Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulturowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulturowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 grudnia 2017

Indiańska lemoniada z polskiego ogródka

Z pewnością każdy z was kojarzy sumaki - niskie drzewka, łatwo rozrastające się z korzeni, z soczystymi liśćmi podobnymi do jesionu, na jesień przebarwiającymi się na bardzo intensywny, czerwony kolor.

Drobne, zielonkawe kwiatki szybko przekwitają, tworząc ciemnoczerwony owocostan, zawierający drobne nasionka otoczone włochatą okrywą, zbijającą się w filcowatą grudę. Pozostaje on na roślinie jeszcze długo, stanowiąc dodatkową ozdobę.

U nas najczęściej sadzony jest pochodzący z Ameryki Północnej sumak octowiec, w Azji rośnie jeszcze spotykany niekiedy w uprawie sumak garbierski. To od azjatyckiej rośliny wzięła się nazwa rodzaju - zmielone owoce o mocnym kolorze, nazywano "sumaga" od starego syryjskiego określenia czerwonego koloru. Otrzymany z nich proszek do dziś jest na środkowym wschodzie i w krajach arabskich używany jako przyprawa o charakterystycznym, kwaskowatym smaku, podobnym do soku cytrynowego, dodawana do sosów i zup. Wraz z tymiankiem, kalamintą, oregano, solą morską i hyzopem stanowi składnik popularnej orientalnej przyprawy Za'atar. Czerwone owoce były też używane do farbowania, a obfitujące w taniny kora i liście stanowiły źródło zaprawy farbierskiej.
Z namaczanych w wodzie owoców robiono napój podobny do lemoniady.

Na temat amerykańskiego gatunku nie ma tak wielu informacji, wiadomo jednak, że tubylcy namaczali owoce w wodzie dla otrzymania orzeźwiającego napoju, nazywanego przeto indiańską lemoniadą. No i chyba łatwo się domyśleć, że nie piszę o tym ot tak, czysto teoretycznie. Mimo dość późnej pory, bo przełom listopada i grudnia to niezbyt dobra pora na zbiór owoców wiszących na drzewkach od końca lata, postanowiłem sprawdzić ile jest prawdy w tych doniesieniach.

Poszukałem miejsca na wsi, nieco dalej od drogi, gdzie sumak rozrósł się na teren poza ogrodami. Zerwałem kilka owocostanów, były dość wilgotne i zaczynały już brązowieć. W domu oskubałem owocki z zewnętrznej warstwy, które zostały już dość mocno obmyte przez deszcze i traciły kolor i smak; te wyrzuciłem. Ciemnoczerwone owocki ze środka oderwałem od łodyżek i wysuszyłem aby się nie psuły. Każdy owoc zawierał ciemne, nerkowate nasionko, dość twarde, otoczone suchą okrywą z odstającymi gęsto krótkimi, bordowymi włoskami. Smak wyraźnie kwaśny, bez jakiegoś określonego, specyficznego posmaku. Nasion nie rozgryzałem.

Trzy łyżki tak otrzymanego proszku wsypałem do kubka i zalałem niezbyt ciepłą wodą. Wedle tego co czytałem, zalanie gorącą może spowodować, że napar stanie się gorzki. Odstawiłem całość na pół godziny, aby owoce się macerowały. Następnie przelałem płyn przez sitko o gęstych oczkach, aby zatrzymać drobne włoski, mimo to trochę ich dostało się do płynu ale nie czułem z tego powodu nieprzyjemnego kłucia. Indiańska lemoniada była jedynie lekko zabarwiona:

Widziałem artykuły w których pokazywano napój wyraźnie różowy, możliwe że to kwestia świeżości owoców, moje były jak wspomniałem, trochę już opłukane, jesień była w tym roku wyjątkowo deszczowa. Smak kwaśny, może nieco cierpkawy, przypominający sok z cytryny ale bez jej zapachu.

Znalazłem badanie podające wartości odżywcze owoców dwóch gatunków - sumaka garbierskiego i sumaka nazywanego chińskim, choć autorzy konsekwentnie używają łacińskiej nazwy sumaka octowca [1]. W płynie otrzymanym przez zmiksowanie owoców z zimną wodą głównymi wykrytymi składnikami były kwas jabłkowy i kwas cytrynowy, w mniejszej ilości fumarowy i winowy; sumak garbierski, ten azjatycki, był wyraźnie bardziej kwaśny. Owoce sumaków zawierały też pewną ilość witamin głównie B6 i niezbyt dużo C. Interesujące wydaje się wykrycie witaminy B12, która rzadko pojawia się w roślinach, może to wynik pracy bakterii zasiedlających gąbczaste owocostany.

Za kolor okryw owoców opowiadają występujące w dużej ilości antocyjany, głownie delfinidyna, cyjanina i pelargonina [2]. Wyciągi z owoców sumaków mają właściwości przeciwbakteryjne i ściągające.

Niektórzy są ponoć uczuleni na sumaka, dostają objawów alergicznych już od przebywania w pobliżu krzewów czy dotykania liści. Ja niczego takiego nie zauważyłem, żadnego drapania w gardle czy wysypek. W literaturze panuje zresztą pewne zamieszanie, w związku z tym, że dawniej do rodzaju sumak zaliczano toksyczne rośliny, wydzielone obecnie do rodzaju Toxicodendron. Roślina Toxicodendron vernix do dziś pospolicie nazywana sumakiem jadowitym, przypomina faktyczne sumaki tylko wyglądem liści i pokrojem, jest jednak gładka, nieowłosiona i błyszczy od lepkiej substancji, wywołującej dotkliwe kontaktowe zapalenie skóry.
Z powodu tej dawnej pomyłki różne źródła do dziś piszą, że sumaki są trujące, choć nie opisano dotychczas zatrucia nimi. Biorąc pod uwagę, że azjatycki gatunek jest od wieków źródłem przyprawy, a z amerykańskiego tubylcy otrzymywali napój, raczej nie ma się czego obawiać.
W pewnej starej publikacji opisano, że osoby u których po kontakcie z amerykańskim trującym bluszczem rozwinęła się alergia, reagowały na niektóre inne rośliny ale nie wykazały reakcji przy kontakcie z sumakiem octowcem i sumakiem garbierskim.[3]

------
[1]  Wei Chen, 2009. Comparative Study on the Chemical Composition of Syrian Sumac (Rhus coriaria L.) and Chinese Sumac (Rhus typhina L.) Fruits. Pakistan Journal of Nutrition, 8: 1570-1574.
[2] Rapisarda P. et al.  Chemical Characterization of Different Sumac and Pomegranate Extracts Effective against Botrytis cinerea Rots, Molecules 2015, 20, 11941-11958; doi:10.3390/molecules200711941
[3]  https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/6227468

*  http://thejaps.org.pk/docs/v-22-2/44.pdf
* https://en.wikipedia.org/wiki/Za%27atar
* https://en.wikipedia.org/wiki/Rhus_coriaria
* http://thejaps.org.pk/docs/v-22-2/44.pdf

środa, 19 lipca 2017

Czarny kwiat marchwi

Druga połowa lipca to czas gdy najobficiej kwitnie dzika marchew. Tworzy złożone kwiatostany w formie białych baldachów, złożonych z wielu mniejszych baldaszków złożonych z drobnych, białokremowych kwiatków. Skrajne kwiatki mają dłuższe łodyżki, w efekcie kwiatostan rozchodzący się od jednego punktu ma płaską powierzchnię.

Jedną z ciekawszych właściwości tego kwiatostanu jest występowanie dokładnie pośrodku jednego kwiatka czarnego:
Wyróżnia się nie tylko umiejscowieniem ale też wyglądem. Zwykły kwiatek w baldachu ma pięć małych, kremowych płatków, jedynie brzeżne mają płatki powiększone i wydłużone, tanim kosztem powiększając powierzchnię kwiatostanu. Natomiast ten rodzynek ma płatki większe, podwinięte lub pofałdowane, wzniesione pod kątem lub zupełnie pionowe, przez co całość nie pasuje do raczej gładkiej faktury wierzchu.
Może czasem być umieszczony nieco wyżej.

Po rozgrzebaniu kilku kwiatostanów przekonałem się, że nie wyrasta z osobnej szypułki, lecz jest po prostu jednym z kwiatów środkowego baldaszka niższego rzędu, i to niekoniecznie tym środkowym.

Oczywiście nie jest to cecha całkiem nieznana, botanicy już od XIX wieku zastanawiają się skąd bierze się ten czarny kwiatek i jaką spełnia funkcję, o ile jakąś spełnia. Ponieważ nie występuje na każdej roślinie, dawniej uważano że to po prostu anomalia, przypadkowy błąd nadprodukcji barwnika, która zwykle jest w kwiatkach wygaszana, choć jeszcze te niezupełnie rozwinięte są zwykle nieco różowawe. Taki roślinny melanizm. Na podobnej zasadzie prawie każdy kwiat biały może czasem stać się różowy, rośliny o niebieskich kwiatach mogą niekiedy zakwitnąć na czerwono, a wśród każdych kwiatów kolorowych czasem trafi się osobnik bezbarwny.

Różowa forma cykorii podróżnika
Z drugiej strony warto zauważyć, że jeśli na jakimś osobniku marchwi kwiatostan posiada tą cechę, to posiadać ją będą wszystkie wyrastające z tej rośliny, wychodziłoby zatem że jest to cecha warunkowana genetycznie. Skoro zaś marchew ją uzyskała, oraz utrzymuje się w populacji, to może mieć jakieś uzasadnienie ewolucyjne.
Najczęstszym proponowanym wyjaśnieniem jest uznanie, że czarny kwiat w jakiś sposób wabi zapylające owady. Na przykład udaje ciemnego owada, który przysiadł pośrodku, reklamując sobą "Patrzcie na mnie jak tu siedzę! Tutaj jest sporo nektaru!". Inne proponowane wyjaśnienie to ściąganie drapieżnych owadów, na przykład os, dla których jakaś opita, zasiedziała mucha byłaby łatwym łupem, a które atakując pozorną ofiarę przy okazji zapylały by kwiaty.
Niezależnie od celowości, wydaje się że jeśli już czarny kwiatek służy pomocy w zapyleniu, to najwyraźniej jest jedynie cechą pomocniczą, nie zaś konieczną, a inne cechy kwiatostanu jak wizualna wielkość i słaby, kwiatowy zapach, mają podobną skuteczność. Zgodnie z rozważaniami Darwina jeszcze w jego pierwszych pracach, cecha niekonieczna ulega bądź zanikowi, bądź wykazuje dużą zmienność natężenia i formy.

Z tego co obserwuję czarny kwiatek pojawia się mniej więcej na połowie kwiatów, widać duże różnice w jego wielkości i odcieniu. Może być różowawy, silnie czerwony aż do ciemnofioletowego. Może mieć taki sam rozmiar jak inne, ale może też być większy i wyższy. Czasem zamiast jednego ciemnego, pośrodku znajduje się grupka kwiatków słabo zabarwionych, czasem jest to kilka ciemnych kwiatków w sąsiednich baldaszkach, zasadniczo nie widziałem aby pojawiały się przy brzegu.
Płatki podwinięte, wypukłe, silnie zabarwione fioletowym barwnikiem, po roztarciu w palcach farbują jak czarna jagoda.







Zastanawiam się czym właściwie są zabarwione. Wiedząc jakie istnieją uprawne odmiany warzywa, spodziewam się flawonoidów podobnych jak w korzeniu czarnej marchwi, może z dodatkiem zielonego chlorofilu aby pogłębić kolor.

W Ameryce kwiat marchwi znany jest jako "koronka królowej Anny" na pamiątkę Anny Stuart, która najwyraźniej została zapamiętana jako zapalona koronczarka. W tej wersji purpurowy kwiat pośrodku miałby być kroplą krwi po ukłuciu igłą. W brytyjskich wierzeniach środkowy kwiat marchwi miał być środkiem na epilepsję lub na polepszenie płodności i sprawności seksualnej.

Kwiatostan dzikiej marchwi pachnie słabo kwiatowo. Po zerwaniu i roztarciu w palcach zaczyna natomiast dość intensywnie pachnieć marchwią, może być jadany i dodawany do zup jako przyprawa. W medycynie ludowej stanowi środek na cukrzycę i obrzęki, zapewne z powodu moczopędności, był też używany jako środek antykoncepcyjny "dzień po" być może z powodu naturalnych estrogenów i działania obkurczającego. Olej wyciskany z nasion zyskuje w ostatnich latach jako środek kosmetyczny.
Chcącym spróbować dzikiego warzywa zaleca się jednak ostrożność, w większych ilościach podrażnia żołądek, może zwiększać wrażliwość na światło, a niedoświadczeni zbieracze mogą mylić je ze szczwołem plamistym
O, a ten kwiatek ma 6 płatków.

--------
* http://www.carrotmuseum.co.uk/wild.html
* https://en.wikipedia.org/wiki/Daucus_carota

czwartek, 12 maja 2016

50 nazw śniegu?

Wśród popularnych mitów, przekazywanych z ust do ust faktoidów i ciekawostek, zaszczytne miejsce zajmuje przekonanie o niesamowitej ilości słów określających różne rodzaje śniegu u Eskimosów. Zwykle służy do uwypuklenia różnic kulturowych lub do potępienia współczesnego Europejczyka, który oderwał się od rytmu przyrody i jego ubogość duchową ma unaoczniać porównanie "eskimosi mają X słów na określenie śniegu a my tylko jedno - jak to o nas świadczy?".

Ile wynosi to X to już zależy od źródła, na zachodzie w krajach anglojęzycznych utrwaliła się formuła z 50 słowami, w polskim internecie panuje duża dowolność; jest mowa o 40-50 ale bardzo popularna jest wersja ze 100 słowami a niektóre portale chcące olśnić czytelnika piszą o 400 słowach.

Mit ten jest bardzo stary. Jego początki można znaleźć w pracy Franza Boasa na temat Inuitów z roku 1911. Zauważa on tam, że warunki lokalne mają duży wpływ na język i dla przykładu podaje, że Inuici mają trzy słowa na określenie śniegu: aput czyli śnieg na ziemi, quana czyli śnieg padający i piqsirpoq czyli śnieg zwiewany oraz qimuqsuq czyli zaspa  - a Anglicy tylko jedno.
Pogląd ten został zacytowany w popularnym artykule Benjamina Whorofa z 1940 roku w wersji, że Eskimosi mają wiele określeń odmian śniegu, z czego podał 7 ale nie podał tych słów tylko co miały znaczyć. Nie precyzyjne określenie "wiele słów" zaowocowało tym, że kolejni autorzy opisujący to przekonanie podawali coraz większe liczby aż w latach 70. utrwaliła się wersja z 50 słowami, choć czasem pojawiała się liczba 100 słów.[1]

Warto zauważyć, że w tym przekonaniu czają się pewne ukryte założenia - pierwsze, że istnieje jeden język eskimoski, a drugie że chodzi o takie słowa jak w znanych nam językach, zaś kolejne to założenie że chodzi o nazwy rodzajów śniegu. Tymczasem po pierwsze wyróżnia się pewną ilość języków eskimo-aleuckich i liczne lokalne dialekty. Jeśli brać znaczące to samo ale różniące się między sobą słowa z poszczególnych języków, to rzeczywiście otrzymamy poważną ilość, ale to trochę tak jakby mówić o języku "słowiańskim" i na dowód zróżnicowanej leksyki zbierać do kupy słowa z języków polskiego, czeskiego, białoruskiego etc.

Problemem jest też założenie, że odnalezione różne wyrazy są różnymi słowami. W odróżnieniu od języka angielskiego języki eskimoskie są aglutynacyjne, a więc posiadają pewną liczbę rdzeni do których dodaje się końcówki, przedrostki, przyrostki oraz często łączy się rdzenie tworząc wyraz, zastępujący szersze wyrażenie. W efekcie otrzymujemy pozornie odmienne "słowa" będące właściwie gramatycznymi formami rzeczowników i czasowników, czasem ich złożeniami.
Ślad takiej cechy widać zresztą w języku polskim, charakteryzującym się silną fleksją. Odmiana czasownika wygląda tak, że w słowie zawiera się temat, do którego dodaje się końcówki, a czasem następuje też rozszerzenie tematu (temat+ końcówka traktowany jak osobny temat, do którego dodaje się nową końcówkę). Takim aglutującym przypadkiem może być "widziałybyśmy" - temat "widzia" z cechą czasu przeszłego "ł" i końcówką określająca rodzaj żeński "y" tworzą temat rozszerzony "widziały" który może funkcjonować jak osobne słowo; do tego partykuła określająca tryb niedokonany "by" i końcówka osobowa "śmy" precyzująca, że dana osoba mówi o więcej jak jednej osobie, ale w tym o sobie. Taka wersja czasownika zastępuje równoważne stwierdzenie "my byśmy widziały".[2]

W językach eskimoskich zlepianie może zachodzić jeszcze dalej, tak że tworzone wyrazy łączą w sobie wiele rdzeni i stają się równoważne dłuższym wyrażeniom. Wyraz "Pariliarumaniralauqsimanngittunga" to w rzeczywistości jedno zdanie, znaczące "Nigdy nie powiedziałem, że chcę jechać do Paryża"[3] Na podobnej zasadzie tworzone są wyrazy będące opisami form lub zjawisk związanych jakoś ze śniegiem czy lodem. Mieszkańcy wschodniej Grenlandii używają jednego słowa "siku" aby nazwać lód na morzu. Słowo to jest używane potem we wszystkich określeniach typu "lód jaki" zapisywanych zgodnie z gramatyką jako jeden wyraz. Cienki lód to "sikuaqu", topniejący lód to "sikurluk", pak lodowy to "sikursuit".
Oznacza to zatem, że liczba eskimoskich słów zależy od tego co uznamy za słowo.

Kolejny problem to zakładanie, że nazwy dotyczą śniegu jako takiego, a nie form jakie on przybiera. W języku polskim istnieje dużo słów na określenie form śniegowych i lodowych, inną formą jest zaspa, inną nawis, inną półka śnieżna, inną deska śniegowa; czym innym jest zawieja, czym innym zamieć, czym innym lawina. trudno jednak wliczać te słowa jako "nazwy różnych rodzajów śniegu" bo nie różnicują one materiału wedle jego właściwości tylko wedle miejsca i postaci występowania, a w przypadku zjawisk także wedle sposobu zachowania. Wyliczane przez słowniki i cytowane w niektórych powtarzających mit artykułach dziesiątki eskimoskich słów śniegopochodnych to zatem w większości złożenia, nazwy form śnieżnych, formy gramatyczne i nazwy zjawisk śnieżnych.

Mit ten od samego początku funkcjonuje w formie, która przeciwstawia eskimoskiej wielości angielską ubogość. Już pierwszy autor mówiący o trzech słowach na określenie śniegu, twierdził że w języku angielskim funkcjonuje tylko jedno słowo "snow" i dowodzi to wpływu warunków lokalnych na język. W rzeczywistości w języku angielskim znaleźć można wiele słów na określenie różnych rodzajów śniegu. Forma podstawowa to "snow"; deszcz ze śniegiem to "sleet" (zwłaszcza w odmianie australijskiej i kanadyjskiej), suchy zgranulowany śnieg to "corn", ziarnisty ale świeży śnieg, który przeszedł nadtopienie i przemarznięcie to "névé ", który po przetrwaniu sezonu tworzy utrzymujący się w górach bardziej zbity "firn". Błoto śniegowe to "slush". Brudny, nadtopniały śnieg, zwłaszcza miejski to "snirt". [4]
Podobny mit funkcjonuje na temat słowa "miłość" które ponoć ma wiele odmian w języku greckim (słyszałem też wersję z francuskim) a ponoć tylko jedną w angielskim, co ponoć ma odzwierciedlać jak mało romantyczni są anglofoni.

A jak rzecz wygląda w języku polskim? Ze względu na klimat mamy do czynienia ze śniegiem wystarczająco często, aby powstały dla niego różne określenia. Jedną z prób podsumowania polskich nazw śniegu jest praca Joanny Szadury, którą będę tu cytował, wybierając pojedyncze słowa [5].

Powszechnie znanych jest kilka nazw opadów śnieżnych lub rodzajów pokrywy śnieżnej (niezależnie od nazw form ukształtowanych ze śniegu). Podstawowa to po prostu śnieg, opad atmosferyczny w formie drobnych kryształków lodu i ich nie zbitych skupień. Ale śnieg może padać w różnych formach - w formie pojedynczych lub częściowo zlepionych ale płaskich cząstek jest nazywany płatkami; drobne białe kulki o porowatym wnętrzu, odbijające się od podłoża to krupa (czyli kasza).
Śnieg świeżo spadły, bardzo miękki i napowietrzony to puch, puchem lub puszkami nazywane są też bardzo miękkie spadające płatki.
Jeśli chodzi o rodzaje pokrywy śnieżnej, poza świeżo spadłym puchem, znany jest jeszcze firn to jest śnieg zleżały, częściowo nadtopiony i złożony z małych nie połączonych grudek, narciarze i taternicy mówią też o gipsie czyli zleżałym, twardym, suchym śniegu, zaś pokrywa z twardą, częściowo zlodowaciałą warstwą na powierzchni to szreń. Przypadkiem na granicy między formą śniegu a formą lodową jest lepa, czyli warstwa śniegu który spadł do wody i nie roztopił się ani nie zamarzł (tej nazwy Szadura nie wymienia).
Myśliwi dodatkowo wyróżniają ponowę to jest warstwę śniegu świeżo spadłego, gładkiego, na której dobrze odciskają się tropy zwierzyny.
Pozostałe pospolite nazwy to określenia złożone z dwóch lub trzech słów, na zasadzie "śnieg x-owy" lub "y śnieżny", na przykład "czerwony śnieg", "śnieg zleżały", "śnieg suchy" "zaspa śnieżna" itp.

Oprócz tych pospolitych, często spotykanych, wyróżniono też słowa pochodzące z gwar i dialektów języka polskiego*. Tak jak posługujący się mitem o 50 słowach traktują języki eskimoskie jako całość, tak też i my możemy uznać, że nazwy z poszczególnych regionów są słowami przynależnymi ogółem do języka polskiego. A wówczas, gdyby je dokładnie policzyć, okazałoby się że jest ich również całkiem sporo. Wymienię tylko te które są pojedynczymi słowami:

- mąknisko, piarzëdło, polatawa, przëpruszka, miałczëzna - (sypki, drobny, suchy śnieg)
-  pióra, fledry, szatory (czyli szmaty), szwatoły, flafory, flachcie, fafeły (czyli kudły włosów), lopy, bałwany, chochoły, baby - lepkie płaty padającego śniegu
- żelãzniãk, mrozicha - zlodowaciały, twardy śnieg
- macz, mokrawa, trzap, ćpa, plusk, pluskotnica, brëzy, gizdraga - mokry, rozpryskujący się śnieg padający z deszczem
- chlapa, chlapanina, chlapaczka, chlaptaczka, chlaptula, szląp, cap, cziaplecka, czaplec, mitka - mokry, topniejący śnieg
- przypirsek - pierwszy śnieg

Jak widać jest tego sporo. Wraz z wymienionymi wcześniej nazwami ogólnymi mamy tutaj 46 słów na określenie samego tylko śniegu, gdyby dodać jeszcze rzadsze określenia narciarskie, typu "boraks" czy "sztruks" (śnieg ubity ratrakiem) doszlibyśmy do 50. W większości są to synonimy, czyli różne słowa na określenie tego samego. 
-----------------
* Szadura cytuje dużo nazw kaszubskich, przy czym jedni językoznawcy uznają kaszubski za język zbliżony do polskiego a inni za dialekt. 

[1] http://users.utu.fi/freder/Pullum-Eskimo-VocabHoax.pdf
[2]  http://free.of.pl/g/grzegorj/gram/koniugp.html
[3]  https://pl.wikipedia.org/wiki/Inuktitut
[4] https://en.wikipedia.org/wiki/Types_of_snow
[5] Joanna Szadura, Sposoby nazywania przedmiotu jako narzędzie profilowania jego wyobrażenia bazowego,  Etnolingwistyka (27) 2015, s. 129-145 (PDF)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Plaga plagiatów

Ach te plagiaty. Wrzód na obliczu literatury.

Zaczęło się parę dni temu od historii plagiatu z bloga, ale gdy zacząłem grzebać w temacie, byłem zaskoczony jak wiele podobnych spraw miało ostatnio miejsce.

Wojenka z Belloną
Na początek wpis z bloga Akrylove zapiski Leithy, gdzie autorka opisuje swoją batalię z wydawnictwem Bellona, które wydało w zeszłym roku książkę Yakuza: Bliźniacza krew (Romaniuk Agata)
Otóż jak się okazuje, powieść Agaty Romaniuk jest plagiatem z bloga "Niko Sasuke", prowadzonego przez kilka lat przez Leithę. Plagiatem bardzo bezczelnym, bo polegającym na zmianie drobnych szczegółów i nawiązań do mangi, z dopisaniem własnego zakończenia, którego opowiadanie kontynuowane na blogu od siedmiu lat nie ma. [1]
Leitha opisuje sprawę sądową toczącą się z oskarżenia publicznego, zakończoną ostatecznie potwierdzeniem zarzutu naruszenia praw autorskich ale też odstąpieniem od ukarania sprawczyni, ze względu na jej niepełnoletność. Samo wydawnictwo tłumaczyło blogerce, że nie mogli sprawdzić autentyczności książki, bo wydają 300 książek rocznie i nie mają na to czasu.

Sprawa więc na razie wygląda tak, że prawowitej autorce pozostaje wytoczyć sprawę z oskarżenia cywilnego, na którą jednak nie ma pieniędzy.
Wydawnictwo Bellona już w zeszłym roku opublikowało trójzdaniowe przeprosiny, bardzo niepozorne i trudne do odnalezienia, zarazem nie poczuwając się do żadnych innych działań - sprawa się toczyła i skończyła się potwierdzeniem plagiatu, a książka nadal była dostępna w księgarni wydawnictwa.
Po wpisie Leithy czytelnicy bloga starali się rozpropagować informację o plagiacie gdzie się da - w miejscach gdzie wcześniej recenzowano książkę, na wykopie, na profilach facebookowych grup czytelniczych i wreszcie w listach i komentarzach wysyłanych do wydawnictwa. Przyniosło to wreszcie skutek - kilka dni temu Bellona opublikowała na swoim profilu przeprosiny, przy okazji przypominając o tamtych zeszłorocznych przeprosinach (jakby to załatwiało sprawę), oraz wycofując książkę ze swojej księgarni internetowej. [2]

Propozycji czy zamierzają z tą sprawą zrobić coś więcej, na razie brak.

Życie elit wydawniczych
Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsza taka sprawa w Bellonie - w 2012 roku okazało się że książka Pojedynki w Polsce (Golec Michał) jest plagiatem klasycznej pozycji Pojedynki (Szyndler Bartłomiej). Gdy zaskoczony odkryciem historyk wysłał list w tej sprawie do wydawnictwa, Bellona odpisała że... wydają co roku 300 książek i nie mają czasu sprawdzać oryginalności.

Z kolei w 2011 roku plagiatem okazała się książka Bellony Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej (Koper Sławomir) kopiująca tekst i ilustracje z książki Magdalena, córka Kossaka: Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec .[3]
Obie te sprawy skończyły się przeprosinami i ugodą sądową. [4] Choć zarazem obie są jeszcze dostępne w księgarni wydawnictwa.

Ciekawe co by było gdyby czytelnicy zaczęli pomagać Bellonie i sprawdzać, czy przypadkiem tych plagiatów nie jest w tym wydawnictwie więcej? Skoro w ogóle tego nie sprawdzają bo za dużo wydają, można mieć podejrzenia że że zdarzają się wydawnictwu przynajmniej kilka rocznie.

Kabaret w ciemności
Jednak zbyt daleko idące zapożyczenia zdarzają się też w tekstach publicystycznych. Jeden z takich przypadków ostatnio prześledziłem.

Po ukazaniu się nie tak dawno książki Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce (Kałużyński Wojciech) autorka bloga Zwierz Popkulturalny, opublikowała artykuł w którym zauważa podejrzane podobieństwo treści rzeczonego opracowania, do znanej pozycji Historia kina polskiego (Lubelski Tadeusz). W zasadzie, w jej opinii, książka Kałużyńskiego to w większości streszczenie książki Lubelskiego. Wprawdzie książka ta jest wymieniona wśród źródeł, lecz porównując obie, blogerka stwierdziła że Kałużyński w zasadzie tylko parafrazował poprzednika, liczne zdania pozostawiając w niezmienionej postaci.

" Kałużyński stosuje ciekawą metodę – od Lubleskiego pożyczył właściwie wszystko. Strukturę narracji (kolejne akapity książki odpowiadają kolejnym rozdziałom czy podrozdziałom książki Lubelskiego), dobór cytatów (które co ciekawe niekiedy streszcza własnymi słowami), dobór przykładów, oraz całe poszczególne zdania. Nie waha się przytaczać tych samych anegdot, tych samych wypowiedzi. W tej samej kolejności. Oczywiście niekiedy zdania są poddawane pewnym modyfikacjom, czasem Kałużyński opuszcza całe ustępy pracy Lubelskiego (wszak to bryk!), niekiedy zaś bawi się w specyficzny głuchy telefon, przytaczając bez przypisu coś co wcześniej Lubelski przytoczył w przypisie. W ten sposób potraktowany został np. cytat z badaczki Małgorzaty Henrykowskiej.
Chciałabym napisać coś błyskotliwego o tym plagiacie ale nie mogę. Bo to też najmniej błyskotliwy plagiat jaki widziałam. Co więcej jestem przekonana, że nie tylko z książki Tadeusza Lubleskiego. Skąd to wiem? Ponieważ na to że coś z książką jest nie tak natknęłam się znajdując u Kałużyńskiego dokładnie takie samo zdanie jak w książce Stanisława Kopra – tylko że nie w dziale poświęconym kinematografii a teatrom dwudziestolecia. Nie badałam jednak sprawy dalej ponieważ nie jestem w posiadaniu książki źródłowej (nie oskarżam Kopra o plagiat ale mniemam że on też korzystał z jakiegoś opracowania)." [5]

Tak wyrażone zarzuty nie robiłyby żadnego wrażenia, gdyby nie podane przykłady:

* „ Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego, wyświetlanej właśnie w Galicji – udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu, rekomendowanemu przez słynnego aktora Józefa Kotarbińskiego” (Lubelski s. 36)

* „Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony ponoć powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego– udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu” (Kałużyński s. 22)

albo też:

* „Zanim w 1917 roku wyjechała na stałe za granicę, gdzie w Niemczech, a następnie w Stanach Zjednoczonych zdobyła status wielkiej gwiazdy kina niemego, wystąpiła w ośmiu filmach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała jeden typ: kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłów (1914) Jana Pawłowskiego , będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917), jedynym ocalałym filmie z jej udziałem z tego okresu – ginęła w finale, mordowana przez zazdrosnego apasza, dawnego kochanka, w Żonie (1915) sama po zdradzie męża odbierała sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską część kariery Poli Negrii” (Lubelski s. 37/38)

* „ Zanim w 1917 roku wyjechała z Polski, by święcić triumfy w Niemczech a później w Hollywood, wystąpiła w ośmiu obrazach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała typ kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłow (1914) Jana Pawłowskiego, będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917) ginie w finale, mordowana przez zazdrosnych kochanków. W Żonie (1915) po zdradzie męża odbiera sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską karierę Poli Negi” (Kałużyński s. 26)
Czy to możliwe że znany autor popełnił taką wtopę? (a wydawnictwo PWN nie zauważyło ?) Cóż. Z tego co wiem to nie jedyny taki zarzut w jego karierze.

 Bloger ukrywający się pod pseudonimem Ebenezer Rojt od kilku lat prowadzi bloga Kompromitacje, skupiającego się na błędach i pomyłkach ludzi pióra. W kolejnych artykułach zagłębia się w takie rzeczy, jak cytowane przez Trumana Capote powiedzenie Matki Teresy z Kalkuty, który w rzeczywistości nie padło z jej ust, czy śledzenie przekłamań cytatów z Miłosza w demaskatorskich artykułach Łysiaka.
W niedawnym wpisie opisuje jak czytając książkę Pół życia w ciemności: Biografia Zygmunta Kałużyńskiego (Kałużyński Wojciech) zauważył w jednym z rozdziałów zaskakujące podobieństwo do artykułu, jaki sam opublikował dwa lata temu.
W zasadzie wyglądało to tak, iż w części na temat książki Zygmunta Kałużyńskiego "Podróż na zachód" drugi Kałużyński, bo Wojciech, skopiował od blogera wszystkie uwagi na temat błędów i przekłamań w opisach filmów, oczywiście nie zaznaczając tego w żaden sposób.

" A tak znów muszę powtórzyć, że Wojciech Kałużyński zerżnął ode mnie zarówno moją dość pracochłonną analizę książek Tyrmanda i Blesha, jak i płynący z niej wniosek oraz przypisy. Ale też znów miał pecha ze swoją "inwencją", bo rozbijając kradziony cytat z książki Mariusza Urbanka (której pewnie nie widział na oczy) pierwszą część tego cytatu na wyczucie przypisał do strony 160, a drugą do strony 161. No i tu się przejechał, bo pierwsza część cytatu z Urbanka w rzeczywistości też ciągnie się aż do strony 161.
To wprawdzie drobiazg, ale ponieważ takich drobiazgów jest w tej książce znacznie więcej, ma ona pod względem faktograficznym wartość pospiesznie skleconej na kolanie chałtury. " [6]

Szukając w internecie komentarzy do sprawy, natknąłem się jeszcze na informację o artykule Kałużyńskiego "Homo eroticus na miarę czasów", który ukazał się w Przekroju w lutym 2012. W maju redakcja Przekroju wydała przeprosiny, w związku z zauważonymi w tym artykule daleko posuniętymi zapożyczeniami z artykułu Anny Tatarskiej, jaki ukarał się na wp.pl w grudniu poprzedniego roku.
[7]
Więc tak to jest z tym poważnym krytykiem filmowym.

Pokusińska
Innym takim znanym przykładem jest zamieszanie wokół książki podróżniczej Georgialiki: Książka pakosińsko-gruzińska (Pakosińska Katarzyna), co do której wyszło na jaw iż zawiera rozległe i wielokrotne zapożyczenia tekstu z bloga Oblicza Gruzji, z artykułów na Wikipedii, czy artykułów na Przeglądzie Prawosławnym, obejmujące skopiowanie bez zmian całych stron.[8] Ostatnia informacja od Paskala pochodzi z lutego, iż stwierdzili naruszenia i teraz badają tą sprawę.


Od paru lat Wroński publikuje w Przeglądzie Akademickim artykuły o plagiatach w tekstach naukowych. Mam wrażenie że przydałoby się miejsce gdzie mogłyby być publikowane informacje o plagiatach literackich. A wygląda na to, że wraz z upowszechnieniem samowydawniczości może takich spraw zachodzić coraz więcej.

-----------
[1] http://akrylove.blogspot.com/2014/10/breakin-law.html
[2] https://www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona?hc_location=timeline
[3] https://forumakademickie.pl/fa/2012/04/napisane-bez-honoru/
[4] https://forumakademickie.pl/fa/2013/03/moralny-upadek-recenzenta/
[5] http://zpopk.pl/jedna-ksiazka-w-cenie-dwoch-czyli-zwierz-na-tropie-plagiatu.html#ixzz3JuopXiQ7
[6] http://kompromitacje.blogspot.com/2014/05/kaluzynski-plagiatuje-rojta.html
[7] http://sweet-rush.tumblr.com/post/23441791616/veni-vidi-vici-vol-1-absolutna-powaga
[8] http://natemat.pl/88849,co-druga-strona-w-ksiazce-katarzyny-pakosinskiej-zawiera-splagiatowane-fragmenty-podroznik-na-wojnie-z-wydawnictwem

czwartek, 17 lipca 2014

Murzynek Bambo

W dyskusjach na temat poprawności politycznej, i kwestii tego jakie określenia pewnych grup są właściwe a jakie nie, przewija się czasem argument Murzynka Bambo, rzekomo kontrowersyjnego, potencjalnie rasistowskiego wiersza, który z pewnością zostanie wkrótce zakazany w ramach dążenia do poprawności politycznej.
Uważającym że wiersz jest kontrowersyjny, radzę go najpierw przeczytać, bo mam wrażenie że od czasów gdy przestał się pojawiać w szkolnych podręcznikach, stał się dla 90% społeczeństwa znany ze słyszenia, tak jak słynne "Ala ma kota" z przedwojennego elementarza którego mało kto na oczy widział.

Proponuję zatem najpierw przeczytać a potem zastanowić się na ile kontrowersyjny jest to wiersz, bo mam wrażenie że jest dokładnie odwrotnie:

Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.

Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki.

A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje - to jego praca.

Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!"
A Bambo czarną nadyma buzię.

Mama powiada: "Napij się mleka",
A on na drzewo mamie ucieka.

Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
A on się boi, że się wybieli.

Lecz mama kocha swojego synka,
Bo dobry chłopak z tego Murzynka.

Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
Nie chodzi razem z nami do szkoły
 Jak przedstawiony jest Bambo? Czy negatywnie? Czy jest potępiany?
Na samym początku uwagę powinno zwracać określenie "nasz koleżka". Wiersz został napisany dla dzieci z pierwszych klas szkoły. Jeśli o Bambo pisze się "nasz koleżka" to oznacza to tylko tyle, że "mały murzynek jest waszym kolegą drogie dzieci". Nie sługą, nie zabawnym głupim niewolnikiem jak u Sienkiewicza, tylko małym chłopcem, takim samym jak wy dziatki.

W tej konwencji napisana jest cała reszta. Chłopiec jest niesforny i lubi psocić, a jego postać przedstawia ogólnodziecięce stereotypy. Jakoś tak się utrwaliło, że dzieciaki są małymi łobuziakami, lubią figle i żarciki, nie lubią gdy wieczorem zagania się je do kąpieli, nie lubią mleka itp. W zasadzie autor mógłby jeszcze dorzucić szpinak.
Na koniec okazuje się jednak, że murzynek jest "dobrym chłopakiem" kochanym przez matkę i że bardzo szkoda że taki mały murzynek nie uczy się razem z nami, w polskiej szkole podstawowej, bo to przecież "koleżka" taki jak my.

Wymowa ogólna wiersza jest więc wręcz antyrasistowska - mały murzynek jest takim samym chłopcem jak nasze polskie, białe dzieci, mógłby spokojnie uczyć się z nami. Nie ma podziału na rasy, nie ma mówienia kto jest gorszy a kto lepszy.

Kontrowersyjny może być natomiast sposób przedstawienia dla czytelnika zachodniego, bo niewinne przedstawienia niesfornego dzieciaka w kontekście koloru jego skóry wydają się idealnym odwzorowaniem wielowiekowych stereotypów jakie panowały i wciąż panują w USA.
Jeśli Murzynek cały dzień zajmuje się tylko "figlami i psotami" mogłoby to odpowiadać stereotypowi, że czarni nie chcą pracować a zamiast tego popełniają przestępstwa. Uciekanie na drzewo wygląda jak podkreślanie prymitywizmu, podobieństwa do zwierząt. Nie chce się kąpać, co odpowiadałoby częstemu przekonaniu, że ludzie o ciemnej karnacji są po prostu brudni, że śmierdzą czy to z braku higieny czy z natury (podobna w formie była antysemicka narracja o Żydach śmierdzących czosnkiem). Na dodatek chłopiec boi się, że się wybieli od kąpieli, czyli uważa jasną skórę za niewłaściwą.
Z punktu widzenia kulturyZachodu  wiersz jest straszny, z naszego naszej nie, bo stereotypy tego typu albo u nas nie krążyły albo pojawiły się stosunkowo niedawno. Różnice kulturowe powodują, że ocena polskiego wiersza z lat 30. za pomocą kategorii ocen wypracowanych we współczesnej Ameryce, nie jest taka oczywista. Trzeba być ignorantem aby nie brać tego pod uwagę.

Zresztą sami amerykanie mają problem z oceną własnych dawnych wytworów - w wielu bibliotekach szkolnych usiłowano wycofać lub wycofywano "Chatę Wuja Toma", książkę słynną z tego, że wywołała dyskusję na temat niewolnictwa, zwłaszcza w kontekście jego niezgodności z chrześcijaństwem. Z jakich przyczyn ją wycofywano? Bo miała propagować rasizm...
Autorka przedstawia czarnych niewolników tak, jak byli traktowali - podle, brutalnie, gorzej niż zwierzę; wkłada w usta złych postaci takie słowa jakie były w tym czasie używane w stosunku do Murzynów, a więc niewolnik, ścierwo, czarnuch. Wprawdzie jej intencją było realistyczne przedstawienie tego co miało miejsce, ale w dzisiejszych czasach z niemal odruchową poprawnością polityczną, realistyczny obraz dawnego niewolnictwa jest niewłaściwy.
Podobnie jest a Huckiem Finnem z książek Marka Twaina, który często używa słowa nigger dziś uważanego za obraźliwe, ale wtedy jeszcze nie, toteż trudno na tej podstawie przypisać Twainowi rasizm. Tabuizacja tego słowa doprowadza do tego, że nawet w opracowaniach naukowych na temat rasizmu, bywa zastępowane eufemizmem "słowo na literę N" (Sami Wiecie Jakie).

Zajmę się tutaj jeszcze kwestią słowa "murzyn" uważanego za kontrowersyjne. Osobiście nie uważam, aby słowo było rasistowskie, w dodatku powinno być nadal używane, na co mam dwa uzasadnienia:
1. Słowo w ogóle nie odnosi się do koloru skóry - wszystkie angielskie określenia w mniejszym lub większym stopniu jednak zaznaczają, że cechą wyróżniającą na podstawie której określa się kogoś tą nazwą, jest czarny kolor skóry. Za neutralne uważa się "black" czyli czarny. Obraźliwe nigger i w mniejszym stopniu negro wywodzą się z hiszpańskiego słowa oznaczającego czarny kolor. Ogół nie-białych ludzi jest też określany jako colored - "kolorowi", co poza slangiem też jest uważane za obraźliwe określenie.
Nasz polski Murzyn sam w sobie nie zawiera sugestii, iż nazwany w taki sposób człowiek ma  czarną skórę. Jeśli przeciwieństwem rasizmu ma być sytuacja, w której kolor skóry przestaje mieć znaczenie, to bardziej do takiej sytuacji pasuje "bezbarwny" murzyn niż "czarny"
2. Słowo ma długą historię i nigdy nie było używane wyłącznie w obraźliwym kontekście - słowo wywodzi się od określenia Maur, przywędrowawszy prawdopodobnie za pośrednictwem niemieckiego Mohr, będąc w pewnym sensie zdrobnieniem. Maurami w dawnych czasach nazywano czarnoskórych Afrykanów, ale też ogół muzułmanów, czasem nawet włochów o ciemnej karnacji. Przez długi czas poza "maurem" i "murzynem" nie było u nas w powszechnym obiegu innych określeń, toteż zawierają go wszystkie zbitki językowe i przysłowia, odwołujące się do przypisywanych czarnoskórym cech. Zarazem jednak nie było używane w celu obraźliwym, po części z braku podmiotu do którego można się było zwrócić, po części z braku alternatywnych określeń.

Warto też w ocenie brać pod uwagę ówczesną kulturę polską. W tym czasie praktycznie nie było u nas żadnych Murzynów, a co za tym idzie nie rozwinął się klasyczny rasizm. Wszystkie ówczesne podziały społeczne toczyły się na linii Polak-Niepolak oraz wedle kategorii religijnych, w mniejszym stopniu politycznych. Autor prawdopodobnie nie wiedział jak czarnoskórych traktuje się w tym czasie w Ameryce, trudno więc przypisywać mu jakąś intencjonalność w doborze przykładów, tym bardziej że sam w tym czasie doznawał prześladowania z powodu pochodzenia (większość głosów krytycznych sprowadzała się w tym czasie do stwierdzenia, że Tuwim jest Żyd i jego wiersze dlatego są złe).

Jeśli chodzi o imię - Bambo mogło wziąć się od Bambusa, ale z drugiej strony liczne ówczesne bajeczki nadawały bajkowym Murzynom podobne imiona, zdaje się że była w tym czasie dostępna zabawka o tym imieniu, w każdym razie "Małe Pisemko" opublikowało kilka wierszyków o chłopcu, jego misiu i murzynku Bimbo lub Bambo.
W Ameryce popularna była w tym czasie książka o "Murzynku Sambo" , potem wywołująca kontrowersje, ale głownie z powodu ilustracji, bo treść nie zawierała niczego poniżającego.

Zatem w skrócie: Wiersz Tuwima na antyrasistowski wydźwięk. Murzynek jest "naszym koleżką" czyli dzieckiem takim samym jak polskie dzieci, i szkoda że nie uczy się wraz z polskimi dziećmi w szkole. Jest przedstawiany wedle stereotypów, ale nie rasistowskich lecz ogólnodziecięcych - jest łobuziakiem, nie lubi mleka nie lubi gdy zaciągają go do kąpieli - ale mimo to pozostaje dobrym chłopcem.

Nawiasem mówiąc jeśli już coś miałoby być obraźliwego, to raczej ilustracje kolejnych wydań tego wiersza, gdzie konsekwentnie z chłopca w pierwszej klasie szkoły robi się małego dzikuska w spódniczce z trawy, albo coś podobnego do małpki:




To jest dopiero utrwalanie stereotypów...

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dlaczego Kubuś jest Puchatkiem?

Dlaczego Kubuś jest Puchatkiem? Bo jest puszysty? (a puszysty bo je za dużo słodyczy?).

Nie, pan Kubuś o bardzo małym rozumku jest Puchatkiem i Kubusiem, bo tłumacze nie wiedzieli jak przetłumaczyć jego prawdziwe, niejednoznaczne miano.

Gdy Alan Alexander Milne pisał swoją książkę dziecięcą z zamiarem, aby bawiła jego syna Krzysztofa, nie wiedział jak wielki osiągnie sukces. Przedtem wydał zbiór opowiadań będących parodią Sherlocka Holmesa, strasznie słabą powieść romantyczną, której potem sam się wstydził, oraz tomik wierszyków i rymowanek dziecięcych. Stanowił zresztą ten nierzadki przypadek, gdy pisarz osiąga największy sukces w tej części swej twórczości, jakiej nie poważa. Przykładowo Verne pisał fantastyczne opowieści dla zarobku aby móc ze spokojem pracować nad "prawdziwym pisarstwem" to jest grubymi, naszpikowanymi szczegółami powieściami historycznymi, które nie odnosiły sukcesów. Philip Dick najchętniej pisałby powieści obyczajowe a Lem rozprawy teoretyczne.
A.A. Milne najchętniej pisałby romanse i kryminały, miał nawet na tym tle spory ze swym agentem - gdy przyszedł do niego mówiąc, że chciałby teraz napisać kryminał, ten poradził mu żeby skupić się na humorystycznych opowiastkach z których jest znany jako współpracownik Puncha, po wydaniu pierwszej bajki agent mówił mu, że kryminał autora znanego z bajek miałby złe przyjęcie a po wydaniu drugiej że wszyscy kojarzą go teraz z bajkami i wierszykami, więc wydawcy kryminału nie przyjmą. Choć oczywiście cieszył go sukces dwóch, niepoważnych książeczek, ale też z czasem zaczynał go irytować. Po ukończeniu drugiej książeczki zapowiedział, że kontynuacji nie przewiduje. Spełnił swoje marzenie wydając powieść "Czerwony Dom" która stała się bardzo popularna i przez niektórych była podawana za przykład idealnego kryminału. Chandler w jednym z artykułów zjechał tą powieść od góry do dołu za piętrzenie gromadzących się w fabule nieprawdopodobieństw.

Skąd pomysł na bajkę? Jego syn bawił się w tym czasie zabawkami w kształcie zwierzątek. Był tam miś, osiołek o zwisających uszach, kangurzyca, tygrys i świnka. Początkowo opowiadał chłopcu opowiastki o jego zabawkach aż uznał, ze mógłby napisać pełnowymiarową bajkę na ten temat. Miś pierwotnie nazywał się Edward, ale potem nadano mu dziwne miano "Winnie-The-Pooh", którego tłumaczenie nie jest takie oczywiste.
Nazwa misia wynikała z połączenia dwóch rzeczy, które spodobały się Chrisowi - w miejskim Zoo spodobała mu się niedźwiedzica Winnipeg, nazwana tak od kanadyjskiego miasta. Chłopiec nazywał ją po prostu Winnie, co stanowi zdrobnienie od żeńskiego imienia Winfred. Spodobał mu się też łabędź pływający w stawie, którego nazywał The Pooh bo fukał, a samo "pooh" to angielska pisownia pewnego dziecięcego wyrażenia, nieartykułowanego Fi lub Pche, któremu zwykle przypisuje się znaczenie "to nie ważne". Przenośnie pooh-pooh to wyrażenie oznaczające wyśmiewanie, lekceważenie. Ponieważ miało to być jednak nie fuknięcie ale imię zwierzątka, nie był to po prostu "pooh łabędź" tylko The Pooh.

Gdy chłopiec dostał zabawkę w kształcie misia nie mógł zdecydować czy nazwać go po niedźwiedzicy czy po łabędziu, więc nadał mu imię łączące oba miana, stąd pisownia łączna Winnie-The-Pooh. Stanowiło to dla pierwszej polskiej tłumaczki, Ireny Tuwim problem, bo jak oddać w przekładzie fakt, że miś ma imię pochodzące od fuknięcia i nazwy miasta, którego jeden człon jest rodzaju żeńskiego, choć w języku polskim zabawka Miś ma wyraźnie rodzaj męski.

Fonetycznie fuknięcie "pooh!" czyta się "pu!", jeśli jednak czytać literalnie, staje się podobny do słowa Puch, stąd pomysł przekładu jako Puchatek. A Kubuś? Tłumaczka najwyraźniej uznała, że choć dzieciom płcie się czasem mylą, i dziecko może się rzeczywiście czasem upierać, aby pajacyka nazywać Dorotka a lalkę Tomek, to jednak Miś Winia będzie źle brzmieć. Może nawet będzie to brzmiało niestosownie?
Dlatego uznała, że najlepiej całkiem pominąć ten wątek i nadała mu pospolite imię Kubuś. Przy okazji wycięła z pierwszego rozdziału akapit tłumaczący skąd chłopiec nadał misiowi takie imię.

Przekład tak się przyjął, że wrósł na trwale w świadomość czytelników i na stworzonym w nim słownictwie bazują wszystkie przekłady filmów i akcesoriów związanych z tym bohaterem, gdy więc w 1986 roku pojawił się nowy przekład, w którym podano inne imiona a głównego bohatera nazwano Fredzia Fi-fi, wśród fanów zawrzało - jak można było tak pozmieniać?!
Tymczasem nowa tłumaczka nic nie zmieniała. Przełożyła powieść jeszcze bliżej  oryginału, tak aby czytelnik mógł poznać The Pooh'a tak jak widzą go czytelnicy anglosascy.
W oryginalnej powieści bohater jest nazywany albo The Pooh albo Winnie-The-Pooh, lecz w zdaniach stosuje się wersję męską (och zjadał miodek, on zaglądał itd.). Kontrast między płciami nie jest jednak tak oczywisty, są bowiem angielskie imiona które mogą być bez zmiany formy nadane chłopcom lub dziewczynkom.
Podobnie jest z innymi bohaterami, których imiona były dziecięcymi zdrobnieniami i przekręceniami. Mama Kangurzyca to Kanga i tak jest w nowszym przekładzie. Maleństwo to "Baby Roo" co stanowi właściwie samą końcówkę słowa Kangooroo, stąd propozycja Gurek (od Kangurek). Kłapouchy określany był onomatopeją, oddaną jako Iijaa.

Spór jaki wynikł po wydaniu nowego tłumaczenia stanowił w istocie dość stary konflikt między dwiema możliwymi metodami przekładu. Jak się czasem mówi "przekład jest jak kobieta - albo ładna albo wierna" i to jest istotą różnicy. Idealny przekład, który brzmi jakby utwór był w tym języku napisany, musi zarazem często odejść od oryginału. Przekład Ireny Tuwim jest takim właśnie "pięknym" przekładem. Ale dobrze byłoby pamiętać w jakim miejscu "zdradza" oryginał. A dzieje się to właśnie w kwestii imienia bohatera, zaś kontrowersje jakie wzbudza nowy przekład bardzo dużo mówią o pierwotnych przyczynach sporów, jakie dziś stanowią jeden z głównych wątków dyskusji medialnych. Bowiem dla wielu oczywista wydaje się kwestia, która oczywistą nie jest -  jakie atrybuty są męskie lub żeńskie?

Przypadek Misia Winnie[1] może w jakim stopniu przypominać kontrowersje wokół Tinkie Winkie i jego czerwonej torebki. Sam temat stanowił prowokację dziennikarzy Wprost, którzy zaczęli wkręcać rzeczniczkę praw dziecka, że zachodzi tutaj "promocja homoseksualizmu" i gdy ta przyznała, że należy zbadać temat w świat poszła wieść - Polacy dopatrują się brzydkich rzeczy w Teletubisiach.
Skojarzenie wzięło się jednak w rzeczywistości od amerykańskiego pastora, którzy podobne insynuacje snuł w kazaniach.
Są to jednak insynuacje intrygujące - dlaczego noszenie torebki przez postać bez cech płciowych i o niejednoznacznym imieniu, ma promować homoseksualizm? Ba, gdyby nawet była to postać jednoznacznie męska, z wąsami, torsem itp. to nadal nie była by to tak oczywista sprawa, bo co ma torebka do preferencji? Jeśli już coś by miała sugerować to raczej transwestytyzm, to jest przebieranie się. I chyba właśnie to, czyli pomieszanie atrybutów, było głównym źródłem zaniepokojenia.
-----------
* http://kobieta.dlastudenta.pl/artykul/Kubus_Puchatek_czy_Fredzia_Phi_Phi,83792.html
* http://www.academia.edu/4819860/Puchata_przepustka_do_slawy._Irena_Tuwim

[1] Jak więc w świetle oryginału nazwać bohatera? Myślę że bliskim odpowiednikiem, zachowującym pierwotne cechy ale też nie kłującym w oczy, byłoby określenie Fiś Wini - kontaminacja dziecięcego "fi" czyli "pooch" z misiem jako pierwsze imię zaś Wini jako drugie. Wini może być traktowane zarówno jak zdrobnienie od Wincenta lub Winicjusza, a więc imienia męskiego, jak i jako zdrobnienie od żeńskiego Winifreda, zatem ma tą niejednoznaczność, połączenie z oryginałem, ale też nie brzmi dziwnie i niestosownie.
Nawiasem mówiąc właśnie to podobieństwo Winnie The Pooch do zdrobnienia Wini było parę lat temu powodem kuriozalnej decyzji Rady języka Polskiego aby nie zezwolić nadawać dzieciom takiego imienia.
http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=425:wini-&catid=76:opinie-o-imionach&Itemid=58 A szkoda.

[gdyby jakiś tłumacz chciał użyć tej propozycji w kolejnym przekładzie Milne'a, gotów jestem użyczyć w zamian za wzmiankę w posłowiu]

Post Scriptum
Gdy czytam wiadomość o radnych z Tuszyna, którzy mają zastrzeżenia do Puchatka bo nie nosi spodni, nie wiem czy się śmiać czy płakać. Najlepiej płakać ze śmiechu.
http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1296627,Kubus-Puchatek-nieprzyzwoity-Swiatowe-media-mowia-o-radnych-z-Tuszyna