Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 marca 2017

Śmiertelne trąby powietrzne w Polsce - od bloga do artykułu naukowego

Tyle już tutaj opisywałem dawnych przypadków trąb powietrznych w Polsce (a do opisania zostało jeszcze dwa razy tyle), że być może niektórzy zastanawiali się, czy z tymi danymi można zrobić coś więcej. No i można, w czym sam miałem udział. Na łamach amerykańskiego periodyku meteorologicznego Monthly Weather Review, ukazał się właśnie artykuł "Deadly Tornadoes in Poland from 1820 to 2012" którego jestem drugim autorem.


Rzecz zaczęła się dość dawno, bo jeszcze w roku 2015, gdy to napisał do mnie doktorant z UAM Mateusz Taszarek, z propozycją napisania artykułu o tym, czym w sumie i tak zajmuję na blogu. Słyszałem o nim już trochę wcześniej, pracował nad algorytmem komputerowym mającym lepiej niż zwykłe, globalne modele prognozujące pogodę, przewidywać szansę wystąpienia trąb powietrznych na terenie kraju. [1]
Propozycja wyglądała korzystnie - jako że naukowo zajmowałem się nieco inną dziedziną, nie miałem za bardzo możliwości aby samemu o tym napisać pracę, choć o tym myślałem, on natomiast potrzebował danych możliwych do oceny i weryfikacji, aby móc napisać na ten temat. Wcześniej napisał prace na temat trąb powietrznych zgłoszonych w raportach do EWSD, organizacji gromadzącej doniesienia o gwałtownych zjawiskach pogodowych, ale te często są trudne do weryfikacji, czasem fałszywe. [2]

Proponowany artykuł miał się skupiać na konkretnej grupie przypadków - na trąbach wywołujących ofiary śmiertelne, dzięki czemu możliwe było określenie na ile dużym zagrożeniem są w kraju te zjawiska.

Opracowanie
Z mojej strony sprawa wyglądała tak, że miałem dużo notatek rozsianych w różnych plikach, trzeba było wszystko przepatrzeć, odnaleźć konkretne źródła, niekiedy gdy nie zapisałem wszystkich szczegółów, ponownie odnaleźć odpowiednią gazetę. W międzyczasie ponownie przeglądałem źródła szukając tym razem konkretnych informacji o śmiertelnych ofiarach, bywało że o jakimś przypadku miałem dwa teksty mówiące o rannych, a dopiero w trzecim była mowa że ktoś zginął (jak w przypadku trąby powietrznej w Wieliczce), toteż nawet na bardzo zaawansowanym etapie gdy wydawało się, że wszystko już zostało znalezione, zdarzało mi się pisać "znalazłem jeszcze jeden przypadek" i trzeba było dopisać i jeszcze raz przeliczać statystyki.
Trwało to dość długo, u mnie pojawiło się trochę życiowego zamieszania, a Taszarek na kilka miesięcy wyjechał na staż do USA do NOAA, gdzie nie tylko zapoznał się z profesjonalistami od tornad, ale też brał udział w terenowych łowach z tamtejszymi Storm Chaserami, więc przez pewien okres dopisywanie nowych ustępów szło niemrawo. Zasadniczo na wiosnę zeszłego roku manuskrypt był w większości skończony.

Większość informacji czerpałem z bibliotek cyfrowych zawierających skany dawnych gazet polskich, kilka przypadków zostało opisanych na stronach internetowych lub w dokumentach możliwych do odnalezienia w sieci. Jest to źródło niejako z pierwszej ręki, z czasu tuż po samym zdarzeniu.

Zakres lat wynikał z dostępnych informacji - pierwszy dobrze opisany przypadek to trąba w Wyszkowie z 1829 roku, o której już tu pisałem (link) gdzie dwie osoby zginęły wskutek utonięcia po uderzeniu trąby w tratwy na Bugu. Ostatni zaś to trąby powietrzne na Pomorzu w 2012 roku, gdy zginęła jedna osoba. Najlepiej rozpoznany okres to XIX wiek i początek XX wieku. W okresie II wojny światowej pojawia się tylko jeden przypadek, trąba w Borzymach na Pomorzu, opisany na podstawie informacji przekazanych przez niemieckiego miłośnika meteorologii Thilo Kühne, znającego szczegóły z przekazów rodzinnych. W okresie PRL pojawia się natomiast tylko kilka przypadków, generalnie w prasie z tego okresu mało było tego typu informacji, najczęściej na zasadzie krótkiej wzmianki. 
Podkreślenie tego wpływu polityki państwowej na dostępność informacji zostało uznane przez recenzentów za jeden z najciekawszych elementów pracy, tym bardziej że podobny efekt pojawił się już w publikacjach z Czech i Rumunii.

Łącznie udało się nam odnaleźć 37 zdarzeń gdy trąba powietrza wiązała się z ofiarami śmiertelnymi, tylko kilka tych przypadków było już opisanych naukowo. W tej grupie znalazły się jednak doniesienia różnej jakości, wśród nich na przykład zdarzenia co do której w opisie wydarzeń brakowało jednoznacznych informacji, a więc opisu trąby czy charakterystycznych szkód. Były też zdarzenia w których wprawdzie opisano charakterystyczne dla tornada szkody, ale informacje są  skąpe i powtórzone w małej ilości źródeł, jak na przykład dla trąby z Jędrzejowa, gdzie wprawdzie mamy i wykolejenie wagonów i uniesienie w powietrze kilkorga dzieci, ale zdarzenie opisała tylko jedna gazeta.
Stąd podział na trzy kategorie: przypadek niepotwierdzony, przypadek potwierdzony (dla sytuacji gdy pojawiały się charakterystyczne dla trąby szkody, ale brak było opisu samego zjawiska) i przypadek w pełni zweryfikowany, gdzie mieliśmy i charakterystyczne szkody i opis samego zjawiska. Poszczególne przypadki są dalej opisane, z zaznaczeniem czy są co do niego jakieś wątpliwości, aby czytający i chcący oprzeć się na tym zestawieniu mógł sam ocenić jakość doniesienia.

Dla wszystkich kategorii na 37 zdarzeń przypada 106 ofiar śmiertelnych, zdarzeń ocenionych na "w pełni zweryfikowane" jest tylko 9 ale wiążą się z 38 ofiarami, a "potwierdzonych" 10 przypadków i 29 ofiar. To dużo więcej, niż by się mogło wydawać. Najgorsze było tornado w Krośnie Odrzańskim w 1886 roku, które zabiło 13 osób.
Dla porównania w tym samym okresie w Niemczech zdarzyły się 53 takie przypadki, we Francji 23 a w europejskiej części Rosji 18.

Ze względu na fragmentaryczność źródeł trudno wyciągnąć precyzyjne wnioski ze statystyk. Dawne gazety to specyficzne źródło, bazowały na skąpych doniesieniach urzędowych oraz informacjach od pewnej ilości korespondentów, nie wszystkie więc zdarzenia zostały opisane, jedynie wtedy gdy szkody były duże lub gdy obserwował je piśmienny czytelnik gazety. To, oraz mała ilość przypadków, powoduje pewne zaburzenia. Przykładowo w ujęciu dekadalnym, nie ma ani jednego przypadku z lat 40. XIX wieku. Rozkład przypadków w ciągu roku pokazuje małą górkę w maju, ze spadkiem częstości na początku czerwca i z dużym "pikiem"  na przełomie lipca i sierpnia, nie ma natomiast opisanego ani jednego z września i miesięcy późniejszych. Ponieważ wiele doniesień wiązało się z opisem zbiorów na polach, to ucięcie może wiązać się z tym, że we wrześniu wiele już zostało z pola zebrane, toteż późne burze i trąby były rzadziej opisywane w sprawozdaniach.

Jeśli chodzi o przyczyny śmierci, w tych przypadkach gdzie były one podane najczęściej było to uniesienie w powietrze i powstałe obrażenia, przygniecenie zawalonymi budynkami oraz utonięcie.

Sporą część pracy zajmuje załącznik z opisem poszczególnych przypadków, z zaznaczeniem w jakim stopniu dało się je zweryfikować i podanymi źródłami. Oceniono siłę zjawisk. Dla niektórych wyznaczono i narysowano mapki z prawdopodobnymi trasami zniszczeń, w kilku przypadkach udało się znaleźć zdjęcia zniszczeń.



Redakcja
Artykuł należało napisać po angielsku. Moja angielszczyzna przedstawia się dość mizernie, ale coś od siebie naskrobałem, Mateusz poprawił i dopisał część teoretyczną z przeglądem dotychczasowej literatury. Niemniej było oczywiste, że językowo nie jest to twór idealny, dlatego Taszarek wysłał pracę do firmy zajmującej się właśnie poprawianiem artykułów naukowych pod kątem językowym. Korektę u nich opłacił ze swojego grantu.

Przygotowany i wymuskany artykuł wysłaliśmy do redakcji czasopisma na początku lata i czekaliśmy. Trwało to długo, aż we wrześniu dotarła do nas wiadomość, że artykuł mógłby być przyjęty, lecz musi być jeszcze poprawiony. Pracę oceniło dwóch anonimowych recenzentów, którzy generalnie zwrócili uwagę na mankamenty językowe, miejscami zbytnią rozwlekłość oraz dość dużą długość pracy (24 strony) jak na warunki czasopisma. Oprócz takich rzeczy jak opuszczone zaimki zwrócili uwagę na przykład na formułę opisów poszczególnych przypadków. Mieliśmy napisać 37 krótkich notek, stąd zaczynały się dość monotonnie "First case was occured... Second case was occured... just another case was occured...", recenzent uznał, że dużą część takich wyliczeń można spokojnie wywalić.

Jeden recenzent proponował, aby poszerzyć część opisującą dobór źródeł i ich mankamenty, drugi z kolei uważał, że powinno się ją skrócić. Jeden żądał dodania cytowania do literatury, gdy pisząc o słabej organizacji służb meteorologicznych wspominamy o Powodzi Stulecia w 1997, drugi uważał że wszystko to można wyrzucić. Jeden zaproponował dodanie informacji o innych, także nieśmiertelnych trąbach powietrznych z tego okresu, aby stanowiły tło do oceny częstości względnej, to jednak wydłużyłoby pracę jeszcze bardziej, więc poprzestaliśmy na stosownym przeliczeniu częstości.
Na każdy taki zarzut trzeba było odpowiedzieć i w miarę potrzeb zmienić pracę.
Zadanie recenzentów to bowiem nie tylko prosty odsiew prac niskiej jakości (w utajnionej recenzji dla redaktorów oceniają, czy praca w ogóle nadaje się do publikacji) czy wyłapywanie nieuczciwości, ale też pewne pouczenie dla autorów. Dopiero po uznaniu przez nich, że autorzy bądź poprawili błędy, bądź uzasadnili obecny kształt pracy, artykuł może przejść do dalszej redakcji i składu.
W naszym przypadku ostatnie poprawki nanosiliśmy w październiku, na przykład dwa dni przed końcem terminu zauważyłem, że źle zapisana jest nazwa województwa.

Na tym etapie pojawił się pewien dodatkowy problem - otóż często jest tak, że za publikację w bardzo dobrych periodykach naukowych trzeba zapłacić. Zapłata nie jest warunkiem publikacji, lecz po prostu opłatą za możliwość zajęcia ich łamów, prace redakcyjne, opłacenie recenzentów itp. Są oczywiście tak zwane "drapieżne czasopisma" u których podejście przedstawia się odwrotnie, to jest skłonne są wydać cokolwiek byle zapłacono, toteż po pewnym czasie zamieniają się w osobliwe panoptikum doniesień o genach Yeti, szkodliwych szczepionkach, obaleniu teorii względności i innych rzeczach jakich nie dałoby się wydać w normalnym piśmie stosującym recenzję naukową.
W naszym przypadku suma była trochę kłopotliwa.
 Taszarkowi właśnie kończyły się pieniądze z grantu badawczego, zaraz miał mieć obronę, natomiast ja nie bardzo wiedziałem kto będzie moim promotorem i nie miałem szans na dofinansowanie artykułu, który do żadnego chemicznego przewodu doktorskiego się mi nie przyda. Ostatecznie po różnych poszukiwaniach dostał jakieś dofinansowanie od swojego uniwersytetu.

Po przyjęciu pracy i wstępnym przeredagowaniu, pojawiła się na liście przyjętych, do publikacji w przyszłości. Musieliśmy jeszcze podpisać oświadczenie o przekazaniu praw autorskich na potrzeby publikacji, i gdy w grudniu artykułowi nadano numer DOI, mogliśmy uznać, że oto mamy na swoim koncie pracę naukową.
Ostatecznie jak widać artykuł ukazał się w wydaniu marcowym. Podejrzewam, że ze względu na duży rozmiar redakcja zastanawiała się jak go ułożyć.

Jeśli zaś chcecie przeczytać tą pracę, to zajrzyjcie do pracy doktorskiej Taszarka, którą już opublikował w internecie - nasz artykuł jest dodany do niej jako "appendix F" od strony 136.
(Link .pdf)
-----------
Nasz artykuł na stronach czasopisma, większość osób powinna móc przeczytać abstrakt :  http://journals.ametsoc.org/doi/abs/10.1175/MWR-D-16-0146.1

[1] http://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/polska,28/przelomowy-projekt-mlodego-polaka-potrafi-przewidziec-traby-powietrzne,105829,1,0.html
[2] http://forum.lowcyburz.pl/viewtopic.php?f=162&t=8950

sobota, 22 czerwca 2013

Powódź błyskawiczna

Jak donoszono prawie 150 lat temu:

* Wiek dowiaduje się, że w dzień oktawy Bożego Ciała, kiedy w Krakowie spadł tylko deszcz gwałtowny, w okolicy Ojcowa w Królestwie Polskiem nastąpiło prawdopodobnie oberwanie chmury, a ztąd taka nagła powódź w dolinie ojcowskiej, że w samym Ojcowie 13 ludzi utonęło, oprócz koni, bydła i innego dobytku. W Sąspowie, wsi leżącej w dolinie bocznej, prytykającej do ojcowskiej, zniosła woda kilka zabudowań.

[Nadwiślanin, Chełmno 22.06.1864 KPBC]
Powodzie błyskawiczne należą do najgroźniejszych zjawisk pogodowych. Gwałtowność i szybkość przebiegu potrafią zaskoczyć postronne osoby, przez to też często wywołują równie dużo ofiar co rozległe, powolne powodzie. Dochodzi do nich gdy na stosunkowo niewielkim obszarze wystąpią bardzo intensywene opady, znacznie przekraczające zdolności retencyjne gleby i zbiornikow wodnych, a także pojemność koryt naturalnych cieków. Czasem zalicza się tu powodzie po pęknięciu sztucznych czy naturalnych zbiorników wodnych nad danym obszarem. Woda spływa wówczas po powierzchni dążąc do najniższego miejsca na tym terenie, osiągając często zaskakujące prędkości i siłę niszczącą, powiększoną po porwaniu drzew, szczątków budowli czy kamieni, po czym szybko opada, nieraz wszystkie zdarzenia rozgrywają się w ciągu jednej doby. Już 60 cm wody wystarczy, aby unieść większość samochodów - z tego też powodu na terenach zurbanizowanych, największą ilość ofiar nagłych wylewów stanowią kierowcy, sądzący że przez strumień wpoprzek drogi uda im się przejechać.

Podniesienie się poziomów rzek i strumieni może przybrać postać fali, która rozbijając się o brzegi niszczy domy i mosty, często porywając przypadkowe osoby. Szczególnie niebezpieczną formę przyjmują takie wylewy w pustynnych wąwozach - sucha, często kamienista gleba pustyń, zwykle bardzo trudno przyjmuje wodę, toteż po każdej większej ulewie tworzy się fala, która spływając do wyrytych kanionów spiętrza się nieraz do dużej wysokości. Zdarzało się, że nieświadomi turyści ginęli, gdy dosięgła ich fala pochodząca od ulewy kilka a nawet kilkanaście kilometrów dalej.
Niejednokrotnie w wąskich, skalistych dolinach rzek, jesli tylko powódź taka nie zdarzyła się od kilku dziesięcioleci, zakładane są osady i miasta, przez co kolejne takie zdarzenie pociąga za sobą wiele ofiar.
Tak było w 1976 roku w dolinie rzeki Big Thompson w USA. Podczas czterech godzin w czasie niezwykle gwałtownych opadów w górzystej zlewni rzeki spadło 300 mm deszczu na każdy metr kwadratowy, co stanowiło 3/4 opadów rocznych. Woda ta spłynęła do zazwyczaj spokojnej rzeki, tworąc falę wysoką na 6 metrów, która zmyła kilka miejsowości, zabijając 143 osoby

Podobna katastrofa dotknęła cztery lata wcześniej region Black Hills, powodując zniszczenie ponad tysiąca domów w Rapid City, i zabijając 238 osób.

Czy jednak zdarzenie tego typu może zdarzyć się w Europie, czy nawet w Polsce? Jak najbardziej.

Jednym z najbardziej znanych przykładów była powódź w Lynmouth - małym, agielskim miasteczku, słynącym z pięknego krajobrazu, nadawanego przez małe, stare domy rozłożone na dnie wąskiej doliny, dość ostro schodzącej do morza. Po ulewie 16 sierpnia 1952 roku, kilkumetrowa fala zmyła połowę domow, zabijając 34 osoby. Były one zupłnie zaskoczone. Ostatnią taką powódź zanotowano tam w XVII wieku, i nikt już o tym nie pamiętał. Niedługo potem w 1967 roku ogromne deszcze nawiedzają Portugalię. Nagłe wezbania kilku rzek w okolicach Lizbony zabijają ponad 500 osób - ile dokładnie, nie wiadomo; rząd portugalski utajnił dokładną informację niedługo po ostatniej informacji o 427 ofiarach. Szacunki mówią nawet o 700. Z bliższych nam okolic warto przypomnieć częściowo zapomniany kataklizm z lipca 1998 roku, ze Słowacji.
Gdy nadzwyczaj obfite opady 20 lipca przekroczyły dwukrotną sumę miesięczną, niewielka rzeczka Mala Svinka na zachodzie kraju wezbrała do czterometrowej fali. Pech chciał że w jej dolinie, na błotnistych gruntach, rozsiadły się Jarovnice - osada Romow, bardziej przypominająca slumsy niż wieś, sklecona z małych drewnianych domków i zameszkana przez trzy tysiące osób. Ponad połowa budynków została zniszczona i porwana przez wodę. Spośród mieszkańców zginęły 53 osoby, kilka kolejnych osób zginęło w głębi kraju.




W wyniku tych samych opadów we wschodnich Czechach zginęło dalszych 6 osób. Dwa dni później mały odprysk opadów dotarł nad Polską - oberwanie chmury w Kotlinie Kłodzkiej spowodowało zalanie Duszników Zdroju, Polanicy, i kilku mniejszych miejsowości. Kilkadziesiąt domów zostało zniszczonych, dziewięć osób zginęło.

Całkiem niedawno z tego typu powodzią mieliśmy do czynienia w Bogatyni, gdzie, jak wiadomo, straty były ogromne. Tamtejsza okolica należy do bardzo mocno narażonych na podobne zdarzenia - dość duży obszar gór jest odwadniany przez małą rzeczką, zaś miejsowości obudowały ją tak szczelnie, że domy stoją tuż przy korycie, w dodatku położenie Gór Izerskich sprzyja występowaniu silnych opadów. Poprzednia tak duża powódź zdarzyła się tam w 1916 roku, zaś największą była ta z roku 1897 - w jednej z miejsowości zanotowano wóczas opad dobowy 345 litrów na metr, co stanowi do dziś nie pobity rekord dla środkowej europy. W Czechach i na Śląsku zginęło wówczas ponad 120 osób. Znaczna część Kowar została wtedy zniszczona.

Ostatnim zdarzeniem jakie chcę przypomnieć, była katastrofa w Juszczynie. Ta niewielka wieś nad potokiem Juszczynką, została dotknięta niezwykle gwałtowną ulewą w dniu 15 lipca 1908 roku. Potok wezbrał, i zapewne nie wywołałoby to tragedii, gdyby nie uniesione wodą drzewa, słoma i deski, które utknęły pod mostem tworząc tamę, piętrzącą falę powodziową. Woda wystąpiła z koryta i wylała na damy. Połowa budynków została zniszczona, 21 osób zginęło. Trzy ciała znaleziono potem aż w Sole, gdzie poniosła je woda.
----------
* http://en.wikipedia.org/wiki/Big_Thompson_River
* http://en.wikipedia.org/wiki/1972_Black_Hills_flood
* http://en.wikipedia.org/wiki/Lynmouth_Flood
* http://tvnoviny.sk/sekcia/spravy/domace/pred-13-rokmi-zabijala-povoden-po-desiatkach.html 
* http://www.sme.sk/c/3981004/jarovnice-zaplavila-beznadej.html
* http://dolny-slask.org.pl/527157,Polanica_Zdroj,Powodz_w_Polanicy_Zdroj_1998.html
* http://www.powiat.klodzko.pl/ochrona-przeciwpowodziowa/o-powodzi-na-ziemi-klodzkiej/rozklad-opadow-na-terenie-kotliny-klodzkiej-w-czasie-powodzi-1997-i-1998.html
* http://nieregularnik-nieperiodyczny.blogspot.com/2009/03/wielka-powodz-w-kowarach-czerwiec-1897.html

czwartek, 14 lipca 2011

Diabeł wirujący



Powstaje nagle, bez ostrzeżenia. Najczęściej jest to słoneczny, upalny dzień, miejscem zaś może być sprażony kanikułą miejski plac, boisko, pole czy skoszona łąka. Wśród rozedrganej śreżogi pojawia się wir, zrazu niewielki, podobny tym, które w listopadowe słoty przetacza spadłe liście po parku, potem coraz większy i szybszy, porywający kłęby kurzu, trawy, liści, gałązek...

Czyżby trąba powietrzna? Skądże.

Znad nagrzanej słońcem ziemi unosi się ciepłe, więc lżejsze powietrze. W dużej skali, przebijając się przez warstwy chłodniejszego powietrza tworzy kominy termiczne, na których szczycie tworzą się czasem chmury cumulus. Chętnie korzystają z nich szybownicy, którzy dzięki pędowi unoszącego się powietrza mogą nabrać wysokości bez używania silnika. Również ptaki wykorzystują ten efekt aby zaoszczędzić sił w trakcie dalekich lotów, stąd często można zobaczyć jak kołują w grupie nad jakimś miejscem.
W mniejszej skali strugi powietrza o różnej temperaturze, załamując promienie światła wywołują drżenie krajobrazu, i miraże, zwłaszcza nad asfaltową nawierzchnią ulicy.
Gdy jednak powietrze unosi się nierównomiernie, wskutek nierówności terenu, czy zróżnicowanego nagrzewania się terenu, mogą w nim powstać zawirowania. Jeśli są one wystarczająco silne aby obniżone ciśnienie wewnątrz utrzymywało strugi wirującego powietrza w coraz bardziej zacieśniającej się kolumnie, przekształcają się w wiry podobne do tornada, gdy zaś osiągną siłę wystarczającą, aby unieść kurz z podłoża, stają się widoczne dla ludzi. Kolejne porcje zassanego ciepłego powietrza napędzają wir obniżając ciśnienie, co powoduje zassanie kolejnej porcji powietrza, tworząc stosunkowo stabilną strukturę. Najchętniej pojawia się na wykoszonych łąkach, zaoranych polach, nad placami i ulicami miast, na plażach i polanach. Czasem może zapędzić się nad taflę wody, zasysając pył wodny.
Co ciekawsze, taki wir pyłowy nie powstaje wyłącznie na Ziemi - już sondy Viking sfotografowały na Marskie długie, ciemne smugi, których pochodzenie była dla naukowców niejasne aż do czasu wprowadzenia na Marsjańską orbitę sondy Mars Global Surveyor, która sfotografowała tuman kurzu kreślący jedną ze smug. Również marsjańskie łaziki Spirite i Opportunity sfotografowały ich pojawianie się na powierzchni planety - akurat dla nich były to zbawienne spotkania, bowiem silniejsze podmuchy zwiewały z paneli słonecznych osiadły na nich pył.
Nie znalazłem informacji, czy zjawisko to ma naukową, meteorologiczną nazwę. Zwykle mówi się na nie z angielska Dust Devil - czyli diabełek pyłowy, czasem też przez analogię do innych takich zjawisk używa się określenia Dustnado. U nas najczęściej używa się określeń "trąba pyłowa" bądź "trąbka powietrzna" - choć to ostatnie jest już mylące.

Jest to zjawisko krótkotrwałe, trwa od kilkunastu sekund do kilku minut, w wyjątkowych przypadkach do pół godziny, zazwyczaj osiąga średnicę jednego-dwóch metrów i wysokość do kilkunastu, jednak niekiedy osiąga znaczne rozmiary ze średnicą do 50 metrów i wysokości nawet kilometra. Od trąby powietrznej poza rozmiarami odróżniają go też warunki - powstaje w gorące, słoneczne dni, często przy bezchmurnej i bezwietrznej pogodzie. Mimo to często jest z nią mylony; dwa lata temu media doniosły, że na mazurach przy słonecznej pogodzie pojawiła się trąba powietrzna. [1] Wir pyłowy, obserwowany wówczas nad jeziorem Nidzkim, mógł być tylko dustnadem, a to z braku chmur burzowych, które mogą wygenerować prawdziwą trąbę.

Jak silny może być taki wir?
Siła takiego zjawiska jest znacznie mniejsza niż dla prawdziwego tornada, i zwykle wystarcza do zassania kurzu, piasku, słomy i liści; przewrócenia ogrodowych parasoli, plastikowych krzeseł i koszy na śmieci; czy wywrócenia źle zakotwiczonych namiotów - dlatego też tylko w wyjątkowych warunkach Dust Devil może wywołać szkody czy jakiekolwiek zagrożenie. Najbardziej chyba znanym takim przypadkiem, jest wypadek polskich paralotniarzy uwieczniony na tym filmie . Podczas startu ze szczytu Skrzycznego opodal Szczyrku, będącego jednym z ulubionych miejsc startu, krótkotrwały wir pyłowy, który utworzył się na stoku, zassał dwóch przygotowujących się do startu paralotniarzy. Gdy zanikł, pozostali oni w powietrzu z nieprawidłowo rozłożonymi skrzydłami; twarde lądowanie skończyło się potłuczeniami i złamaniem paru żeber.
14 września 2000 roku bardzo silny wir pyłowy zdemolował tereny targowe w Coconino Country, (USA) unosząc i uszkadzając namioty i wiaty stoisk. Kilka osób zostało wówczas rannych, zaś siłę wiatru w wirze oceniono na dochodzącą do 120 km/h , co odpowiada sile tornada EF0 (zdjęcia). Spotkałem się z podobnym przypadkiem w Polsce, bodaj z 2007 roku, gdy trąba rudego pyłu rozrzuciła namioty na festynie, raniąc niegroźnie jedną osobę, nie mogłem jednak ponownie odnaleźć tej informacji.
W maju tego roku w USA trąbka pyłowa uniosła nadmuchiwany zamek podczas festynu, raniąc sześcioro znajdujących się tam dzieci [2]. Ogółem zatem są to sytuacje, gdy podmuch uniósł lekkie konstrukcje. Znane są jednak przypadki, gdy zjawisko osiągało wyjątkowo dużą siłę, powodując ciężkie obrażenia, a nawet śmierć.
Znany stał się przypadek śmierci amerykańskiego pilota , który w 2008 roku zmarł przygnieciony przewróconą przez wiatr szopą. Początkowo sądzono, że ów silny wiatr był skutkiem burzy bądź zjawiska microburst, powodującego gwałtowny i krótkotrwały podmuch, jednak wyjątkowo lokalny zasięg i brak odpowiednich warunków sprawiły, że za winowajcę uznano silnego Dust Devila, którzy przewrócił budynek [3]. W 2003 roku silna trąba pyłowa poderwała dach domu w Lebanon w stanie Maine, zapadnięty dach zabił starszego mężczyznę [4]. W Australii za najsilniejszy przypadek takiego zjawiska, nazywanego tam Willy-Willy lub Whirly-Whirly, uznano ten z West Perth Swan w stanie Victoria. 26 listopada 1996 roku, co na półkuli południowej odpowiada początkowi lata, wir pyłowy pojawił się na przedmieściach, przechodząc między domami trasą o długości kilkuset metrów. Wedle świadków poruszał się szybciej od innych dotychczas widywanych, i bardzo szybko urósł do wysokości kilkudziesięciu metrów. Uderzywszy w jeden z domów zerwał z niego całkowicie solidny dach i przeniósł na kilkanaście metrów, mógł zatem osiągnąć wyjątkową dla takich zjawisk siłę F1. Ciekawa jest tu relacja jednego ze świadków, który twierdzi, że gdy wir przechodził obok niego dostrzegł w jego półprzezroczystym wnętrzu ciemny rdzeń, co sugerowałoby że spadek ciśnienia w leju był na tyle duży, że zaczynało dochodzić do krótkotrwałej kondensacji pary wodnej w zassanym powietrzu. [5]

W Polsce na szczęście nie notowano tak silnych zjawisk, choć natknąłem się na relację z roku 1936 z okolic Warszawy, gdzie kilkumetrowy wir kurzu wyrywał młode drzewka a nawet przewrócił przechodzącego obok człowieka. Zjawisko wiru pyłowego jest stosunkowo częste, w minionych latach mieliśmy bardzo liczne przykłady sfotografowane bądź sfilmowane przez przypadkowe osoby, na przykład we Wrocławiu, czy w Warszawie, zaś dwa lata temu znany stał się przypadek z Krakowa, gdy wir pojawił się nad torowiskiem tramwaju - zdjęcie z tego przypadku zamieściłem powyżej. Przykładem wyjątkowo dużego zjawiska, osiągającego jak oceniam wysokość 100 metrów jest dust devil z Niwek na tym filmie, zaś za najładniejszy uznaję ten wir z kopalni w Bogatyni. W dawniejszych czasach takie przypadki nie były odnotowywane bądź to dlatego, że obserwujący uważali je za zjawisko normalne, często się pojawiające, bądź to z powodu małego rozpowszechnienia aparatów fotograficznych i kamer. Dziś trąba powietrzna jest zjawiskiem znanym, dlatego bardzo do nich podobne trąby pyłowe wzbudzają zainteresowanie.

Najstarszym polskim przypadkiem jaki znalazłem i któremu można przypisać konkretne miejsce i czas, jest ten z roku 1822 z Warszawy, gdy wir kurzu wywołał zdumienie przechodniów. Jak opisuje Kurjer Warszawski z dnia 20 maja (pisownia oryginalna) :

Wczoraj ogodzinie 2 popołudniu, na placu za Żelazną bramą, przed straganami przekupek, na przeciw Saskiego ogrodu siedzących, powstała Trąba powietrzna która niebardzo silna, iednakże porwała kurg i piasek uliczny, wzniosła go wpostaci słupa zupełnie prosto padłego, w ogólności kilkunastu sążni, i w wirowym swoim biegu postąpiwszy w linii równo odległej od ogrodu Saskiego kilkanaście kroków, wzięła kierunek przeciwny tamtemu, słabieiąc co raz bardziej zniknęła w pierwszym kląbie ogrodu. Patrzący pytali się nawzaiem co to znaczy? powstały rozmaite domysły i wnioski bardzo zabawne; iednak to zdarzenie naturalne nie pociąga za sobą żadnych złych skutków; a niniejsze opisanie udzielonem zostało Redakcji Kurjera od naocznego świadka iednego z uczonych Professorów Uniwersytetu.
"Kurjer Warszawski" Nr. 120. Poniedziałek. 20. Maja. r: 1822. [6]


Ciekawym wątkiem są nazwy tego zjawiska, wszędzie bowiem utożsamiano je z diabłami, demonami, nieprzyjaznymi duchami. Angielska nazwa Dust Devil, to przecież "Diabeł pyłowy". Nie inaczej jest w Polsce.
Glogier podaje, że mówiono na takie wiry "Djabelskie wesele" bądź "Djabły tańcują", mówiono też "Diabeł wirujący" czy "Diabeł tańczący oberka". Wir taki rozrzucał złośliwie stogi siana, sypał piaskiem w oczy i znikał równie raptownie jak się pojawiał. Wierzono, że napotkanie takiego "kręciołka" może przynieść nieszczęście bądź chorobę "z zawiania cugiem", charakterystyczny jest tu taki opis:
Sam rozmawiałem kiedyś ze starym wieśniakiem, z okolic Lipska nad Biebrzą, który mi z całą stanowczością dowodził, że kiedy przed laty spocony wyszedł ze stodoły, w której młócił cepem żyto, nadleciał "cug". W wirze powietrza zauważył on maleńkiego czarno ubranego człowieczka, który radośnie klaskał w dłonie. Kiedy po kilku minutach wrócił do stodoły stwierdził, że prawy bark oraz szyję ma jakby sparaliżowane. Nie miał więc żadnych wątpliwości, że został "zawiany" przez powietrzne istoty demoniczne. [7]
Czasem ów demon powietrzny miał konkretne imię, przy czym najczęściej mówiono nań Bartek, Bartek Srala, Antek, Kusy Kuba, Pijany Jaś itp. Na pomorzu nazywano je "kręćkami". Niekiedy uważano, że jest to dusza powieszonego, która została niejako w powietrzu, zawieszona między niebem a ziemią. Możliwe, że w czasach przedchrześcijańskich mówiono na nie Wiły, jak to zdarza się jeszcze niekiedy na Bułgarii, sądząc że to powietrzne demony "wijące się" w powietrzu. W słowiańskiej demonologii - a przynajmniej w tej jej postaci, jaka dostępna była etnografom - wichrami i burzami zajmował się Latawiec. A tak swe spotkanie z Bartkiem opisywała mieszkanka wsi Dziurków:
"Ano wsieło się, tako kołyska była zrobiona, takie cóś, płachte się przywiązało i dziecko się włożyło. Spory kwawałek śmy w pole tam pośli, akurat od lasu był taki Bartek, że tak mówu, że zawsze w tym miejscu taki Bartek jest wychodzi z lasu i tak wirował. Boze kochany, prosto w kołyskę, hyyy! dziecko już leży. Jo krzycze, lece pryndko, mówie: Oj Boże ta Madzia się chyba udusiła. Ale nic się nie stało. Toto leciało i tak zwijało się, zwijało i tako trąba leciała, aby pisgało wszystko"[8]
Można jednak było takiego diabła wirującego odpędzić. Zwykle wystarczyło przeżegnać się, lub wezwać Boga; mówiono "Jezu, Maryja Ratujcie!", inna formułka brzmiała ""Wiatereczku kochany leć tam, gdzie złe pany". Można było wreszcie zaszkodzić diabłowi czyniąc mu krzywdę, zatem rzucano w wiry widłami, grabiami, kamieniami, nożami... Zwykle po zaniknięciu wiru miano znajdować na ziemi plamę krwi, choć w niektórych opowieściach rzucony nóż zwracał mężczyzna ze świeżą blizną. [6] Z kolei we wsi Włosłów mówiono, że jeśli rzucić w wir święcone jajko, to się tego diabła wewnątrz zabije - ciekawe tylko kto zwykł nosić przy sobie taki ładunek? [9]
Wyjątkowo ładny wir z Norwegii

Opisane warunki powstania takich zawirowań, mogą zaistnieć też i w innych sytuacjach, wywołując zjawiska podobne. Bardzo silne zawirowania powstają niekiedy w ogniu wielkich pożarów. To tak zwane tornado ogniowe (Firenado), może wyrywać drzewa, rzucać ludźmi a przede wszystkim przenosić pożar na większe odległości. Opisywano wiry ogniste, które podczas burzy ognia w zbombardowanym przez amerykanów niemieckim mieście Drezno w 1945 roku, niszczyły budynki i wrzucały ludzi w płomienie. Wir powietrzny powstać może również nad śniegiem, będąc nazywany diabłem śniegowym (Snow Devil). Inne wiry powstają w mglistych oparach pojawiających nad dużymi zbiornikami wodnymi wieczorem wraz z obniżeniem temperatury, nazywane Steam Devil lub Fognado . Podobne, krótkotrwałe zawirowania powstają w kłębach pary ulatniającej się z kominów dużych elektrociepłowni - sam obserwowałem kiedyś, jak przy dwudziestostopniowym mrozie z komina pobliskiej ciepłowni wysunął się cienki, szybko wirujący wąż pary, sięgający kilku metrów w dal.

W którymś z następnych artykułów może opiszę i inne ciekawe przypadki takich zjawisk.

-----
[1] http://www.ro.com.pl/aktualnosci/tresc/2452/Traba_powietrzna_nad_Jeziorem_Nidzkim/
[2] http://www.asylum.co.uk/2011/05/17/bouncy-castle-tossed-into-the-air-by-dust-devil-injures-six/
[3] http://trib.com/news/local/article_4110c8cd-9301-506d-87b4-b42efd543e00.html
[4] http://www4.ncdc.noaa.gov/cgi-win/wwcgi.dll?wwevent~ShowEvent~499035
[5] http://australiasevereweather.com/storm_news/1996/docs/9611-03.htm
[6] Kurjer Warszawski, Nr. 120. Poniedziałek 20 Maja. r: 1822. ,EBUW Warszawa
[7] Świat topielców i rusałek, Bohdan Baranowski
[8] Piotr Lasota, Ludowa wizja postrzegania rzeczywistości w świetle historii mówionej, s.37 Biblioteka Teatr NN
[9]R. KOSEŁA. Świat nadprzyrodzony Włosłowa. PBC Rzeszów

* http://en.wikipedia.org/wiki/Dust_devil