. Zamiast przypominać kształtem barć, ul miał formę skrzynki z wchodzącymi do środka listewkami o góry, tak zwanymi snozami, do których pszczoły dobudowywały plaster. Odległości między listewkami zostały dobrane tak, że pszczoły budowały plaster na nich jak na ramach obrazu. Przy odległości nieco większej niż założona, pszczoły zaklejały ścianki ula woskiem, przy mniejszej uszczelniały propolisem. Dzierżon umożliwił dzięki temu bardziej racjonalną i przewidywalną hodowlę, możliwe było zdjęcie tylnej lub bocznej ścianki i zlustrowanie stanu gniazda bez niszczenia plastrów. Można było też prosto wycinać plastry po otworzeniu ula i wyjmować ciągnąć za snozę.
W późniejszych latach do konstrukcji wprowadzono jeszcze listewki dolne i boczne aż w końcu powstały ramki, które można wyjmować z ula bez wycinania i uszkadzania czegokolwiek. Ul taki faktycznie mógł przypominać klatkę meteorologiczną.

środa, 17 maja 2017

1958 - Trąby powietrzne w środkowej Polsce

Wiosna 1958 zapisała się jako chłodna, zwłaszcza za sprawą bardzo zimnego i śnieżnego marca. Chłodny i deszczowy był też kwiecień, kiedy to roztopy doprowadziły do poważnej powodzi na Bugu i Narwi. Dopiero na początku maja od południa zaczęło napływać zdecydowanie gorętsze powietrze. Jednak w naszym nieumiarkowanie zmiennym klimacie nie mogło to trwać długo, od północy napłynęła masa powietrza dużo chłodniejszego, polarnego.
15 maja na południu temperatury doszły do 30 stopni, na północy było zaledwie kilkanaście. Tak potężna różnica temperatur musiała zakończyć się burzami. Wprawdzie szkody od piorunów i gradu zanotowano wtedy w różnych częściach kraju, to wyjątkowe natężenie burze osiągnęły na terenach obecnych województw Łódzkiego i Mazowieckiego.

Po południu nad Rawę Mazowiecką nadciągnęła burza. Nie była zbyt aktywna elektrycznie ani nie przyniosła dużo deszczu. Najpierw zaczął padać grad przyjmując formę padających z rzadka dużych lodowych kul. A gdy większe opady przeszły, nadciągnął huragan:

"Wszystko trwało jakieś 3 do 4 minut, siedziałam właśnie w domu, przy stole, gdy nagle zrobiło się zupełnie czarno. Poderwaliśmy się z miejsca/. W tym momencie trzask, lecą szyby z okien. Przypadliśmy do ściany. W tej samej chwili runął dach. Gdy oprzytomnieliśmy było już po wszystkim. Padał tylko grad. Właściwie nie grad, lecz ogromne kawały lodu większe od kurzego jajka
- Czy było słychać grzmoty?
- Nie, tylko błyskało się raz po raz. Tak się złożyło, że tuż przedtem, nim się nagle ściemniło, spojrzałam na zegarek. Była godzina 17:57. O godz 18 huragan minął.[1]"
 Nad miastem pojawiła się wyjątkowo silna trąba powietrzna, która zdemolowała głównie południowo-wschodnią część miasta, w tym okolice rynku. Poważnie lub całkowicie zniszczone zostały 52 domy, 75 straciło dachy. Stanowiło to 50% ówczesnej zabudowy miasta.
Najbardziej uszkodzone zostały drewniane budynki, na budynkach murowanych zerwane zostały dachy, przewrócone kominy, czasem naruszone stropy i wyrwane fragmenty muru. Zawalił się między innymi budynek kasy spółdzielczej. Do szpitala miejskiego, który nie ucierpiał, przewieziono 30 ciężko rannych osób, około stu zostało lekko rannych, trzy zginęły na miejscu.

Ale Rawa nie była jedynym miejscem dotkniętym trąbą. Znalazła się właściwie na samym końcu długiego na 20 km szlaku. Pierwszą miejscowością w której powstały uszkodzenia było zapewne Staropole (w ówczesnej prasie Stare Pole). Następne były Petrynów, Czerwonka, Radwanka, , Dziurdziołów,  Chrusty, północna część Księżej Woli i zachodnia Boguszyc, centralnie PGR Tatar. Nieco bardziej na północ od tego pasa, uszkodzenia pojawiają się też w Teklinie, możliwe że przyczyną był towarzyszący burzy silny wiatr. Meteorolodzy którzy po burzy oglądali zniszczenia twierdzili, że kończyły się zaraz za Rawą [2], jednak prasa wymienia jeszcze leżące na przedłużeniu pasa Kaleń i Wolę Lesiowską.

W pobliżu gospodarstwa PGR zupełnie zniszczony został las o rozmiarach 200/500 metrów, drzewa połamane na wysokości metra nad ziemią wyglądały jak skoszone wielką kosą. Pnie były zwrócone na lewą stronę pasa, potwierdzając cykloniczny kierunek wirowania. Najbardziej dotknięte zostały Dziurdzioły, gdzie na 37 domów mieszkalnych całkowicie zniszczonych zostało 29, ponadto wszystkie obory i kilkadziesiąt pomniejszych budynków gospodarskich. Z wymienionych wsi kilka osób zostało ciężko rannych a kilkanaście lżej.


Mińsk
Rawa nie była jednak jedynym miejscem, jakie miało tego nieszczęście znaleźć się pod gwałtownym układem burzowym. W okolicy Mińska Mazowieckiego pojawiła się wieczorem druga trąba powietrzna, która wywołała poważne szkody w 17 miejscowościach. Korespondent prasowy pisał, że największe zniszczenia dotyczyły pasa szerokości 800 metrów i długiego na 30 km.
Wyznaczenie pasa zniszczeń jest trudne, bowiem różne źródła podają różne dane. Prasa generalnie jako pierwsze miejscowości wymieniała Lasomin i Starą Wieś koło Siennicy (Obecnie Siennica, okolice ulicy Dworkowej), jednak dzisiejsze źródła internetowe podają także leżące wcześniej Sufczyn, Wolę Sufczyńską a zwłaszcza Kołbiel, gdzie zupełnie zniszczone zostało 45% zabudowy. Następnie pas przechodził przez Zglechów, Swobodę, Łękawicę, Bożą Wolę, aby skończyć się w lasach na południe od Cegłowa. Pojawiły się też uszkodzenia w Siodle i Kątach, które leżą bardziej po bokach.

W Starej Wsi zginęła kobieta przygnieciona przez padające drzewo, 8 osób odwieziono do szpitala, kilkadziesiąt odniosło drobniejsze obrażenia. Łącznie całkowicie zniszczonych zostało 145 domów mieszkalnych, z czego najwięcej bo 90 w okolicy Siennicy, ponadto 155 stodół i 187 innych budynków gospodarskich. Uszkodzenia w lasach i polach notowano w całym powiecie mińskim i grójeckim, w różnym stopniu uszkodzonych zostało 1000 ha lasów i połowa zasiewów.

Rozmiar szkód powstałych tego dnia szacowano na 130 mln złotych.

Nowe Miasto nad Pilicą
Wprawdzie burze z 15 maja zanikły w ciągu nocy, lecz front oddzielający różne masy powietrza nie przesunął się zbyt daleko. Zaistniała w efekcie ciekawa sytuacja, bo w tej samej okolicy, koło Nowego Miasta nad Pilicą, następnego dnia przeszła kolejna trąba powietrzna o podobnej intensywności, mimo tego że na pewno powstała z całkiem nowego układu burzowego. Siła zjawiska była podobna lub nawet większa niż w Rawie, o czym może świadczyć najbardziej efektowna szkoda - wiatr uniósł w powietrze autobus ze szkolną wycieczką i przerzucił na odległość 30 metrów zrzucając go na dach. Kilkanaście dzieci zostało rannych.
Niedaleko rynku przetoczony został kiosk ze sprzedawczynią w środku. Większość dachów zostało zerwanych, 90 domów uszkodzonych a 19 zawalonych. Tornado miało postać leja otoczonego chmurą szczątków. W mieście i okolicach było wielu rannych. Ponoć jedna osoba zmarła [3].

Ale podobnie jak w poprzednich przypadkach obszar zniszczeń był dużo większy. Pas zaczynał się w okolicy wsi Góra, przechodził przez wschodnią część Nowego Miasta, dalej wzdłuż drogi na Mogielnicę, przez Wólkę Gostomską, Brzostowiec skończywszy się w lesie koło Otoląża po przebyciu około 10 km w pasie szerokim na 200 metrów. We wsiach całkowicie zniszczonych zostało 13 domów. W Brzostowcu poważnie uszkodzone zostało pierwsze piętro szkoły.

W Nowym Mieście znajdował się posterunek klimatologiczny, mierzący kilka parametrów jak maksymalna i minimalna temperatura, ciśnienie czy opad. Niestety jakie warunki mogły panować wewnątrz trąby się nie dowiemy, bo klatka meteorologiczna tego spotkania nie przeżyła.

Z wszystkich dotkniętych w tych dniach terenów wysłano do zakładów ubezpieczeniowych 2700 zgłoszeń szkód, w tym zniszczenie 280 domów, 600 stodół i 300 innych budowli. W województwie łódzkim pioruny wywołały 25 pożarów, a w kieleckim 19.


Wydarzenia te wywołały żywy oddźwięk w całym kraju, bo nie przypominano sobie aby w tamtej okolicy doszło kiedykolwiek do kataklizmu na podobną skalę. Nie było to zresztą także ostatnie takie zdarzenie - pod koniec czerwca deszcze na południu wywołały powódź w dorzeczu Wisły o rozmiarach zbliżonych do powodzi w 2010, w lipcu front z huraganowym wiatrem wywołał ogromne zniszczenia w rejonie Sandomierza a w sierpniu jeszcze w paru miejscach pojawiały się gwałtowne burze. Prasa dyskutowała czy anomalie te mają związek z plamami na słońcu, czy też z próbnymi wybuchami jądrowymi. Z czasem publicyści bardziej przychylali się ku temu drugiemu pomysłowi, podkreślając szkodliwe skutki prób naziemnych, oczywiście tych amerykańskich.

-----
[1] Życie Radomskie nr. 119, 19 maja 1958
[2] Stanisław Rafałowski "Trąby powietrzne w Rawie Mazowieckiej i Nowym Mieście (maj 1958), Gazeta Obserwatora PIHM nr 6.1958
[3] Agnieszka Napiórkowska "Tornado 1958" Gość Łowicki 11 maja 2008

* Życie Radomskie, 1958 nry:  118, 17 maja; 119, 19 maja; 122, 22 maja i 123, 23 maja 1958, Radomska Biblioteka Cyfrowa
* Głos Koszaliński 16 maja 1958 PBC Ksiaznica
*  Dziennik Bałtycki 19.05.1958, Bałtycka Biblioteka Cyfrowa
*  Dziennik Bałtycki 17.05.1958, Bałtycka Biblioteka Cyfrowa


niedziela, 7 maja 2017

Drobne rośliny kwiatowe (8.) - Czosnaczek

Roślina może nie drobna, bo w dobrych warunkach i gęstych zaroślach może sięgać do pasa, ale kwiaty ma niepozorne i nie ozdobne:
Dużo bardziej charakterystyczne są liście o zaokrąglonym karbowaniu, jasne i miękkie. Roztarte w palcach nabierają charakterystycznego czosnkowego aromatu, mogą być użyte jako przyprawa do dań, a ponieważ są miękkie i nie posiadają łykowatych żyłek, mogą być też zjadane jako sałatka. Nadają się zwłaszcza wiosną i wczesnym latem, później, gdy roślina przekwita, nabierają gorzkawego posmaku.
Korzeń krótki, palowy, łatwo daje się wyrwać. Przełamany pachnie bardziej jak chrzan i może być użyty jako jego zastępstwo.

Czosnaczek rośnie w miejscach ruderalnych, na poboczu dróg, na skraju lasów, wydaje się preferować miejsca zacienione i wilgotniejsze. Łatwo rozsiewa się z drobnych nasionek. Należy do rodziny kapustowatych (dawniej krzyżowe), jest więc spokrewniony z rzeżuchą, gorczycą i rzodkiewką, przy czym co ciekawe stanowi rodzaj monotypowy - rodzaj czosnaczek zawiera tylko jeden gatunek, czosnaczek pospolity.
Podobnie jak inne kapustowate zawiera olejki gorczyczne i glikozydy izotiocyjanianowe, które po uszkodzeniu rośliny (roztarciu liści) hydrolizują pod wpływem enzymów uwalniając ostry w smaku i zapachu izotiocyjanian allilu, odpowiadający też za smak musztardy czy ostry zapach chrzanu i wasabi.

W ostatnich latach obserwuję, jak jako mało znaną, ale przecież tradycyjną przyprawę promuje się czosnek niedźwiedzi. Pojawia się suszony w saszetkach a w sklepach ogrodniczych sprzedają sadzonki. Może udałoby się coś takiego też z łatwym w uprawie, okazałym i silnie pachnącym czosnaczkiem?

czwartek, 4 maja 2017

Zgasić Słońce wodą?

Czy możliwe by było zgasić Słońce polewając je wodą? Zupełnie - nie, ale na chwilę... teoretycznie... naginając trochę czasoprzestrzeń i logistykę...


Na pomysł tego wpisu naprowadziły mnie artykuły popularnonaukowe, które na podobne pytanie odpowiadały zawsze tak samo: dolewając do słońca wody tylko bardziej je rozgrzejemy.[1],[2].
Rozumowanie jest następujące - woda w wysokiej temperaturze gwiazdy będzie się rozkładać na wodór i tlen. Wodór jest dla gwiazdy paliwem, potrzebnym do przeprowadzenia reakcji termojądrowych, toteż dodanie nowej porcji tylko zwiększy ilość produkowanej energii. Ponadto dla dużych ilości wody masa słońca zostanie zwiększona na tyle, że wewnątrz wzrośnie ciśnienie i zwiększy się szybkość reakcji.
I otóż problem w tym, że w tym rozumowaniu kryją się pewne znaczące uproszczenia, które wpływają na końcową odpowiedź.

Słonce jest gwiazdą, a więc kulą gazu o tak dużej masie i grawitacji, że ciśnienie w jego jądrze dosłownie wciska jądra atomowe w siebie. Z połączenia się czterech jąder wodoru powstaje jedno jądro helu, o masie nieco mniejszej niż masa czterech jąder wodoru. Ta brakująca masa  jest zgodnie ze słynnym wzorem Einsteina zamieniana na energię. Ilość tej energii jest olbrzymia - mówi się że energia otrzymana z wodoru zawartego w szklance wody wystarczyłaby na pokrycie ziemskiego dziennego zapotrzebowania.
Jednak transport tej energii z jądra na zewnątrz gwiazdy jest bardziej skomplikowany i o wiele dłuższy niż by to się mogło wydawać.

Wnętrze gwiazdy wokół jądra jest złożone głownie z bardzo gęstej, mocno lub całkowicie zjonizowanej plazmy. Jest ona w dużym stopniu przezroczysta dla promieniowania, toteż transport energii odbywa się w niej głównie promieniście, poprzez światło, ultrafiolet, promieniowanie X i gamma. Jest to tak zwana strefa promienista, która w naszym Słońcu stanowi ok. 70% objętości,
Ze względu na ten duży stopień przezroczystości gradient temperatury w tej strefie jest względnie mały, mniejszy od gradientu adiabatycznego związanego z rosnącym w miarę głębokości ciśnieniem warstw gazu.
W takiej sytuacji nie następuje termiczna konwekcja, strefa ta nie jest więc dobrze wymieszana. Ze względu na dużą gęstość i obecność mimo wszystko nie całkiem zjonizowanych jonów, światło z jądra wiele razy jest pochłaniane i reemitowane, przez co jego druga do powierzchni trwa bardzo długo.

W miarę oddalania się od jądra plazma ochładza się i zwiększa się w niej udział jonów, zwłaszcza silnie pochłaniającego światło anionu wodorkowego. W efekcie w pewnym oddaleniu plazma staje się nieprzezroczysta, przekaz promienisty staje się nieefektywny, a główną rolę w przekazie energii przejmuje konwekcja, to jest ruch wznoszący gorętszych strumieni. Ta tak zwana strefa konwektywna zajmuje około 25% promienia naszego Słońca. To w tej strefie materia jest dobrze i dość równomiernie wymieszana.

Dopiero dalsze ochładzanie plazmy w zewnętrznych warstwach powoduje, że większość jonów i elektronów rekombinuje a głównym składnikiem staje się niezjonizowany gaz o wysokiej temperaturze. Jest on już na tyle przezroczysty, że wypromieniowywane przezeń światło wyrywa się w kosmos i po 8 minutach dociera do ziemi. Strefa ta, fotosfera, jest tym co widzimy jako powierzchnię słońca. Ma temperaturę około 5,6 tysięcy stopni, zdecydowanie mniej niż w jądrze (ok. 15 mln stopni).
Częste cykle pochłaniania i emisji w gęstym wnętrzu, oraz wolny transport energii w nieprzezroczystej strefie konwektywnej powodują, że fotony wytworzone w jądrze docierają do powierzchni słońca dopiero po czasie od dwustu tysięcy do miliona lat.

Sedno sprawy mogło wam umknąć w tych wyjaśnieniach, więc powtórzę tylko to co najważniejsze - tylko zewnętrzna strefa konwektywna jest dość dobrze wymieszana. W wewnętrznej, strefie promienistej, nie zachodzi mieszanie materii. A zatem dodatkowa porcja wodoru z wody zrzuconej na Słońce nie ma szans dotrzeć do jądra i wytworzyć więcej energii cieplnej. A zatem popularne tłumaczenia, że woda zrzucona na słońce je rozgrzeje, są błędne.
Również wzrost ciśnienia we wnętrzu gwiazdy nie spowoduje zbyt szybkiego wzrostu ilości energii wypromieniowywanej przez powierzchnię, bo jej transport trwa dość długo.

Pytanie zatem - czy gdyby użyć na prawdę dużej ilości wody i zrzucić na zewnętrzną warstwę słońca, dałoby się je choćby na chwilkę przygasić?

Całkowita moc promieniowania słońca to 3,86×1026 W. Tyleż więc dżuli energii wypromieniowuje całą powierzchnią w ciągu sekundy. Gdybyśmy zrzucili na słońce równocześnie tyle wody, aby to ciepło pochłonąć, może dałoby się na tą sekundę wystarczająco wychłodzić fotosferę, aby nie świeciła w zakresie widzialnym, a tym samym na chwilę przygasić słońce.
Zacznijmy wyliczenia od prześledzenia mechanizmu - zrzucamy na słońce wodę w formie lodowych brył, o temperaturze 0 stopni C. Ze względu na niskie ciśnienie ogrzewając się nie zamieni się ona w formę ciekłą tylko wysublimuje. Zamieni się zatem w parę która następnie zostanie ogrzana aż do temperatury termicznego rozkładu. Na koniec rozkład wody pochłonie kolejną porcję energii.
Do oszacowania ilości wody potrzebnej na pochłonięcie mocy promieniowania słońca potrzebne są pewne stałe fizyczne:


Entalpia sublimacji wody - 51,059 kj/mol[3]
Ciepło właściwe - 4,19 kj/kg*K (dla uproszczenia przyjmuję ciepło właściwe dla warunków standardowych, w rzeczywistości rośnie ono wraz z temperaturą)
temperatura rozkładu: wedle źródeł powyżej 4500 K woda ulega niemal całkowitemu rozkładowi na wodór i tlen a głównymi wykrywanymi składnikami są obojętne atomy i rodniki [4]
entalpia tworzenia - 285,8 kJ/mol

Przeliczmy więc to dla tony wody, zakładając że najpierw tona lodu sublimuje w temperaturze 0*C, potem powstała para ogrzewa się aż do 5 tysięcy stopni i następnie ulega rozkładowi na pierwiastki.

Tona lodu to 55555 moli wody. Na jej sublimację zużyje się (55 555*51,059) 2836583 kj energii. Ogrzanie par do 5000 K zużyje (55 555*4,19*4763) = 1108709468 kj energii
Rozkład zużyje (55 555*285,8) 15849842 kj energii
Razem 1127395893 kj czyli 1,1274*10^12.
Ponieważ należy pochłonąć 3,86×1026 J energii, potrzebnych jest około 300 000 000 000 000 ton lodu. Ilość ta rozłożona na powierzchni słońca (ok. 1520 mld km2) utworzyłaby warstwę grubą na 197 metrów. Już samo pokrycie słońca taką warstwą zatrzymałoby światło, przynajmniej na moment. Pochłonięcie jednosekundowej mocy promieniowania fotosfery miałoby jednak mniejszy wpływ niż całkowite przyciemnienie, bowiem spod spodu ochłodzonej warstwy promieniować będą warstwy głębsze i gorętsze. Niemniej już sama obecność dużej ilości jonów i rodników powstałych z rozkładu wody może spowodować częściowe osłabienie docierającego do ziemi światła.
----------
[1] http://www.what-if.pl/2013/03/krotka-pika-1.html
[2] http://wyborcza.pl/1,145452,18619223,kto-zgasi-slonce.html
[3] http://www1.lsbu.ac.uk/water/water_properties.html
[4]  https://www.researchgate.net/profile/Andrey_Samokhin/publication/226277308_Oxidizing_purification_of_water_using_thermal_plasma/links/54dd7e680cf28a3d93f96409.pdf?origin=publication_detail

niedziela, 30 kwietnia 2017

Zwierzęce sado-maso

Czyli perwersje ze świata zwierząt, o jakich nie śniło się seksuologom...


Wybuchowe zapłodnienie
Jedynym zajęciem trutni w roju pszczół, jest zapłodnienie nowej królowej. Odbywa się to wiosną podczas lotu godowego, a ponieważ do królowej podlatuje zwykle kilkunastu chętnych, samiec musi się streszczać aby wstrzyknąć co jego. Natura wyposażyła trutnie w pokaźne penisy które pęcznieją wewnątrz królowej. Ciśnienie w jamie penisa szybko wzrasta aż kilka sekund po wsunięciu następuje wybuchowe uwolnienie nasienia. Ponoć ludzie stojący w pobliżu mogą wtedy usłyszeć ciche "puf!". Narząd trutnia odpada i pozostaje w jamie królowej, zaś wyczerpany truteń odskakuje i umiera.

Zapłodnienie traumatyczne
Stosunek u owadów potrafi być gwałtowny i niebezpieczny dla obojga partnerów. Czasem większa samica nadgryza samca, kiedy indziej samiec unieruchamia szarpiącą się samicę. Szczególną strategią jest zapłodnienie traumatyczne, polegające na tym, że samiec wbija  swój narząd kopulacyjny gdzieś w odwłok samicy. Plemniki uwolnione do wnętrza wędrują w stronę gonad i mogą doprowadzić do zapłodnienia.
Jest to raczej nieczęste zachowanie, w większości przypadków zdarza się w szczególnych sytuacjach, na przykład gdy do jednej samicy chce się przeczepić dwóch samców, u pewnych gatunków jest dość częste a u pluskiew domowych stanowi praktycznie jedyny obserwowany sposób. Pluskwy nawet w pewnym stopniu dostosowały się do tego za sprawą nieco bardziej miękkiego pancerza na brzuchu i specjalnego organu wewnętrznego kierującego plemniki w odpowiednią stronę i przyspieszającego gojenie.


Swój sobie w siebie
Niewielki wirek Macrostomum hystrix rozwija podobną strategię. Hermafrodytyczne robaki tego gatunku mogą zapładniać się wzajemnie wbijając w drugiego podobny do igły narząd płciowy, plemniki wstrzyknięte gdzieś w brzuch wędrują do gonad i tam dokonują zapłodnienia. Czyli tak jak u wymienionych owadów. Jeśli jednak nasz robaczek ma problem w znalezieniu drugiego partnera i trwa to odpowiednio długo, może próbować zapłodnić się sam. Nie wytworzył jednak mechanizmu pozwalającego po prostu przepłynąć plemnikom do komórek jajowych, musi dokonać tego "normalną" drogą. Ponieważ zaś jest dosyć krótki i nie bardzo może wycelować w inne miejsce, zdesperowany wirek przebija sobie głowę penisem.
Nie jest to dla niego zbytnią szkodą ze względu na uproszczoną budowę ciała i szybką regenerację. [1]

Ściskając zimną żabkę
Żabie gody zwykle przebiegają dość spokojnie - samiec który upatrzył sobie kumoszkę włazi na jej grzbiet, trzymając ją w silnym uchwycie nóg, tak zwanym ampleksusie, do czasu aż złoży skrzek to jest niezapłodnione jaja. Oblewa je wówczas swoim nasieniem i tak dokonuje się zapłodnienie. Para może tak siedzieć nawet kilka godzin.

Duże pragnienie samca aby posiąść partnerkę, w połączeniu z faktem iż ampleksus jest odruchem, skutkuje niekiedy zabawnymi pomyłkami, w rodzaju wejścia samca na innego, wejścia na samca ściskającego już partnerkę, wejścia od spodu czy z boku, przywarcia do innego zwierzęcia, ryby a nawet butelki po piwie. W przypadku dużego zagęszczenia bywa, że z samic i samców powstaje skłębiona masa kilkunastu wzajemnie się ściskających osobników

Nie jest to sytuacja komfortowa, bywa że samica zostaje zwyczajnie uduszona przez kilku chętnych na raz, co kończy gody, nie pozwalając na wydanie potomstwa. Ale nie zawsze.
W przypadku gatunku egzotycznej żaby Rhinella proboscidea, zaobserwowano, że samiec po zorientowaniu się, że partnerka nie oddycha, może zmienić uścisk i dosłownie wycisnąć z jej masę jaj, doprowadzając do skutecznego zapłodnienia. Podobnie potrafi się zachować po natknięciu się na już martwą żabę. Nazwano to, może nie zbyt stosownie, nekrofilią funkcjonalną [2].

Nazbyt ochotny kaczor
O ile w przypadku tych żab, tego rodzaju nekrofilia ma wartość dodatnią i pozwala na wydanie potomstwa, to u innych gatunków zwierząt nie ma tak dobrze.

Na początku lat 90. Cornelius Moeliker pracujący w Rotterdamskim Muzeum Naturalnym zauważył szczególny wypadek. Budynek muzeum, położony w pięknej okolicy, miał przeszkloną fasadę z dużych tafli szkła. Niestety było to przekleństwem to okolicznej przyrody, bowiem o szyby co pewien czas rozbijały się ptaki. Tego dnia spore łupnięcie wyciągnęło go z gabinetu. Z pomieszczenia na parterze zobaczył, że o fasadę ze skutkiem śmiertelnym rozbił się samiec kaczki krzyżówki. Przykra sprawa. Będzie miał następny obiekt do spreparowania i pokazania na wystawę, takie bowiem postępowanie było praktyczniejsze niż wyrzucenie i utylizacja ptasiego truchła.
Zaraz jednak obok ciała pobratymca usiadł drugi samiec kaczki krzyżówki. Po czym zaszedł go od tyłu i bez żadnego przepraszam zajął się nim dogłębnie. Zaciekawiony badacz przysiadł w oknie notując nietypowy behawior. Drugi samiec musiał być nieźle napalony, skoro po upływie półtora godziny Moleliker musiał go przepędzić. Ponoć nawet jakiś czas po schowaniu jego ofiary do lodówki drugi samiec siedział na trawie koło okna i dukał "roeb-roeb!". [3]

Po kilku latach przeszukiwania prasy pod kątem podobnych przypadków i przełamaniu niechęci, w 2001 roku Moeliker opublikował na ten temat artykuł "Pierwszy przypadek homoseksualnej nekrofilii wśród kaczek". Artykuł który ornitologów może nieco zmieszał, ale nimi nie wstrząsnął. Podobne zachowania niekiedy u ptaków obserwowano, ale badacze wzdragali się przed ich szczegółowym opisywaniem. W roku 2003 otrzymał humorystyczną nagrodę Ig Nobla, co rozsławiło jego pracę. Od tego czasu Moeliker zaczął być uważany za eksperta od ptasich ekscesów seksualnych, a badacze i miłośnicy przyrody wysyłali mu informacje o podobnych obserwacjach. Zachowania nekrofilne opisano dzięki temu u kilkudziesięciu gatunków ptaków. Sam Moeliker uważa, że przyczyną jest zbyt silny instynkt seksualny oraz obecność feromonów, które zbyt łatwo nie wietrzeją. Zwierzę które niedawno umarło może się więc wydawać chętnym partnerem, który wcale się nie opiera.[4]
--------
*  https://en.wikipedia.org/wiki/Traumatic_insemination
[1] https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4528547/
[2]  http://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/00222933.2012.724720
[3] C.W. Moeliker "The first case of homosexual necrophilia in the mallard Anas platyrhynchos
(Aves: Anatidae)" DEINSEA 8, 2001
[4]  https://www.vice.com/en_uk/article/the-scientists-who-watch-animals-have-sex