poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Całkowite zaćmienie słońca w Hiszpanii.

  


Pierwszy raz o tym, że byłoby fajnie wybrać się do Hiszpanii zobaczyć zaćmienie, pomyślałem jakieś 5 lat temu. O tym, że wtedy nastąpi najbliższe całkowite w Europie wiedziałem już od dłuższego czasu, ale wtedy ten horyzont czasowy zaczął wyglądać bardziej realistycznie i można było coś zaplanować. 

Przez ostatni rok oszczędzałem i w styczniu zacząłem przeglądać oferty wycieczek zorganizowanych. Niektóre opcje już się przedawniły. Wyjazd autokarowy organizowany przez Towarzystwo Miłośników Astronomii zamknął listę już w listopadzie. Grupa fotograficzna, organizująca wyjazdowe warsztaty, po kontakcie mailowym okazała się mieć komplet. Z drugiej strony niektóre aktywne opcje wyglądały bardzo drogo lub nie dawały pewności, że coś będzie widać. Odrzuciłem opcje jak pobyt na Majorce czy rejs katamaranem po Balearach, bo tam słońce miało się zaćmić tuż nad horyzontem i nie wiele trzeba było aby coś je zasłoniło. Wybrałem ostatecznie opcję polskiego biura podróży, które miało już w tym roku kilka wycieczek do Hiszpanii, ta po prostu wypadła w terminie i we właściwym regionie i nie była droższa. 

To była moja pierwsza wycieczka zagraniczna wymagająca lotu samolotem, a wcześniej nie latałem. Plan wycieczki prosty - lot do Bilbao, jazda do Tudeli, tam obserwacje zaćmienia. Przez kilka kolejnych dni standardowe zwiedzanie, plażowanie w San Sebastian i powrót.  Branie dużego teleskopu z domu wyglądało niezbyt praktycznie - tubus nie zmieści się w bagażu podręcznym, bagaż nadawany w większej skrzyni zwiększyłby koszty. Zamiast tego zdecydowałem się polecieć z czymś mniejszym - aparat Nicon z teleobiektywem do zdjęć i lunetka obserwacyjna mieszcząca się w walizce, aby móc obserwować też okiem. I oczywiście nakładane filtry słoneczne z folii baaderowskiej. 



Tudela to mniejsze miasto w prowincji Nawarra, położone na tyle daleko od wybrzeża, że panuje tam klimat półpustynny. Północna część Hiszpanii, pas wybrzeża od Pirenejów aż po północno-zachodni narożnik półwyspu, to region nazywany Zieloną Hiszpanią, gdzie wilgoć i bryza znad Atlantyku zapewniają stosunkowo wilgotną, chłodniejszą pogodę. Pas ten jest ograniczony pasmem Gór Kantabryjskich, stromych, w najwyższych partiach przypominających nasze Tatry. Wilgoć znad morza  spychana na południowy wschód ulega wykropleniu podczas podnoszenia się powietrza nad grzbietem górskim. Dlatego do obszarów po drugiej stronie gór dociera niewiele deszczu, miejscami rozciągają się tu stepy, obszary półpustynne i prawdziwie pustynne. Można więc było liczyć na to, że chmury będą mało prawdopodobne. 

Główna przeszkodą jaka mogła utrudnić obserwację były natomiast trapiące kraj pożary. Warstwa dostatecznie zadymionego powietrza mogła pogorszyć widoczność, a sam pożar mógł wymusić ewakuację lub zatrzymać ruch na drodze dojazdowej. Sprawdzałem sytuację na bieżąco na mapach ostrzeżeń pożarowych. W dniu obserwacji najbliższy większy pożar szalał 20 km dalej a jego dym był zwiewany w inną stronę. 

Lot przebiegł spokojnie, większość czasu wyglądałem przez okienko i robiłem zdjęcia.

Zalew Jeziorsko

Jakaś rzeka we Francji


Tudela okazała się ładnym miasteczkiem rozłożonym nad brzegami rzeki Ebro, która tworzyła swoistą oazę w spalonym, suchym krajobrazie. Wokół rozciągały się zielone pola; jak się okazało w większości są to pola ryżu, który dzięki dobrej irygacji dobrze się czuje w tak gorącym klimacie. 

Jako miejsce obserwacji wybraliśmy wzgórze z ruinami dawnego zamku Ruinas Castillo vieja. Szczyt był w zasięgu dwudziestominutowego spaceru od hotelu, słońce widziane z tego miejsca zachodziło za odległy horyzont i raczej nic nie powinno przeszkodzić. Jedyna trudność związana z tym wyborem była taka, że najpierw trzeba fizycznie się tam wspiąć a potem odstać na odsłoniętym obszarze dobrą godzinę, wszystko w temperaturach dochodzących tego dnia do +41. 

Figura Chrystusa stojąca na ocalonym narożniku murów

Widok na zakręt rzeki Ebro

Katedra w Tudeli

Na miejscu było już sporo ludzi, jednak spodziewałem się dużo większych tłumów. Większość ludzi z okularkami rozdawanymi w różnych miejscach, niektórzy z aparatami z filtrem, zauważyłem tylko kilka lunet. Miałem wrażenie, że w tym gronie było niewielu turystów, słyszało się głównie hiszpański, raczej większość stanowili po prostu mieszkańcy miasta, którzy przyszli tu spacerkiem. Część osób siedziała na kocykach popijając napoje. Atmosfera przypominała raczej piknik.

Tymczasem księżyc zaczął się nasuwać na tarczę słońca

Tuż po początku
Spojrzałem więc przez lunetkę ustawioną dwa kroki dalej na jedynym płaskim kamieniu jaki się trafił. Tarcza słońca zajmowała całe pole widzenia a mocny filtr pozwalał na zobaczenie plam słonecznych. Obserwowałem jak powoli tarcza księżyca, której brzeg posiadał drobne nierówności, zasłania po kolei pierwszą, drugą, trzecią plamę. 





Gdy faza zaćmienia była już głęboka, zauważalne było przyciemnienie światła. Fragment słońca nadal był oślepiający, jednak światło rozłożone na krajobrazie zaczęło być już szarawe, mniej wyraźne. Słońce wznosiło się nad horyzont na zaledwie 10 stopni kątowych i wpływ zapylonego powietrza był zauważalny. Obawiałem się, że będzie przez to słabo widać koronę słoneczną. 

Nie przewidziałem tego, że po niemal zupełnej ciszy, w trakcie zaćmienia pojawi się wiatr, a mój aparat stojący na piasku zacznie drgać. Dlatego niestety zdjęcia są mniej lub bardziej drgnięte.  Ale nie było też za bardzo czasu na poprawianie pozycji statywu i ponowne wcelowanie. Musiałem bardzo szybko spróbować zrobić zdjęcia najlepiej jak się dało. Słońce było już w fazie ostatniego przebłysku, nazywanego Perłami Bayleya lub Pierścieniem z Diamentem. Zdjąłem filtr z aparatu. Widać było zaledwie 1% tarczy ale nadal był on na tyle jasny, że zdjęcia wychodziły niemal prześwietlone.



Całkiem ostre zdjęcie w fazie pierścienia z diamentem


I wreszcie

Moment zaraz po całkowitym zakryciu był bardzo dziwny. Znałem już relacje i zdjęcia innych, ale zobaczenie tego na żywo było czymś zupełnie odmiennym. Po pierwsze zaskoczyło mnie jak jasna była korona słoneczna. Spodziewałem się, że oglądana gołym okiem będzie mniej wyraźna niż to wychodzi na fotografiach, i bezbarwna. Tymczasem okrąg wokół tarczy księżyca był całkiem jasny i miał żółtawy kolor. 

Bardzo drgnięty obraz oddający mniejwięcej widok gołym okiem

Część światła tego okręgu korony słonecznej rozpraszała się na tarczę księżyca, tworząc niesamowite wrażenia patrzenia na wypukłą i zdecydowanie blisko położoną bryłę. Niebo było szarawe, jak przy zmierzchu, jaśniała na nim wyraźnie Wenus ale miałem też wrażenie, że dostrzegam Merkurego. Nie rozglądałem się po najjaśniejszych gwiazdach. Lunetka stała trochę za daleko żeby szybko zerknąć czy widać protuberancje, gołym okiem ich nie zauważyłem, ale też bardziej byłem skupiony na ustawieniach aparatu.

W trakcie zaćmienia ludzie wokół wiwatowali, klaskali i wołali "Gracias!", dziękując za całe widowisko, jakby to właśnie bardzo utalentowany koszykarz trafił piłką księżyca w słoneczny kosz. Ja także czułem radość i wzniosłość tej chwili. Oto marzenie sprzed wielu lat spełniło się. Zobaczenie jednego z najwspanialszych widowisk kosmosu stało się faktem, i wiedziałem, że będę pamiętał ten moment na zawsze. 

Podczas odsłaniania


Skrawek słońca widoczny przez filtr
Słońce zaszło za las na sąsiednim wzgórzu jeszcze do połowy zaćmione. I wtedy przyszła pora zebrać się i pójść do hotelu. I to był koniec obserwacji.



sobota, 25 lipca 2026

Drobne rośliny kwiatowe (33.) - Gnieźnik


  Tę roślinę znalazłem kilka lat temu wiosną podczas spaceru w okolicy Korycin. Wyrastała z ziemi na poboczu leśnej ścieżki i od razu zwracała uwagę nietypowym kolorem, zupełnie pozbawionym zieloności. Znałem już wcześniej roślinę pasożytniczą korzeniówkę, jednak kwiaty wyglądały zupełnie inaczej. Miałem też okazję napotkać w kilku miejscach łuskiewnika różowego, ale jego wygląd jest charakterystyczny i nie do pomylenia. 




Rozgrzebałem jeden kwiatek aby upewnić się co do przypuszczeń. Sześć płatków i charakterystyczna rozwidlona warżka. Tak, to musiało być to. Moje pierwsze spotkanie z gnieźnikiem - niezwykłym pasożytniczym storczykiem, który całe życie spędza pod ziemią. 

Rodzaj gnieźnik (Neottia) obejmuje kilkadziesiąt gatunków rosnących na półkuli północnej. Na podstawie drobnych cech morfologicznych zaproponowano połączenie go z rodzajem listera. Dawny podział tych gatunków na dwa rodzaje opierał się wyłącznie na podziale na gatunki fotosyntezujące i gatunki bezzieleniowe. 

Jest to roślina myko-heterotroficzna. Jest to szczególna forma pasożytnictwa, będąca formą mikoryzy. W typowej mikoryzie strzępki grzybów łączą się z korzeniami roślin i następuje wzajemna wymiana; grzyb dostarcza roślinie składników mineralnych i niektórych prostych produktów rozkładu próchnicy, roślina dostarcza grzybowi własne metabolity. W mykoheterotrofii ta równowaga jest zaburzona. Nie prowadząca fotosyntezy roślina jedynie pobiera od grzyba brakujące składniki, nie dając nic od siebie. Ponieważ grzyb mikoryzuje normalnie z innymi roślinami, część składników odżywczych pobieranych przez storczyk pochodzi z roślin, jest to więc pasożytnictwo pośredniczone przez grzybnię. Oprócz gnieźnika w polskiej florze taki sposób życia prowadzi jeszcze storzan bezlistny i żłobok koralowy. 

Gnieźnik leśny najczęściej pasożytuje na grzybach z rodzaju łojek (Sebacina), rośnie w lasach liściastych, woli gleby neutralne lub lekko alkaliczne. Rośnie powoli. Kłącza rozrastają się przez kilkanaście lat zanim roślina wypuści pęd kwiatowy, korzenie tworzą okrąg przypominający ptasie gniazdo, stąd nazwa. Kwiaty mogą ulec samozapyleniu lub są zapylane przez drobne muchówki. Większość tekstów podaje, że kwiaty nie pachną, jednak ja wąchałem je z bliska, kryjąc w dłoniach cały kwiatostan aby go trochę ogrzać, i miałem wrażenie, że mają słaby, trochę waniliowy zapach. 


Występuje w całym kraju w dużym rozproszeniu, jest rzadki i prawdziwe zagęszczenie stanowisk jest zapewne słabo poznane ze względu na skryty tryb życia. 


piątek, 8 maja 2026

1832 - Trąba powietrzna w Ługowie koło Lublina

 Kolejna drobna wzmianka o ekstremach polskiej pogody.

Dnia 8 z.m. o godzinie 5tey po południu okazała się od zachodu chmura z trąbą powietrzną, która w przechodzie przez wieś Ługów w obwodzie Lubelskim, z korzeniami wyrwała przeszło 100 sztuk drzewa, obaliła dwie szopy, pozrywała dachy z młyna, stodół i spichrzów dworskich, zniszczyła dwie obory włościańskie i dwie stodoły; słowem, gdzie tylko przechodziła, obalała budynki, płoty, wyrywała drzewa i co tylko napotkała niszczyła, udaiąc się z wsi Ługowa ku południowi, aż do lasu Sierprawic i Jartków, w których znaczne porobiła szkody.

Gazeta Warszawska nr.149 3 czerwca 1832

Ługów to wioska na północny-zachód od Lublina, 20 km od centrum. Stamtąd do Sierprawic i Jastkowa jest około 6,5 km. Po drodze są wsie Wysokie, Sługocin i bardziej na południe Moszenki. Mogłyby być ominięte bardziej od północy, lub trasą wzdłuż doliny rzeczki Ciemięgi. Dwór w Ługowie znajduje się w południowej części wsi i tam w tym czasie znajdowały się dworskie zabudowania folwarczne
http://igrek.amzp.pl/11764057

Zatem tylko ta trasa wzdłuż doliny rzeki jest możliwa. Odstęp między wsiami po obu stronach to jakieś 800-1000 m.

Czy to jednak była faktycznie trąba, trudno na podstawie takich danych ocenić

sobota, 28 marca 2026

Drobne rośliny kwiatowe (32.) - Przebiśnieg

 Przebiśnieg to jeden z symboli wiosny a przy tym ciekawa roślina. 




   Rodzaj Śnieżyczka (Galanthus L.) obejmuje drobne, wieloletnie byliny cebulkowe, występujące w Europie i na Bliskim Wschodzie, z największym zróżnicowaniem w rejonie Kaukazu i Grecji, gdzie na małym obszarze rośnie kilkanaście gatunków. Najbliższe stanowiska innych gatunków to południowa część Ukrainy, głównie stepy nad Morzem Czarnym i góry Krymu. W Europe środkowej i zachodniej występuje naturalnie tylko jeden gatunek, śnieżyczka przebiśnieg. Stanowiska w w południowej i wschodniej części Polski są uważane za część naturalnego zasięgu; rozproszone i punktowe obszary występowania w centrum i na zachodzie są w większości wynikiem zawleczenia i zdziczenia nasadzeń. Bywa mylony z blisko spokrewnioną śnieżycą wiosenną (Leucojum) o bardziej zaokrąglonych kwiatach. 

   Typowe stanowisko poza obszarami górskimi to nizinny las liściasty, na żyznej, wilgotnej glebie, o odczynie obojętnym, nieco wapnistej, rozwiniętej na lessie lub na glinie. Miejsca takie były systematycznie przekształcane w pola a lasy pozostawiano na suchych piaskach, gdzie nic poza sosną nie rosło, dlatego dzikie przebiśniegi występują w Polsce rzadko i punktowo, częściej na obszarach podgórskich i na wyżynach, w lasach reliktowych w trudno dostępnych miejscach. Znane liczne stanowisko znajduje się niedaleko Bohotnicy koło Kazimierza Dolnego; prawdopodobnie naturalne są też rośliny rosnące w lesie wokół Dziewiczej Góry, koło Poznania (co ciekawe, w okolicy znajduje się też rezerwat Śnieżycowy Jar chroniący obfite stanowisko śnieżycy wiosennej, prawdopodobnie związane z dawnym założeniem ogrodowym); koło Sokołowa Podlaskiego duże stanowisko chroni rezerwat Śnieżyczki. Sam spotykałem trochę już zdziczałe przebiśniegi nad Wisłą w Warszawie, pozostałość po dawnych ogródkach działkowych.

   W Wielkiej Brytanii jedną z tradycji ogrodniczych są wielkopowierzchniowe nasadzenia przebiśniegów, które tworzą wiosną bogaty łan. W pewnych okolicach każda stara rezydencja z przyległościami chwali się posiadaniem takiej łączki. Największe zajmują ponad hektar powierzchni a część można zwiedzać. 

   Śnieżyczka to typowy geofit wiosenny o przyspieszonym rozwoju. W krótkim czasie po ociepleniu wypuszcza pędy kwiatowe, potrafi zgodnie z nazwą przebijać płaty śniegu i nie szkodzą jej silne przymrozki. Po przekwitnieniu tworzy owoc wypełniony drobnymi nasionami, które wysypują się z niego pod koniec maja. Nasiona posiadają tłustawy, soczysty wyrostek, elajosom, który smakuje mrówkom; te zbierają nasiona i albo porzucają po drodze po zjedzeniu wyrostka, albo układają je w pobliżu gniazda. Po wydaniu nasion roślina zamiera do kolejnej wiosny. Dlatego latem po przekwitnieniu, wielu wiosennych roślin już nie widać w ogródku. Rośliny takie często w naturze rosną w lasach liściastych i starają się streścić z rozwojem zanim drzewa wypuszczą liście i zacienią dno lasu.

   Wszystkie części rośliny zawierają alkaloidy podobne do występujących w innych rodzajach z tej rodziny. Najważniejszymi są likoryna, tazettyna, galantyna, a najbardziej charakterystyczna galantamina, która jest ekstrahowana z cebulek na potrzeby medycyny. Zielone części zawierają ponadto krótkie białko o aktywności lektyny, które działa owadobójczo.

   Galantamina ma działania cholinergiczne. Hamuje enzym acetylocholino-esterazę (AChE), który w normalnej sytuacji rozkłada nadmiar ważnego neuroprzekaźnika pobudzającego, acetylocholiny, wytwarzanego w synapsach komórek nerwowych. Zahamowanie jej rozkładu zwiększa stężenie tego neuroprzekaźnika, zwiększa zatem siłę przekazu impulsów. Działa to pobudzająco na różne funkcje nerwowe, przekazywanie czucia, napięcie mięśni, koordynację ruchów. W obrębie mózgu wzrost stężenia acetylocholiny może działać pobudzająco, poprawiać zdolności poznawcze, pamięć, koncentrację. Dlatego leki o działaniu hamującym AChE są stosowane w chorobach związanych z upośledzeniem układu nerwowego - zespół Alzheimera, otępienie z ciałkami Levy'ego, inne otępienia. Takie działanie mają znane leki Rywastygnima i Donepezil - oraz galantamina z cebulek przebiśniegów. 

   Ale hamowanie enzymu ma też ciemną stronę - jeśli inhibitor działa zbyt mocno, blokuje enzym trwale, lub też ten słaby, leczniczy, jest zażyty w zbyt dużej dawce, wszystkie procesy nerwowe zostają pobudzone za bardzo. Typowe objawy to nadmierne napięcie mięśni aż do paraliżu, drgawki, intensywne wydzielania płynów, zaburzenia widzenia, wymioty, biegunki, spadek ciśnienia krwi, w jednych okresach nadmierne pobudzenie ruchowe, w innych apatia, osłabienie, śpiączka. Najgroźniejszy efekt to niewydolność oddechowa, mogąca prowadzić do śmierci jeśli nie jest wdrożona intensywna opieka. Bardzo silne, nieodwracalne inhibitory AChE to fosforoorganiczne gazy bojowe, Sarin, Tabun, VX. Słabsze ale nadal groźne są niektóre pestycydy. Galantamina jest dość słaba i ma krótki czas działania. 



   Zatrucie przebiśniegiem przypomina w ogólnym zarysie zatrucia innymi środkami cholinergicznymi. Narażenie następuje najczęściej drogą doustną. Ze względu na powolne wchłanianie, pobudzenie przewodnictwa nerwowego i zwiększenie siły impulsów działa najpierw w układzie pokarmowym i powoduje w pierwszej kolejności skurcze żołądka i jelit, skutkując wymiotami i biegunką, co ułatwia wydalenie nadmiaru toksyny. Wchłoniecie większej ilości toksyn wywołuje pobudzenie nerwowe, drgawki i inne wymienione wcześniej objawy. Śmiertelne zatrucia są rzadkie i raczej związane z przedawkowaniem medycznej formy.

   Śródziemnomorskie gatunki śnieżyczki są wiązane z tajemniczym ziołem moly (μῶλυ) wymienionym w Odysei, Homera. Gdy Odys ląduje na wyspie czarodziejki Kirke, ta podaje marynarzom wino zaprawione magicznymi ziołami, przez które zamieniają się w świnie. Jednak Odyseusz stosuje przeciwko tym czarom zioło moly, które otrzymał od Hermesa, dzięki czemu unika przemiany i ostatecznie ratuje towarzyszy. Zioło miało charakteryzować się białym kwiatem i czarnym korzeniem, zaś jego wyrywanie z ziemi miało być niebezpieczne i mogli to robić tylko bogowie.  

   Opowieść można interpretować w kontekście wiary w to, że czary można odwrócić innymi czarami lub amuletami - jednak często spotykana jest interpretacja, że mit przekazuje pamięć o rzeczywistych roślinach, którym z różnych powodów przypisano właściwości "przemiany formy" i "ochrony przed czarami". Częstym przypuszczeniem jest, że trucizna Kirke była ziołami halucynogennymi, wywołującymi wizje zmiany kształtu, lub środkami odurzającymi, po których zatruci zachowywali się jak zwierzęta. Z kolei moly była utożsamiana z rosnącym w tym rejonie czarnym czosnkiem, to ze względu na czarny kolor cebulki i generalne przypisywanie czosnkowi odpędzania złych sił swym intensywnym zapachem. 
   Znana jest jednak także i szeroko omawiana hipoteza, że mit przekazuje informacje praktyczną, o tym że pewne zioła powodują zmieniony stan świadomości, który można odwrócić podając zioło o przeciwnym działaniu, a zatem że jest to dowód na znajomość odtrutek. Przypuszczenie wyglada tak, że trucizna przemiany to zioła działające antycholinergicznie, jak pokrzyk wilcza jagoda, bieluń, lulek czarny albo mandragora, zaś odtrutka to zioła działające przeciwnie, cholinergicznie. Te dwa typy działania znoszą się wzajemnie, więc na zatrucie toksynami o jednym z tych działań, podaje się substancje, które działają w drugi sposób. Rośliną występującą w Grecji, o białych kwiatach, która zawiera wystarczająco dużo substancji o takim działaniu, jest śnieżyczka.  




środa, 18 marca 2026

Trąby powietrzne w Lublinie - Mapa

 Orientacyjna mapka przebiegu trąb powietrznych na terenie współczesnego Lublina w ciągu ostatnich 200 lat. 


Trasa dla trąby z 1865 roku jest mocno przybliżona, wyznaczona przez dwa punkty - przypuszczalną dawną lokalizację karczmy w Zęborzycach i lokalizację dworu i młyna w Dziesiątej. Szerokości pasa zniszczeń nie dało się określić.
https://curioza.blogspot.com/2021/08/1865-traba-powietrzna-w-lublinie-kolejna.html

Dość podobnie to wygląda dla trąby z 1926 - opisy wymieniają kilka punktów, bez precyzyjnego określenia gdzie trąba się pojawiła a gdzie rozwiała.
https://curioza.blogspot.com/2019/12/1926-traba-powietrzna-nad-lublinem.html

Przebieg trąby z 1931 jest dość dokładnie określony w obrębie zabudowanej części miasta, natomiast przebieg na południe od Starego Gaju to przypuszczenie. Pas zniszczeń kończy się poza ramką obrazka i faktyczny koniec trasy tez jest słabo określony w źródłach. 
https://curioza.blogspot.com/2011/07/traba-w-lublinie.html

Przebieg trąby z 1996 został wykreślony na podstawie wyłomu w lesie widocznego na starych zdjęciach satelitarnych, jest więc dość dokładny. Nie jest pewne gdzie trąba się zakończyła, były jakieś szkody na osiedlach mieszkaniowych. 
https://curioza.blogspot.com/2011/07/traba-powietrzna-w-lublinie-22-czerwca.html

Lublin nie jest jakimś szczególnym magnesem na trąby. Odzwierciedla raczej ogólną tendencję do wyższej częstości tornad w zachodniej części Wyżyny Lubelskiej, ponadto ze względu na bycie dość dużym miastem z własną prasą nawet w dość odległej przeszłości takie przypadki zostały zaobserwowane i opisane w dostępnych źródłach. 

piątek, 30 stycznia 2026

1845 - Pierwszy wypadek kolejowy w Warszawie

"Zaonegdaj, Eleonora Karnecka, wyrobnica, lat 60 
maiąca, przeszedłszy pod barjerą, drogę żelazną ogra- 
niczaojącą, i chcąc nierozważnie przebiedz kolej przed 
samem nadejściem pociągu, została przez tenże zabitą. 
Pierwszy ten smutny wypadek na naszej drodze żelaznej, 
z winy samej poległej ofiary wynikły, powinienby przy- 
najmniej stać się nadal nauką dla publiczności i przeko- 
nać ią, na iak wielkie naraża się niebezpieczeństwo przez 
lekce ważenie zakazów i ostrzeżeń służby drogowej, 
wzbraniających przystępu do kolei żelaznej. "
[Kurjer Warszawski  1845, nr 221, CRISPA]

Pierwszy odcinek kolejowy w Warszawie, łączący miasto z prószkowem, ukończono w listopadzie 1844, w czerwcu 1845 przedłużono go do Grodziska. Stacja końcowa, czyli Dworzec Wiedeński, znajdowała się przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alei Jerozolimskich. Do opisanego tu wypadku doszło w sierpniu 1845 więc faktycznie mógł to być pierwszy śmiertelny wypadek w Warszawie.

Wcześniej, bo od 1842 rozbudowywana była sieć Kolei Ślaskiej, więc możliwe że tam doszło do jakiegoś wcześniejszego wypadku, który byłby zatem pierwszym śmiertelnym wypadkiem kolejowym w Polsce. 

służby
drogowej,
wzbraniających
przystępu
do
kolei
żelaznej.
(

wtorek, 2 grudnia 2025

Serce góry które spadło

   Heart Mountain to wybitne wzgórze leżące samotnie na równinnej wyżynie Bighorn Basin w stanie Wyoming u podnóża gór. Jego jasne klify wokół przypominającego skalny monolit wierzchołka i sylwetka, z rozdwojonym szczytem i trawiastym obszarem przypominającym kształtem serce, od dawna zwracały uwagę osadników.


  Jednak prócz wrażeń estetycznych, forma wzgórza stanowiła przez długi czas zagadkę dla geologów. Górne partie zbudowane są z wapieni i dolomitów z okresu ordowiku sprzed jakichś 300-350 mln lat temu. Pokład ten leży natomiast na formacji osadowej Willwood, złożonej z warstw łupków, piaskowców z domieszką wulkanicznych tufów, która datowana jest na 50-55 mln lat.
Oznacza to, że podstawa góry powstała 300 milionów lat po wierzchołku i bardzo kłopotliwe było wyjaśnienie tej niezgodności. Potencjalnie taki efekt może wywołać fałdowanie, gdy fałd zostanie położony a potem wyseparowany przez erozję. Jednak śladów takiego pofalowania warstw nie znaleziono - równa warstwa wapienia, leżała na równej warstwie łupków

  Na co jednak zwrócono uwagę - między skałami znajduje się warstwa pogruchotanego, zmielonego na proszek i ponownie scementowanego wapienia, zmieszanego z iłami podłoża, podobnego bardziej do brekcji związanej z gwałtownym przemieszczaniem mas skalnych, zaś w pobliskich górach daje się zauważyć rozległą niszę w warstwie wapieni ordowickich, zupełnie jakby spory płat skał po prostu zniknął. I coraz wyraźniej rysować zaczął się nieprawdopodobny, niewyobrażalny obraz gigantycznego kataklizmu.

  Co tam się stało? Jakieś 50 milionów lat temu na skraju tej równiny, stanowiącej dawne dno morza zaczęły wypiętrzać się góry. Równina zaczęła więc stopniowo deformować się i osiągać coraz większe nachylenie. Warstwa miękkich wapieni leżała bezpośrednio na gładkim, twardym granicie. Równocześnie z tworzeniem się gór uaktywnił się lokalny wulkanizm, tworząc pasmo wulkanów Absaroka, których aktywność mogła być powiązana z oddziaływaniem gorącego punktu, tworzącego nieodległy superwulkan Yellowstone. Zmiany lokalnej geologii związane z wulkanizmem oddziaływały także na warstwy osadowe w okolicy, a płat wapieni ulegał przyspieszonej erozji, następowały wstrzykiwanie wód hydrotermalnych i pary wodnej pod znacznym ciśnieniem. Pojawiały się dajki magmy wpychającej się w cienkie szczeliny skalne, co łącznie sprzyjało osłabianiu warstw blisko granitowego podłoża. Poniżej tego miejsca działalność erozyjna rzek usunęła znaczną część płata, toteż maltretowane wulkanami wapienie u podnóża gór wisiały nad doliną. Czynnikiem inicjującym być może było trzęsienie ziemi, a może erupcja hydrotermalna przegrzanej pary wodnej - dość, że w końcu naprężenia działające na skały okazały się zbyt duże.

   Płat skał o powierzchni większej od Warszawy i gruby na dwa-trzy kilometry oderwał się od podłoża i zaczął zsuwać w dół po pochyłości. Schodząc ze stoku nabrał przy tym wielkiej prędkości. Skalna deska, zachowując integralność, zsunęła się po nachylonym pod kątem 2 stopni gruncie na odległość 23 kilometrów. Następnie z rozpędu wsunęła się pod górkę na niewielką wyniosłość, a po jej minięciu ślizgała się jeszcze 20 kilometrów nim osiadła w kilku częściach pośrodku równiny. Fragmenty osadzonej płyty zerodowały. Z środkowego płata ostał się tylko sam środek, jako góra Heart Mountain, najbardziej oddalony ma formę wapiennych skałek McCulloch, rozległe fragmenty odłamane wcześniej, częściowo zagrzebane w osadach, to grupa wzgórz White Mountain
Szacowana powierzchnia osuniętej warstwy to 1000 km kwadratowych. Najdalsze fragmenty osiągnęły prędkość do 120 km/h. 

  Geolodzy nazywają ten typ osuwisk sturzstrom co znaczy dosłownie "spadający strumień". Inne spotykane określenie to osuwiska dalekiego zasięgu. Jest to osuwisko skalne charakteryzujące się tym, iż dociera na odległość nawet kilkunastokrotnie większą niż wysokość z jakiej osuwał się materiał. Podobny zasięg mogą osiągać lawiny błotne przeradzające się na nizinach w powodzie błota, jednak typowe lawiny skalne rzadko osiągają zasięg większy niż dwukrotność wysokości.
Mogłoby to sugerować, że w jakiś sposób następuje zmniejszenie tarcia między skałą a podłożem. Jednym z wyjaśnień, jest utworzenie się ze ścieranych skał proszku, który oddziela właściwą masę od podłoża. Inne ciekawe wyjaśnienie, to powstanie wskutek tarcia ogromnych ilości ciepła, powodujących rozkład termiczny skał i odparowanie wody z podłoża. Powstające gazy unoszą swym ciśnieniem osuwającą się półkę i zmniejszają wytracanie pędu.
Innymi słowy, lawina strurzstrom jest jednym gigantycznym poduszkowcem.

Czy coś takiego jest w ogóle możliwe? Badania lepiej zachowanych osuwisk wskazują, że tak. Mające 17 tysięcy lat osuwisko Blackhawk zachowało się bardzo dobrze - jęzor osuwiska jest szeroki na 3 km i długi na 10 km. Materiał osuwiskowy to głównie wapienie z domieszką marmurów, które zsunęły się w formie płata, później pokruszonego na duże skalne ławy, zachowując jednak usytuowanie i nie obracając się do góry nogami. Osuwisko ma grubość 40-50 metrów i wyraźnie odróżnia się od równiny na którą spadło, jednak ze względu na rozmiary najlepiej widać je z powietrza:



Materiał skalny osunął się ze zbocza gór z wysokości ok. 600 metrów, i dotarł w większości do 10 km od podstawy góry. Z pozoru nieprawdopodobna "lawina-poduszkowiec" dobrze tłumaczy jak pęd nadany przez zsunięcie ze zbocza mógł sprawić, że skały przesunęły się po płaskim terenie aż tak daleko.