środa, 13 grudnia 2017

1930 - Trująca mgła nad Belgią

Leodjum. 6. XII
Nagła śmierć kilkudziesięciu osób w okolicy Leodjum była następstwem gęstej mgły, która wywołała uduszenie się wielu osób, cierpiących na płuca. Według otrzymanych doniesień do wieczora 5 b.m. zmarło 15 osób w Engis, 10 w Flemalle, 9 w Ramet, 10 w Jemappes i po jednej osobie w Amay i Othes. Komisja higjeny rozpoczęła ankietę w tej sprawie.

[Kurjer Wileński, 7 grudnia 1930, Academica.edu.pl]
Belgia była w latach międzywojennych wysoce uprzemysłowionym krajem. Znajdowało się tam wiele kopalń węgla kamiennego, rozwinęło się hutnictwo i przemysł. Jednym z miejsc, w którym fabryki takie zagęściły się silnie, była dolina rzeki Mozy na północ od Liege. Na krótkim odcinku o długości 20 kilometrów zlokalizowane były cztery duże koksownie, trzy walcownie, cztery huty szkła i trzy huty cynku, fabryka nawozów sztucznych oraz kilka mniejszych zakładów. Najnowszym była uruchomiona w 1930 roku huta cynku w Tilleur.
Każda taka fabryka spalała na swoje potrzeby ogromne ilości węgla, dym trafiał do powietrza. Huty cynku przerabiały rudy siarczkowe poprzez powolne prażenie, zasiarczone spaliny trafiały do powietrza. Na dodatek użytek fluorytu jako topnika powodował, że dymy z hut zawierały znaczne ilości fluorowodoru. Dopóki silny wiatr znad morza przewietrzał dolinę między wzgórzami, nie było problemu.

Na początku grudnia 1930 sytuacja uległa jednak zmianie. Temperatura bardzo spadła, wyż nad Europą zatrzymał normalną cyrkulację, pojawiła się inwersja temperatury - powietrze w warstwach przyziemnych było wyraźnie chłodniejsze od tego powyżej. W takiej sytuacji ustaje konwekcja, ciepłe spaliny z kominów fabryk ochładzają się w przyziemnych warstwach atmosfery. Po dotarciu do granicy inwersji napotykają powietrze równie ciepłe lub cieplejsze. Przestają się zatem unosić i rozpływają się na boki, gromadząc w przestrzeni nad ziemią. Gdy ukształtowanie terenu sprzyja zaleganiu "jeziora" wychłodzonego powietrza a wiatr jest słaby, dymiące kominy domów i fabryk generują poważne zadymienie, które w połączeniu z mgłą w wilgotnym powietrzu tworzy smog. Właśnie dlatego miasta położone na terenach o charakterze kotliny bądź doliny mają zimą duży problem z jakością powietrza.
Smog w dolinie Mozy z dniach 1-5 grudnia osiągnął wyjątkowe natężenie. Widoczność silnie spadła, a ludzie o wrażliwym układzie oddechowym zaczynali się dusić, odczuwając palenie w piersi. Mieszanka pyłów, sadzy, tlenku węgla, tlenków siarki i fluorowodoru utrzymująca się na terenie zamieszkanym przez kilka tysięcy osób, zabiła w krótkim czasie 65 osób. Wiatr powiewał słabo od wschodu, dlatego chmura zaczynała się zaraz za Liege ale nie obejmowała miasta, rozwiewała się dopiero za Huy, gdzie teren wokół doliny wyraźnie spłaszczał się.

Zdarzenie wywołało duże zaskoczenie. Początkowo władze uznały, że przyczyną zgonów był po prostu chłód, doniesienia jakoby przyczynił się do tego dym z niedawno otwartych fabryk dementowano jako plotki. Jednak incydenty trującej mgły zaczęły się powtarzać. Po dwóch dniach ze smogiem w lutym 1931 zachorowało kilkadziesiąt osób. Kolejny, trwający kilka dni incydent smogowy z połowy kwietnia spowodował masowe padnięcie wypasanego w dolinie bydła. Po protestach i marszach lokalnej ludności, sprawę zaczęto wreszcie porządnie badać. Komisja ministerstwa zdrowia opisała, że w wyniku zastoju powietrza, dużych emisji tlenków siarki z 27 okolicznych zakładów przemysłowych i mgły znad morza, w dolinie powstała kwaśna mgła kwasu siarkowego IV, który podrażniał płuca. W późniejszym latach inny badacz większą rolę przypisał związkom fluoru, głównie w formie kwasu fluorokrzemowego.[1]

Był to najgorszy taki przypadek w Europie aż do Wielkiego Smogu w Londynie w grudniu 1952 roku, kiedy to kilka dni silnego zadymienia przyczyniło się do śmierci kilkunastu tysięcy ludzi.

------
* http://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(00)04135-0/fulltext
*  http://www.soe.uoguelph.ca/webfiles/gej/AQ2017/Wagner/index.html

[1] http://nailaturr.blogspot.com/2012/03/fog-disaster-in-meuse-valley-1930.html

wtorek, 5 grudnia 2017

Indiańska lemoniada z polskiego ogródka

Z pewnością każdy z was kojarzy sumaki - niskie drzewka, łatwo rozrastające się z korzeni, z soczystymi liśćmi podobnymi do jesionu, na jesień przebarwiającymi się na bardzo intensywny, czerwony kolor.

Drobne, zielonkawe kwiatki szybko przekwitają, tworząc ciemnoczerwony owocostan, zawierający drobne nasionka otoczone włochatą okrywą, zbijającą się w filcowatą grudę. Pozostaje on na roślinie jeszcze długo, stanowiąc dodatkową ozdobę.

U nas najczęściej sadzony jest pochodzący z Ameryki Północnej sumak octowiec, w Azji rośnie jeszcze spotykany niekiedy w uprawie sumak garbierski. To od azjatyckiej rośliny wzięła się nazwa rodzaju - zmielone owoce o mocnym kolorze, nazywano "sumaga" od starego syryjskiego określenia czerwonego koloru. Otrzymany z nich proszek do dziś jest na środkowym wschodzie i w krajach arabskich używany jako przyprawa o charakterystycznym, kwaskowatym smaku, podobnym do soku cytrynowego, dodawana do sosów i zup. Wraz z tymiankiem, kalamintą, oregano, solą morską i hyzopem stanowi składnik popularnej orientalnej przyprawy Za'atar. Czerwone owoce były też używane do farbowania, a obfitujące w taniny kora i liście stanowiły źródło zaprawy farbierskiej.
Z namaczanych w wodzie owoców robiono napój podobny do lemoniady.

Na temat amerykańskiego gatunku nie ma tak wielu informacji, wiadomo jednak, że tubylcy namaczali owoce w wodzie dla otrzymania orzeźwiającego napoju, nazywanego przeto indiańską lemoniadą. No i chyba łatwo się domyśleć, że nie piszę o tym ot tak, czysto teoretycznie. Mimo dość późnej pory, bo przełom listopada i grudnia to niezbyt dobra pora na zbiór owoców wiszących na drzewkach od końca lata, postanowiłem sprawdzić ile jest prawdy w tych doniesieniach.

Poszukałem miejsca na wsi, nieco dalej od drogi, gdzie sumak rozrósł się na teren poza ogrodami. Zerwałem kilka owocostanów, były dość wilgotne i zaczynały już brązowieć. W domu oskubałem owocki z zewnętrznej warstwy, które zostały już dość mocno obmyte przez deszcze i traciły kolor i smak; te wyrzuciłem. Ciemnoczerwone owocki ze środka oderwałem od łodyżek i wysuszyłem aby się nie psuły. Każdy owoc zawierał ciemne, nerkowate nasionko, dość twarde, otoczone suchą okrywą z odstającymi gęsto krótkimi, bordowymi włoskami. Smak wyraźnie kwaśny, bez jakiegoś określonego, specyficznego posmaku. Nasion nie rozgryzałem.

Trzy łyżki tak otrzymanego proszku wsypałem do kubka i zalałem niezbyt ciepłą wodą. Wedle tego co czytałem, zalanie gorącą może spowodować, że napar stanie się gorzki. Odstawiłem całość na pół godziny, aby owoce się macerowały. Następnie przelałem płyn przez sitko o gęstych oczkach, aby zatrzymać drobne włoski, mimo to trochę ich dostało się do płynu ale nie czułem z tego powodu nieprzyjemnego kłucia. Indiańska lemoniada była jedynie lekko zabarwiona:

Widziałem artykuły w których pokazywano napój wyraźnie różowy, możliwe że to kwestia świeżości owoców, moje były jak wspomniałem, trochę już opłukane, jesień była w tym roku wyjątkowo deszczowa. Smak kwaśny, może nieco cierpkawy, przypominający sok z cytryny ale bez jej zapachu.

Znalazłem badanie podające wartości odżywcze owoców dwóch gatunków - sumaka garbierskiego i sumaka nazywanego chińskim, choć autorzy konsekwentnie używają łacińskiej nazwy sumaka octowca [1]. W płynie otrzymanym przez zmiksowanie owoców z zimną wodą głównymi wykrytymi składnikami były kwas jabłkowy i kwas cytrynowy, w mniejszej ilości fumarowy i winowy; sumak garbierski, ten azjatycki, był wyraźnie bardziej kwaśny. Owoce sumaków zawierały też pewną ilość witamin głównie B6 i niezbyt dużo C. Interesujące wydaje się wykrycie witaminy B12, która rzadko pojawia się w roślinach, może to wynik pracy bakterii zasiedlających gąbczaste owocostany.

Za kolor okryw owoców opowiadają występujące w dużej ilości antocyjany, głownie delfinidyna, cyjanina i pelargonina [2]. Wyciągi z owoców sumaków mają właściwości przeciwbakteryjne i ściągające.

Niektórzy są ponoć uczuleni na sumaka, dostają objawów alergicznych już od przebywania w pobliżu krzewów czy dotykania liści. Ja niczego takiego nie zauważyłem, żadnego drapania w gardle czy wysypek. W literaturze panuje zresztą pewne zamieszanie, w związku z tym, że dawniej do rodzaju sumak zaliczano toksyczne rośliny, wydzielone obecnie do rodzaju Toxicodendron. Roślina Toxicodendron vernix do dziś pospolicie nazywana sumakiem jadowitym, przypomina faktyczne sumaki tylko wyglądem liści i pokrojem, jest jednak gładka, nieowłosiona i błyszczy od lepkiej substancji, wywołującej dotkliwe kontaktowe zapalenie skóry.
Z powodu tej dawnej pomyłki różne źródła do dziś piszą, że sumaki są trujące, choć nie opisano dotychczas zatrucia nimi. Biorąc pod uwagę, że azjatycki gatunek jest od wieków źródłem przyprawy, a z amerykańskiego tubylcy otrzymywali napój, raczej nie ma się czego obawiać.
W pewnej starej publikacji opisano, że osoby u których po kontakcie z amerykańskim trującym bluszczem rozwinęła się alergia, reagowały na niektóre inne rośliny ale nie wykazały reakcji przy kontakcie z sumakiem octowcem i sumakiem garbierskim.[3]

------
[1]  Wei Chen, 2009. Comparative Study on the Chemical Composition of Syrian Sumac (Rhus coriaria L.) and Chinese Sumac (Rhus typhina L.) Fruits. Pakistan Journal of Nutrition, 8: 1570-1574.
[2] Rapisarda P. et al.  Chemical Characterization of Different Sumac and Pomegranate Extracts Effective against Botrytis cinerea Rots, Molecules 2015, 20, 11941-11958; doi:10.3390/molecules200711941
[3]  https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/6227468

*  http://thejaps.org.pk/docs/v-22-2/44.pdf
* https://en.wikipedia.org/wiki/Za%27atar
* https://en.wikipedia.org/wiki/Rhus_coriaria
* http://thejaps.org.pk/docs/v-22-2/44.pdf

niedziela, 3 grudnia 2017

1901 - Czarownica w Dąbrówce

Wierzenia ludowe to nie tylko śpiewy, zabawy i sobótki, ale też niejednokrotnie bardzo szkodliwe mniemania. O czym 116 lat temu przekonała się pewna kobieta:

ZIEMIE POLSKIE.
Jak wielką jett jeszcze, mimo wysiłków duchowieństwa i nauczycieli wiejskich, ciemnota wśród ludu, i jak straszne są niejednokrotnie skutki tej ciemnoty, dowodzi następujący fakt:
Niedaleko od Sierpca w guberni płockiej, we wsi Dąbrówka, żyli w spokoju i zgodzie małżonkowie Stanisław i Apolonia Przechadzcy, dość dostatni gospodarze, właściciele gruntu żyznego. Meli dziewięcioro dzieci, a między niemi najbardziej podobno ukochanego dorosłego syna Józefa. Syna tego w roku zeszłym powołano do wojska, lecz niebawem zwrócono go stroskanym rodzicom, jako niezdatnego do służby z powodu nadwątlonego zdrowia. Rodzice postanowili wezwać doń lekarza; ten stwierdził gruźlicę i wogóle smutny stan choroby. Przechadzcy, jako ludzie prości i ciemni, nie wierzyli w skuteczność leczenia doktora i udali się do znachora, nieopodal Sierpca zamieszkałego.
Ten "z miejsca" (lecz po otrzymaniu 25 rubli) orzekł stanowczo, iż tu sam djabeł nie pomoże, bo Józefa oczarowała jedna z domownic Przechadzkich. Po namyśle przyszła Przechadzka do przekonania, że nikt inny nie rzucił na syna czarów, tylko niejaka Anastazja Jankowska, wiejska baba akuszerka, która często przychodziła do Przechadzkich i pomagała im w robocie, a o której powszechnie wiedziano, że zajmuje się pokątnem leczeniem za pomocą przeróżnych czarów. Nazywano ją także wiedźmą. Ta to "czarownica" parokrotnie dała dowody swej niechęoi do syna Przechadzkich, ponieważ nie chciał się żenić z dziewczyną, którą mu ona swatała.
W mniemaniu tem, że Jankowska oczarowała Józefa, utwierdził Przechadzkich i ten fakt, że razu jednego, gdy syn ich jadł kawałek mięsa, na który przez okno popatrzyła czarodziejka, dostał strasznych boleści. Te i tym podobne fakta, w związku z przekonaniem syna, że Jankowska, a nikt inny nie przyczynił się do jego choroby, były ostatecznym powodem do uwierzenia, iż tylko od wiedźmy zależnem jest zdrowie Józefa Przechadzkiego. 
Leżąc pewnego poranku na śmiertelnem prawie łożu, Józef Przechadzki przywołał do siebie matkę i ze łzami w oczach błagał: "Matulu kochana, zlitujcie się nade mną i poślijcie po czarownicę Jankowską, by "odczyniła" chorobę, inaczej czeka mnie śmierć niezawodna." Nie tylko na skutek miłości macierzyńskiej, ale i przez głęboko zakorzenioną wiarę w "odczynianie czarów wezwano Jankowską.

Przybyła, widząc stan chorego, nie tylko nie usiłowała wyprowadzić z błędu zbolałych rodziców, że tu nie jej pomoc potrzeba, lecz Boga wzywać i prosić należy o zmiłowanie się, - ale wprost zachowywała się obojętnie i milcząco, nie udzielając żadnych wyjaśnień. Wtedy to niezwykle rozdrażniona matka, nie wiedząc co czyni jęła bić potworną kobietę tak silnie, że krew obficie się polała. I wtedy jeszcze Jankowska, chcąc snąć w dalszym ciągu uchodzić za czarownicę, własną krwią (która z nosa jej ciekła) obryzgała łóżko chorego i ściany pokoju. To zupełnie już wyprowadziło z równowagi matkę chorego, która, zapomniawszy o własnem chorem dziecku, przy pomocy męża jęła się znęcać nad "czarownicą" w tak gwałtowny i okrutny sposób, że rozbiwszy jej głowę, pokaleczywszy nos, oczy i ręce, doprowadziła ją do stanu omdlenia. Nie dziw, że "czarownica", gdy odzyskała przytomność, okaleczona i zeszpecona i wtedy wyjść z pokoju nie chciała, co wywołało nowy wybuch znęcań się strasznych. "Czarownicę" musiano w końcu odwieźć na leczenie, które trwało przeszło miesiąc, a następnie sprawę całą władze śledcze skierowały do sądu, oskarżając Przechadzkich o gwałt publiczny.  
Tu stwierdzono wyżej przytoczone okoliczności, a sąd, przy uwzględnieniu okoliczności łagodzących, skazał Przechadzkiego po pozbawieniu praw na l i pół roku rot aresztanckich. Przechadzką zaś na l i pół roku więzienia, oddalając jednocześnie żądanie Jankowskiej co do zasądzenia jej akcyi cywilnej za leczenie, za które zresztą płacił Przechadzki.
Skarga apelacyjna skazanych przeniosła tę sprawę do wyższej izby, która zmieniła wyrok sądu okręgowego o tyle, że skazała Przechadzkiego na l rok rot aresztanckich, a Przechadzką na rok więzienia.
Po odczytaniu tego wyroku, nieszczęśliwi skazańcy dowiedzieli się od obecnego na sali sądowej sąsiada swego z Dąbrówki, iż syn ich ukochany, o którym wyżej mowa, zmarł w szpitalu na suchoty, po zabraniu rodziców do więzienia, i że 8 nieletnich dzieci i cały ich dobytek majątkowy pozostaje obecnie bez żadnej zgoła opieki. Skazani, łkając i płacząc, opuścili salę sądową pod konwojem żandarmów.

[Postęp 11.04.1901, EBUW]
Nie był to ostatni tego rodzaju przypadek. Jeszcze w latach 20. zdarzyła się pod Białymstokiem sprawa o pobicie mniemanej czarownicy, której krwią chciał skropić chorą żonę jeden z gospodarzy.

wtorek, 28 listopada 2017

Historia pewnej pomyłki, czyli ile rogów ma nosorożec?

W ramach ciekawostki opiszę krótko taką rzecz - dawne europejskie przedstawienia nosorożca. W roku 1515 jeden osobnik nosorożca indyjskiego został sprowadzony do Portugalii jako niebywała ciekawostka. Nigdy wcześniej w Europie nie widziano takiego zwierzęcia. Ówcześnie panujący król Manuel I postanowił wysłać nosorożca do Rzymu jako dar dla papieża. Niestety po drodze statek rozbił się podczas burzy a nosorożec utonął. Zanim jednak do tego doszło pewien przyrodnik przebywający na portugalskim dworze wykonał szkic zwierzęcia. Szkic i opis wyglądu przesłany listem wykorzystał niemiecki malarz Albreht Dürer i wykonał drzeworyt mający wiernie przekazywać wygląd zwierzęcia:


Pofałdowaną skórę na grzbiecie przedstawił jako pancerz podobny do zbroi płytowej, nawet z zauważalnym zwisającym ryngrafem u szyi oraz dodał zwierzęciu dodatkowy, skręcony róg na grzbiecie, nawiązujący zapewne do kształtu spiralnych rogów jednorożców w dawnych wyobrażeniach. Na narysowanym pierwotnie rysunku piórkiem ten szczegół był mniej wydatny. Było to o tyle ciekawe, że inny grafik opierający się na tych samych informacjach narysował jednorożca bez dodatkowego rogu, ale za to z grzywą na grzbiecie.

Przez następne dwa wieki europejscy przyrodnicy opierali swoje wyobrażenia na tym drzeworycie, sądząc chyba, że Dürer widział zwierzę naocznie. Sposób w jaki kolejne osoby przedstawiały nosorożca, przypominał trochę zabawę w głuchy telefon - grzbiet coraz bardziej przypominał płytowy pancerz zbroi a dodatkowy róg na karku rósł i stawał się większy od tego na nosie. Tutaj nosorożec na emblemacie Medyceuszy:

 Tutaj Grotta deli Animali z ok. 1530 roku:

 Porcelanowa figurka wykonana w Messynie ok. 1730:

 Kolejni artyści tworzyli swoje kopie, dodając szczegóły i kolory. Na przykład takie przedstawienie na gobelinie z Kronenbergu gdzie pancerz wygląda na metalowy:


bajecznie kolorowa wersja Aldrovandiego:





Europejskie wyobrażenia bazowały na Dürerze aż do końca XVIII wieku, do czasu gdy jeden osobnik został sprowadzony do Włoch. Młoda samica imieniem Klara przewędrowała dosłownie całą Europę, będąc pokazywaną w wielu miastach (dwa razy była we Wrocławiu). Po takim pokazie trudno było wierzyć przestarzałym wizerunkom.

Jak bardzo wyobrażenie Dürera oddziaływało na percepcję, pokazuje przykład Andreasa Morelliusa który opisywał w swoim dziele starożytne monety. W wydaniu z 1750 roku pewne rzymskie monety z wizerunkiem nosorożca narysował tak:

 Oryginalne monety z około 80 r. n.e.  wyglądały tak:

 Historyk uznał, że monety są niewyraźne, więc rysując rewers uzupełnił szczegóły opierając się na wyobrażeniu Dürera - i dodał nieistniejący róg na grzbiecie.

-------
* https://en.wikipedia.org/wiki/D%C3%BCrer%27s_Rhinoceros

środa, 15 listopada 2017

Dziewice konsystorskie

Gdy pod koniec 1928 roku publicysta „Boy" Żeleński pisał recenzję „Kwadratury koła" Katajewa po jej premierze w nowym teatrze Ateneum[1], nie przewidywał, jak żywy wzbudzi oddźwięk. Omawiając historię dwóch małżeństw, które ze względu na warunki socjalne zakwaterowano w jednym pokoju i w których nieoczekiwanie rozkwitły nowe uczucia zauważa, że w Polsce podane ostatecznie rozwiązanie: dwa szybkie rozwody i dwa nowe śluby byłoby niemożliwe, a utwór o lekkim charakterze zamieniłby się w tragedię. Po czym sprecyzował – byłoby to rozwiązanie niemożliwe dla ludzi biednych, bogatsi mogliby załatwić sobie konwersję na inne wyznanie lub nawet kościelny rozwód, po opłaceniu wygodnych dla siebie zeznań świadków.

Po tej skromnej uwadze, będącej wciąż delikatną krytyką aktualnych wówczas stosunków prawno-społecznych, został zasypany lawiną listów, od chwalących rozgłaszanie nieprawości szerzącej się w sądach kościelnych po ganiące takie przedstawianie sprawy jako godzenie w dobre imię Kościoła. Idąc za tym tropem, Boy przedstawił szerzej swoje zdanie w felietonie „Biedne prababki". Wywołał on podobnie żywą reakcję, czego owocem były kolejne felietony i polemiki. Książka zbiera wszystkie te teksty, które łącznie obrazują zastanawiającą sytuację w II RP.

W państwie polskim w tym czasie funkcjonowały trzy różne podejścia do spraw małżeństwa i rozwodu. Na terenach dawnego zaboru pruskiego uznawano śluby cywilne, które siłą rzeczy mogły kończyć się rozwodem. Na terenach dawnego zaboru austriackiego równoważnie traktowano śluby kościelne i cywilne. Na terenach dawnego Królestwa Polskiego, to jest zaboru rosyjskiego, wyłączne prawo do stanowienia małżeństwa miały zarejestrowane związki wyznaniowe, toteż katolik mógł brać wyłącznie ślub kościelny w swoim obrządku (wyznawcy związków religijnych niezarejestrowanych i niewierzący nie mogli uzyskać ślubu!). Co w sytuacji, gdy Kościół katolicki nie uznawał instytucji rozwodu, skazywało nieszczęśliwie poślubionych wiernych bądź na wieczne udawanie związku, bądź na skomplikowaną i kosztowną procedurę unieważnienia go.

Żeleński stara się w felietonach piętnować nie tyle samo podejście Kościoła do małżeństwa, ile raczej powiązaną z nim obłudę i bardzo nieczystą formę przeprowadzania unieważnienia. Zgodnie z prawem kanonicznym związek małżeński został w istocie zawarty wobec Boga, zaś co boskie, tego człowiek nie jest w stanie rozdzielić, dlatego rozwód po ślubie kościelnym nie istnieje. Możliwe jest jednak zbadanie zawarcia i przebiegu małżeństwa, i jeśli małżonkowie nie spełnili pewnych podstawowych warunków bądź nie zostały do końca dopełnione pewne formalności proceduralne, uznaje się, że do „świętego złączenia wobec Boga" w istocie nie doszło, w związku z czym nie są małżeństwem właściwie od samego początku. Jeśli jednak nie ma naprawdę mocnych powodów bądź unieważnienia chce tylko jedna ze stron, proces zamienia się w pranie brudów i wywlekanie grzechów lub też w oszukiwanie i udawanie. Boy opisuje, jak to często świadkowie po złożeniu zeznań na procesie udawali się do spowiedzi, aby uzyskać rozgrzeszenie z krzywoprzysięstwa.

Wśród ulubionych sposobów adwokatów konsystorskich pojawiały się takie sztuczki, jak wyciągnięte nie wiadomo skąd stare listy, w których panna młoda zwierza się z braku miłości do poślubionego, czy zeznania przyjaciółek, jak to mężatka jeszcze przed ślubem nie zamierzała mieć dzieci. Można też było powołać się na nieprawidłowość w rodzaju braku obrączki czy niedostarczenia jakichś papierów. W skrajnej sytuacji, gdy trudno było liczyć na tak proste środki, pozostawało jeszcze wykazanie, że małżeństwo nie zostało skonsumowane. Wystarczało dodatkowo opłacić lekarza, który stwierdzi dziewictwo oraz świadków, którzy na własne uszy słyszeli narzekania, jak to mąż przechrapał całą noc poślubną. Mniej majętni mogli natomiast zmienić wiarę na luterańską, w której rozwód jak najbardziej istnieje – autor twierdzi nawet, że doprowadziło to do nienotowanego nigdzie indziej paradoksu, że połowa najzaciętszych prasowych obrońców katolickiej moralności i nierozerwalności aktu małżeńskiego była takimi właśnie „rozwodowymi lutrami".

Boy trafił ze swoimi felietonami w idealny moment. Właśnie w 1929 roku komisja pod przewodnictwem Karola Lutostańskiego ogłosiła projekt nowego prawa małżeńskiego, mającego obowiązywać na terenie całego kraju, a zawierającego między innymi wprowadzenie ślubów cywilnych oraz równouprawnienie majątkowe małżonków. Oboje mogliby dysponować wspólnym majątkiem, który w razie rozwodu bądź unieważnienia małżeństwa byłby dzielony po połowie, co miało powstrzymać (opisane zresztą w książce) przypadki pozbawiania byłej żony całego majątku. Małżeństwo cywilne mogłoby się oczywiście kończyć rozwodem, po spełnieniu pewnych zasad w rodzaju odpowiednio długiej separacji. Reakcja Kościoła i sprzyjających mu kręgów była jednak gwałtowna, a oskarżenia o chęć doprowadzenia do upadku cywilizacji i ogólnej rozpusty na tyle mocne, że rząd polski, bojąc się cokolwiek w tej sprawie przedsięwziąć, odłożył projekt ad acta i sprawa pozostała nieuregulowana aż do wybuchu II wojny światowej.

Oprócz wartości publicystycznych znajdziemy w tej książce wiele zabawnych anegdot, najciekawsza wydawała mi się opowieść o tym, jak to masoni nie chcieli przyjąć Żeleńskiego w swoje szeregi, gdy wypytywał o taką możliwość.

Czy jednak „Dziewice konsystorskie" to już tylko obrazek z przeszłości, który nie przystaje do współczesności? Wprawdzie państwa europejskie uznają dziś śluby cywilne i, co za tym idzie, rozwody (niedawno, bo w 2011 roku zalegalizowała je ultrareligijna Malta), toteż problem wielu małżeństw jest dużo prostszy do rozwiązania, lecz ci, którzy chcą choćby formalnie spełniać reguły swego wyznania, nadal nie mają łatwej sytuacji. A sprawy o unieważnienie nie stały się ponoć o wiele czystsze niż niemal 90 lat temu.[2] Procesy nadal stanowią pranie brudów przed komisją księży i zakonnic, ciągną się wiele lat i nie są specjalnie tanie. Czy spowiedzi świadków zaraz po procesie nadal są praktykowane, nie sposób się jednak dowiedzieć.

Dziewice Konsystorskie on line, na stronie portalu Wolne Lektury
-----------
[1] Recenzowana sztuka miała premierę 7 grudnia 1928, jak podaje teatr Ateneum w spisie premier na swojej stronie internetowej: https://teatrateneum.pl/?page_id=372

[2] Cezary Pazura już dwa razy uzyskał unieważnienie kościelnego ślubu, za pierwszym razem głównym powodem było to, że jego żona przed ślubem chodziła do psychologa. Zgodnie z niedawno wprowadzonymi przepisami, bliżej nieokreślona niedojrzałość psychiczna może być powodem unieważnienia. Aktor Jacek Borkowski w zasadzie przyznał w prasie, że na procesie opisał swój rzekomo rozwiązły tryb życia na prośbę żony, która koniecznie chciała rozwodu a adwokat twierdził, że przy takim powodzie będzie łatwiej go uzyskać.
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/jak-wziac-koscielny-rozwod/q1zp6f4
Po kościelnym rozwodzie są też Cejrowski, Majdan, Katarzyna Skrzynecka i Dariusz Kordek.

[Tekst ukazał się jako recenzja na Biblionetce, ale uznałem, że dotyczy tak ciekawej sprawy, że warto go wkleić i tutaj]
https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=1040683

czwartek, 2 listopada 2017

Jakie są najodleglejsze gwiazdy widoczne gołym okiem?

Tak mnie ostatnio zaciekawiło - jakie są najdalsze gwiazdy które jeszcze widać gołym okiem? Na początek postanowiłem przejrzeć "listy gwiazd w gwiazdozbiorze" na Wikipedii. Nie jest to może dobre źródło, ale wygodne do przeglądania bo listę można segregować wedle wybranych wartości. Wypisałem przykłady gwiazd o jasności do 6,5 magnitudo i o odległościach rzędu kilkunastu tysięcy lat świetlnych. Następnie zacząłem szukać potwierdzeń że faktycznie są położone w takiej odległości.
Tutaj pomocna okazała się strona universeguide.com która czerpie informacje z dwóch katalogów paralaks Hipparcosa - z 1997 i 2007 roku. Informacje z tabel Wikipedii najczęściej pochodziły z tego pierwszego przeglądu, drugi był więc jakąś weryfikacją, najczęściej ostro w dół.
Następnie przejrzałem podobne listy gwiazd w gwiazdozbiorach na universeguide.com, wypisując gwiazdy dla których w katalogu z 2007 roku podano kilkunatotysięcznolatoświetlną odległość.

Hipparcos to projekt sondy na orbicie okołoziemskiej, która robi zdjęcia gwiazd, porównując ich położenie na niebie w odstępach półrocznych. Mierzy ich ruchy własne względem tła, bada prędkość radialną, oraz mierzy zmiany położenia związane z paralaksą. Znając rozmiar ziemskiej orbity oraz wielkość kąta przesunięcia pozycji gwiazdy, można łatwo wyliczyć odległość do danej gwiazdy. Pierwszy katalog z 1997 roku opisywał parametry z dużą dokładnością dla 120 tysięcy gwiazd, i mniej dokładne dla ponad miliona. Dzięki lepszym technikom obróbki danych, z kolejnych obserwacji zestawiono w kolejnym katalogu dane dla 2,5 miliona gwiazd w zasięgu rozdzielczości kątowej.
Jego następczynią jest sonda Gaia, która ma obserwować odleglejsze gwiazdy z jeszcze większą rozdzielczością i dokładnością, ale jej katalogu odległości gwiazd jeszcze nie ma. Zapewne pomoże ona mocno poprawić poniższą listę.
 
Nie wykluczam, że w obu źródłach znalazły się jakieś błędy, w paru przypadkach wydaje się to wręcz oczywiste, niemniej w charakterze ciekawostki wrzucam tutaj listę bardzo odległych gwiazd które jeszcze widać gołym okiem. Pierwsza podana liczba to odległość z pierwszego źródła lub katalogu, a ta w nawiasie to wartość z nowszych źródeł.

* HD 8065 - Cefeusz - 32 616 ly - 6,0 M
- dla tej gwiazdy Hipparcos podał taką samą paralaksę w obu katalogach
 
*HD 188209 - Łabądź - 14 818 ly - 5,6 M
- Nie byłem w stanie potwierdzić tej odległości w innych źródłach. Gwiazda jest dość dobrze przebadana ze względu na zmienność która jest interesująca dla astrosejsmologów.
 
* TT Aquilae - Orzeł - 7955 (18 120) ly - 6,5-7,6 M
- gwiazda jest cefeidą więc aż prosiłaby się o zmierzenie odległości z zależności okres-jasność absolutna, ale takich danych nie znalazłem
 
* Chi Aurigae - Woźnica - 4077 (326 163) ly - 4,71
- podana w katalogu z 2007 roku odległość wydaje się absurdalnie wielka. Gwiazda w zasadzie znajdowałaby się poza galaktyką. Wyznaczona wtedy paralaksa leży jednak w granicy błędu pomiarowego, w zasadzie więc trudno powiedzieć jaka jest na prawdę. Może katalog paralaks z sondy Gaia rzecz rozstrzygnie.
 
* R Coronae Borealis - Korona Północna - 6040 (81 540) ly - 5,9
- Także tutaj druga zmierzona wartość wydaje się zbyt duża. Na podstawie szacunków jasności absolutnej dziś ocenia się odległość na bliższą tej pierwszej wartości.
 
Pozostałe:
* Chi2 Ori - Orion - 32 600 ly - (1800) 4,64 M
* HD 31327 - Woźnica - 11 643 *- 6,1 M
*HD 135591 - Cyrkiel -163 000 ly (3545) - 5,43
* HD 80558 (LR Velorum) - Żagiel - 19 176 ly (4291) - 5,83
* HD 191639 (BE Cap) - Koziorożec - 108 667 (2330)- 6,39
* HD 191877 - Lisek - 29 636 ly (6154) - 6,24
*HD 190603  (V 1768 Cyg) - Łabądź - 13 583 ly (5722) - 5,62
* Nu Aql - Orzeł - 11 643 (2835) - 4,64
* 9 Sge - Strzała - 14 174 * - 6,24
* P Cyg - Łabądź - 6272 (10 192) - 4,7
* 69 Cyg - Łabądź - 2764 (9060) - 5,93
* V 533 Car - Kil - 12 538 *- 4,59
* Teta Mus - Mucha - 108 667 (12 544) - 5,44
* Omicron Canis Majoris - Wielki Pies - 1976 (14 825) - 3,8
* Phi Cas (34 Cas) - Kasjopeja - 2329 (12 080) - 4,95
* Rho Cas (2 Cas) - Kasjopeja - 11 648 - 4,51
* V 731 Monocerotis - Jednorożec - 4796 (21 744) - 6,14
* 3 Gem - Bliźnięta - 6395 (14 181) - 5,75

poniedziałek, 16 października 2017

Mity o trąbach powietrznych: omija miasta

Kolejnym popularnym mitem o trąbach powietrznych, jest przekonanie że miasta w czymś im przeszkadzają. Przybiera różne wersje - od "nie tworzy się nad miastami" przez "omija miasta" aż do "nie wkracza do dzielnic z wysoką zabudową".

Uzasadnieniem w tym przypadku może być słuszna uwaga, że tornada najczęściej dotykają tereny wiejskie lub małe miasteczka, niekiedy dotykają przedmieść z rzadką zabudową natomiast rzadko wywołują zniszczenia w centrach dużych metropolii, z gęstą, wysokimi budynkami, wręcz z drapaczami chmur. W tej zależności tkwi natomiast błąd statystyczny - porównywaną dla różnych sytuacji częstość zdarzeń powinno się odnosić do nie do całkowitej liczby zdarzeń lecz ilości możliwości, a te nie są dla różnych typów terenu takie same.
Po prostu miasta zajmują dużo mniejszą powierzchnię niż tereny wiejskie i niezabudowane.

W województwie Mazowieckim znajduje się obecnie 86 miast o powierzchni 2 169,19 km² , co stanowi zaledwie 6% powierzchni województwa. Gdyby więc prawdopodobieństwo wystąpienia tornada było na tym obszarze równomierne, to 6% trąb powietrznych dotykałoby któregoś z tych miast. Im bardziej ściśle będziemy definiować "miasto" tym mniejsza będzie liczba przypadków uderzenia w nie trąby powietrznej. Jeśli uznamy że chodzi nam o tereny o gęstej zabudowie, to powierzchnia będzie mniejsza; jeśli uznamy, że chodzi o tereny z zabudową wysoką to ograniczymy się do centr i blokowisk z wieżowcami mieszkalnymi, a przy drapaczach chmur z województwa zostanie nam dosłownie kilka miejsc gdzie stoją takie budynki.

Ponieważ przyczyna powstawania trąb powietrznych leży nad miastami, duża "szorstkość powierzchni" nie ma na ich pojawianie się aż tak dużego wpływu. Pewne symulacje komputerowe sugerują, że skomplikowana, wysoka zabudowa może jedynie lokalnie zmniejszyć siłę wiru ze względu na utrudnienie napływu ciepłego powietrza, natomiast raczej go nie wygasi.

Znanych jest bardzo wiele przypadków gdy trąby powietrzne pojawiały się nad dużymi miastami, niektóre są przez nie nawiedzane bardzo często. Miasto St Louis w stanie Missouri zostało przez nie uderzone 14 razy, najgorsze było to z 1896 roku, gdy zginęło 255 osób.  W mieście Moore w obszarze metropolitalnym Oklahoma City między 1998 a 2015 rokiem zdarzyło się 10 tornad. W Polsce mieliśmy dwa przypadki w obrębie Lublina (oraz jeden w obrębie dzisiejszego Lublina ale w czasach gdy teren ten był jeszcze wsią poza miastem).

Paryż
Tornado które przeszło nad Paryżem w 1896 roku było o tyle ciekawe, że cały tor jego szkód przebiegał w obszarze gęstej zabudowy. Zniszczenia zaczęły się w okolicach  ścisłego centrum nad Sekwaną w pasie o długości 6 km, w wyniku zdarzenia zginęło 5 osób  a kilkadziesiąt odniosło rany. [1], [2]

Fort Worth
Tornado o sile F3 które przeszło w marcu 2000 roku w mieście Fort Worth w stanie Teksas przeszło dokładnie przez dzielnicę z wieżowcami. Jednym z najmocniej uszkodzonych budowli był 35-piętrowy wieżowiec Tower:
Po minięciu dzielnicy wieżowców jego siła się nie zmniejszyła, właśnie tam pojawiły się najmocniejsze niszczenia:

Opole
Także z Polski można podać przypadek gdy trąba powietrzna pojawiła się w pobliżu wysokich budynków. Ten konkretny jest o tyle ciekawy, że chodziło o wir bardzo małej średnicy ale równocześnie dość silny. W czerwcu 2002 roku trąba powietrzna pojawiła się na terenie blokowiska w Opolu. Świadkowie mówili, że widzieli ciemny wir o średnicy zaledwie kilku metrów. Okazał się on tak silny że porwał z parkingu przy ulicy Sosnkowskiego cztery zaparkowane samochody. Trzy przetoczyły się kilka metrów, jeden przeleciał 50 metrów zatrzymując się ostatecznie na barierkach między pasami jezdni, tuż przed przystankiem. Następnie trąba minęła akademiki politechniki przewracając kontenery na śmieci a na ulicy Oleskiej wyrwała jedno drzewo. Samochody nadawały się do kasacji. Tutaj być może zabudowa wpłynęła nieco na tor, lej bowiem przeszedł przez przerwę między punktowcami na osiedlu i ominął budynki politechniki, ale trąba musiała powstać nad samym miastem i gęsta zabudowa jej w tym nie przeszkodziła. [3], [4]

Chorzów
Także zeszłoroczny przypadek z Chorzowa można podać za przykład trąby powietrznej nad terenami miejskimi. Lej dotknął ziemi w okolicy placu Kopernika i przemieścił się w kierunku Siemianowic Śląskich.
------
[1]  http://www.retronews.fr/actualite/1896-tornade-paris
[2] Paris Tornado 1896,
[3] http://www.nto.pl/wiadomosci/opolskie/art/3957163,samochody-fruwaly-jak-latawce,id,t.html
[4] Artykuł ze zdjęciami.