niedziela, 28 grudnia 2014

Ktoś żartuje a ktoś kręci

Dawno już tu nie opisywałem naukowych wpadek portali, tymczasem na jednym z nich mi się nazbierało wątpliwych punktów.

Jak opisuje dziś portal Twoja Pogoda, po internecie krąży fałszywe ostrzeżenie NASA, przestrzegające przed efektem "grawitacyjnego wyrównania" i chwilowego zaniku grawitacji na Ziemi. Jak łatwo się domyśleć, jest to hoax mający tylko nakręcić klikalność. Wie zresztą o tym sam, portal, tytułując artykuł "4 stycznia na Ziemi zaniknie grawitacja? NASA ostrzega" zamiast "Zaniknie grawitacja? Kolejna mistyfikacja".

Zresztą, oddajmy głos TP. Najpierw informacja:

Tydzień ciemności, którego mieliśmy doświadczyć tuż przed świętami, skończył się fiaskiem, a już media społecznościowe obiegła kolejna mrożąca krew w żyłach wiadomość. Tym razem mamy utracić swoją naturalną wagę, a to za sprawą pewnego, nie do końca poznanego zjawiska.
Jest nim wzajemne oddziaływanie grawitacyjne Plutona i Jowisza. Oba ciała niebieskie wraz z Ziemią mają się znaleźć na jednej linii w dniu 4 stycznia 2015 roku o godzinie 18:47 czasu polskiego (9:47 rano czasu pacyficznego). Ma to ponoć doprowadzić do zaniku grawitacji i wytworzenia się tzw. mikrograwitacji, którą znamy chociażby z pokładu Stacji Kosmicznej.
Tak wieści wpis na Twitterze, który miała opublikować NASA. Oczywiście wpis okazał się być spreparowany, bo żadnej takiej wiadomości NASA nigdy nie zamieściła.(...) Nie wiadomo też dokładnie, jak miałby wyglądać owy fenomen. Według jednej wersji zaczęlibyśmy się, wraz z wszelkimi przedmiotami, unosić w powietrze, a według innych wersji, tylko "zrzucić" kilka kilo wagi. Oczywiście na pierwszy rzut oka brzmi to zabawnie. W rzeczywistości mikrograwitacja na Ziemi mogłaby doprowadzić do kataklizmu, bo np. budynki obracałyby się w ruinę, a ludzie unosiliby się nad ulicami, niczym baloniki wypełnione helem.
 Aha, znowu ktoś kogoś wkręca a setki internautów uwierzyło. Teraz jednak portal zaczyna demaskować historię, ujawniając ignorancję własną:
Skąd wzięła się ta ponura wizja? Otóż wymyślił ją rzekomy brytyjski astronom Patrick Moore. Jeśli rzeczywiście jest naukowcem, i w ogóle istnieje, to z pewnością wie, że siły grawitacyjne planet innych niż Ziemia, ze względu na odległość, nie mają na nas żadnego, ale to żadnego wpływu. Jakby tego było mało, to jeszcze 4 stycznia Pluton, Jowisz i Ziemia wcale nie znajdą się na jednej linii. Cała teoria trzęsie się tym samym w posadach.
Czego się tu czepiam? A no tego że wystarczy 15 sekund w Google aby sprawdzić, że Patrick Moore istnieje. I że cała historia to żart z długą brodą.

Sir Alfred Patrick Moore, lord Caldwell jest znaną postacią wśród brytyjskich popularyzatorów nauki. Nie miał formalnego wykształcenia astronomicznego, lecz interesując się tematem od dziecka, osiągnął w nim wielką biegłość. W 1953 napisał książkę o obserwacjach Księżyca, w późniejszym czasie napisał jeszcze wiele przewodników obserwacji, w tym znaną mi osobiście książkę "Niebo przez lornetkę", jednak jego największymi osiągnięciami były wykonywane wprawdzie amatorsko, lecz bardzo dokładne obserwacje.
Zbudował 12,5 calowy teleskop, i obserwował obszary księżyca położone teoretycznie po niewidocznej stronie, zauważalne czasami tylko dzięki libracji. Wśród nich znajdowało się Mare Orientale - ciemny basen uderzeniowy, widoczny jedynie jako cienka kreska na samej krawędzi w sprzyjąjących okolicznościach. W 1968 roku opisał  Przemijające Zjawiska Księżycowe - anomalie wyglądu księżyca polegające na pojawianiu się na nim jasnych punktów lub cieni, bądź krótkotrwałe zmiany barwy pewnych obszarów; w późniejszym czasie stworzył katalog takich obserwacji.

Od 1957 roku prowadził comiesięczny program telewizyjny o astronomii The Sky at Night, nadawany aż do roku 2013 w którym umarł. Tym samym stał się najdłużej pracującym prezenterem telewizyjnym w historii i postacią najbardziej kojarzoną z astronomią w Wielkiej Brytanii.
I dlatego też mógł sobie pozwolić na pewien astronomiczny żart.

Podczas primaaprilisowej audycji w radiu BBC w 1976 roku ogłosił, ze tego dnia w wyniku koniunkcji Jowisza i Plutona, o godzinie 9:49 na chwilkę osłabnie grawitacja. Wielu słuchaczy dzwoniło tego dnia do studia donosząc o zauważonym spadku wagi, czy nawet unoszeniu się w powietrzu, co bywa czasem przedstawiana na dowód tego, jak bardzo ludzi może ogłupić sugestia i media. W rzeczywistości żartobliwy charakter miała zarówno audycja jak i telefony od słuchaczy.

Jak łatwo jest wam teraz zauważyć, tegoroczny hoax to po prostu powtórzenie tamtego żartu. Moim zdaniem miał to być w zamierzeniu twórców dowcip wyśmiewający apokaliptycznych panikarzy (apokalipaników), zawsze skłonnych uwierzyć w katastrofalną wieść z internetu.
I tylko zastanawia, czemu Twoja Pogoda uważa Patricka Moore, za postać rzekomą, która zapewne nie istnieje, skoro można to łatwo sprawdzić? I czemu nie publikuje komentarzy, zwracających ich uwagę na tą drobną pomyłkę?

Na początku grudnia TP opublikowała artykuł o przebiegunowaniu ziemskich biegunów magnetycznych, które zgodnie z badaniami może nastąpić szybciej niż sądzono. Oprócz informacji o samych badaniach i odkryciach, mamy tam standardową medialną papkę o potencjalnych zagrożeniach, jak burze magnetyczne, zwiększone promieniowanie itd. :

Już niewielki ubytek w polu magnetycznym może sprawić, że wszelkie urządzenia z nim skalibrowane będą zakłócane, z czasem stając się zupełnie bezużyteczne. Człowiek, zwierzęta i rośliny zostaną wystawieni na działalność wiatru słonecznego i promieniowania rentgenowskiego.

Ptaki, używające pola magnetycznego do nawigacji, mogą nagle "zwariować". Magnetosfera jest dla nas jak ochronny klosz, bez którego znajdziemy się dla zabójczych sił działających w kosmosie, jak na przysłowiowym talerzu.
To oznacza powolną degradację wszelkich form życia. Skutki będą odczuwalne również na orbicie, gdzie na wyrzuty materii ze Słońca będą narażone satelity.
No dobrze, możne przesadzają ze straszeniem i katastrofami, ale te rzeczy teoretycznie są możliwe. A na końcu portal strzela takiego babola:

Nie wiadomo też jak pole magnetyczne wpływa na nachylenie osi obrotu Ziemi i czy zamiana biegunów np. nie spowoduje zmiany kierunku obrotu naszej planety wokół własnej osi lub jej "przewrócenia się". Skutki tego byłyby opłakane. Podobne zjawisko mogło mieć miejsce na Wenus, która wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia.
U sąsiadujących z Ziemią planet proces zmiany pola magnetycznego był bardzo gwałtowny. Na przykład na Marsie mógł zakończyć proces tworzenia się prymitywnego życia, co miało miejsce 4 miliardy lat temu.

I w tym momencie nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać.

 Położenie ziemskich biegunów magnetycznych nie ma zupełnie związku z nachyleniem osi ziemskiej, ani z kierunkiem obrotu planety. Bieguny wędrowały sobie przez setki lat z dużą dowolnością:

A Słońce przeżywa przebiegunowanie co 11 lat a ani się nie przekręca ani nie odwraca wirowania. Mars nie ma pola magnetycznego, i nie jest to wynik jakiejś strasznej katastrofy - jest o połowę mniejszy od Ziemi i jego wnętrze w znacznym stopniu ostygło. Materiał jądra jest tylko częściowo płynny, a słaba konwekcja nie wystarcza do stworzenia pola magnetycznego. Żadnej nagłej katastrofy związanej z przebiegunowaniem nie było.
Podobnie jest z Wenus - nieco inny skład jej wnętrza z większą ilością ciężkich pierwiastków powoduje, że konwekcja we wnętrzu jest słaba, a pole magnetyczne nie występuje. Tym samym nie było biegunów których nagłe przebiegunowanie miało rzekomo przekręcić  planetę.

Powtarzając te bzdury za Patrickiem Gerylem, który opisał je w swej książce o katastrofie w roku 2012, redakcja naukowa TP strzela sobie w kolano. Niestety  komentarze zwracające na to uwagę, nie są publikowane.

środa, 17 grudnia 2014

1929 - Morderstwo rodziny w Pieruszycach

Historia straszna i smutna:
STRASZNE MORDERSTWO. W nocy z I-go na 2-go bm. w Pieruszycach pow. Pleszewskiego 25-letni Czesław Konieczny zamordował podczas snu siekierą matkę swoją Mariannę, lat 49, oraz braci 22-letniego Michała, 26-letniego Jana, 15-letniego Stefana, siostrę Marję lat 18 i Leokadję lat 7, - ponadto zranił ciężko brata Stanisława lat 20, który zmarł w szpitalu.

Sprawcę ujęto i osadzono w areszcie sądowym. Jak ustalono dotychczas, powodem morderstwa były nieporozumienia rodzinne, a mianowicie: rodzina nie zgadzała się na zawarcie związku małżeńskiego.
Nie okazujący skruchy morderca, zaskoczony nagłem przytrzymaniem przez psa policyjnego, przyznał się do zbrodni. Z niezwykłym cynizmem opisał on szczegółowo poszczególne momenty mordu a wkrótce przy poszukiwaniu narzędzia zbrodni znaleziono pokrwawioną siekierę, ukrytą przez mordercę w głębokiej
studni.
Zwłoki zamordowanych zmasakrowane są w sposób potworny. Starsza siostra ma odcięte ramię i poranioną głowę. Inne ofiary miały czaszki i gardła przerąbane silnemi uderzeniami siekierą.
W poniedziałek przeprowadzono na miejscu wizję lokalną sądowo-lekarską. Z władz byli obecni sędzia Cieluch i sędzia Niedzielski z Pleszewa, sędzia Ostrowski z Ostrowa, dwóch podprokuratorów oraz lekarz dr. Michalski.
[Orędownik Wrzesiński 6 grudnia 1929]
Mordercę skazano na śmierć. Wyrok wykonano w lipcu 1930 roku.

piątek, 5 grudnia 2014

Kolejne próby z balansowaniem kamieni

Jak to już opisywałem, bawię się czasem a układanie kamieni. Ostatnio w chłody raczej nie robię tego na dworze, ale w domu, w mniejszej skali bardzo chętnie:













Każdy z nich w końcu się rozsypuje, ale dopóki trwa, dopóty jest ciekawie.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Plaga plagiatów

Ach te plagiaty. Wrzód na obliczu literatury.

Zaczęło się parę dni temu od historii plagiatu z bloga, ale gdy zacząłem grzebać w temacie, byłem zaskoczony jak wiele podobnych spraw miało ostatnio miejsce.

Wojenka z Belloną
Na początek wpis z bloga Akrylove zapiski Leithy, gdzie autorka opisuje swoją batalię z wydawnictwem Bellona, które wydało w zeszłym roku książkę Yakuza: Bliźniacza krew (Romaniuk Agata)
Otóż jak się okazuje, powieść Agaty Romaniuk jest plagiatem z bloga "Niko Sasuke", prowadzonego przez kilka lat przez Leithę. Plagiatem bardzo bezczelnym, bo polegającym na zmianie drobnych szczegółów i nawiązań do mangi, z dopisaniem własnego zakończenia, którego opowiadanie kontynuowane na blogu od siedmiu lat nie ma. [1]
Leitha opisuje sprawę sądową toczącą się z oskarżenia publicznego, zakończoną ostatecznie potwierdzeniem zarzutu naruszenia praw autorskich ale też odstąpieniem od ukarania sprawczyni, ze względu na jej niepełnoletność. Samo wydawnictwo tłumaczyło blogerce, że nie mogli sprawdzić autentyczności książki, bo wydają 300 książek rocznie i nie mają na to czasu.

Sprawa więc na razie wygląda tak, że prawowitej autorce pozostaje wytoczyć sprawę z oskarżenia cywilnego, na którą jednak nie ma pieniędzy.
Wydawnictwo Bellona już w zeszłym roku opublikowało trójzdaniowe przeprosiny, bardzo niepozorne i trudne do odnalezienia, zarazem nie poczuwając się do żadnych innych działań - sprawa się toczyła i skończyła się potwierdzeniem plagiatu, a książka nadal była dostępna w księgarni wydawnictwa.
Po wpisie Leithy czytelnicy bloga starali się rozpropagować informację o plagiacie gdzie się da - w miejscach gdzie wcześniej recenzowano książkę, na wykopie, na profilach facebookowych grup czytelniczych i wreszcie w listach i komentarzach wysyłanych do wydawnictwa. Przyniosło to wreszcie skutek - kilka dni temu Bellona opublikowała na swoim profilu przeprosiny, przy okazji przypominając o tamtych zeszłorocznych przeprosinach (jakby to załatwiało sprawę), oraz wycofując książkę ze swojej księgarni internetowej. [2]

Propozycji czy zamierzają z tą sprawą zrobić coś więcej, na razie brak.

Życie elit wydawniczych
Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsza taka sprawa w Bellonie - w 2012 roku okazało się że książka Pojedynki w Polsce (Golec Michał) jest plagiatem klasycznej pozycji Pojedynki (Szyndler Bartłomiej). Gdy zaskoczony odkryciem historyk wysłał list w tej sprawie do wydawnictwa, Bellona odpisała że... wydają co roku 300 książek i nie mają czasu sprawdzać oryginalności.

Z kolei w 2011 roku plagiatem okazała się książka Bellony Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej (Koper Sławomir) kopiująca tekst i ilustracje z książki Magdalena, córka Kossaka: Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec .[3]
Obie te sprawy skończyły się przeprosinami i ugodą sądową. [4] Choć zarazem obie są jeszcze dostępne w księgarni wydawnictwa.

Ciekawe co by było gdyby czytelnicy zaczęli pomagać Bellonie i sprawdzać, czy przypadkiem tych plagiatów nie jest w tym wydawnictwie więcej? Skoro w ogóle tego nie sprawdzają bo za dużo wydają, można mieć podejrzenia że że zdarzają się wydawnictwu przynajmniej kilka rocznie.

Kabaret w ciemności
Jednak zbyt daleko idące zapożyczenia zdarzają się też w tekstach publicystycznych. Jeden z takich przypadków ostatnio prześledziłem.

Po ukazaniu się nie tak dawno książki Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce (Kałużyński Wojciech) autorka bloga Zwierz Popkulturalny, opublikowała artykuł w którym zauważa podejrzane podobieństwo treści rzeczonego opracowania, do znanej pozycji Historia kina polskiego (Lubelski Tadeusz). W zasadzie, w jej opinii, książka Kałużyńskiego to w większości streszczenie książki Lubelskiego. Wprawdzie książka ta jest wymieniona wśród źródeł, lecz porównując obie, blogerka stwierdziła że Kałużyński w zasadzie tylko parafrazował poprzednika, liczne zdania pozostawiając w niezmienionej postaci.

" Kałużyński stosuje ciekawą metodę – od Lubleskiego pożyczył właściwie wszystko. Strukturę narracji (kolejne akapity książki odpowiadają kolejnym rozdziałom czy podrozdziałom książki Lubelskiego), dobór cytatów (które co ciekawe niekiedy streszcza własnymi słowami), dobór przykładów, oraz całe poszczególne zdania. Nie waha się przytaczać tych samych anegdot, tych samych wypowiedzi. W tej samej kolejności. Oczywiście niekiedy zdania są poddawane pewnym modyfikacjom, czasem Kałużyński opuszcza całe ustępy pracy Lubelskiego (wszak to bryk!), niekiedy zaś bawi się w specyficzny głuchy telefon, przytaczając bez przypisu coś co wcześniej Lubelski przytoczył w przypisie. W ten sposób potraktowany został np. cytat z badaczki Małgorzaty Henrykowskiej.
Chciałabym napisać coś błyskotliwego o tym plagiacie ale nie mogę. Bo to też najmniej błyskotliwy plagiat jaki widziałam. Co więcej jestem przekonana, że nie tylko z książki Tadeusza Lubleskiego. Skąd to wiem? Ponieważ na to że coś z książką jest nie tak natknęłam się znajdując u Kałużyńskiego dokładnie takie samo zdanie jak w książce Stanisława Kopra – tylko że nie w dziale poświęconym kinematografii a teatrom dwudziestolecia. Nie badałam jednak sprawy dalej ponieważ nie jestem w posiadaniu książki źródłowej (nie oskarżam Kopra o plagiat ale mniemam że on też korzystał z jakiegoś opracowania)." [5]

Tak wyrażone zarzuty nie robiłyby żadnego wrażenia, gdyby nie podane przykłady:

* „ Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego, wyświetlanej właśnie w Galicji – udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu, rekomendowanemu przez słynnego aktora Józefa Kotarbińskiego” (Lubelski s. 36)

* „Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony ponoć powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego– udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu” (Kałużyński s. 22)

albo też:

* „Zanim w 1917 roku wyjechała na stałe za granicę, gdzie w Niemczech, a następnie w Stanach Zjednoczonych zdobyła status wielkiej gwiazdy kina niemego, wystąpiła w ośmiu filmach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała jeden typ: kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłów (1914) Jana Pawłowskiego , będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917), jedynym ocalałym filmie z jej udziałem z tego okresu – ginęła w finale, mordowana przez zazdrosnego apasza, dawnego kochanka, w Żonie (1915) sama po zdradzie męża odbierała sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską część kariery Poli Negrii” (Lubelski s. 37/38)

* „ Zanim w 1917 roku wyjechała z Polski, by święcić triumfy w Niemczech a później w Hollywood, wystąpiła w ośmiu obrazach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała typ kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłow (1914) Jana Pawłowskiego, będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917) ginie w finale, mordowana przez zazdrosnych kochanków. W Żonie (1915) po zdradzie męża odbiera sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską karierę Poli Negi” (Kałużyński s. 26)
Czy to możliwe że znany autor popełnił taką wtopę? (a wydawnictwo PWN nie zauważyło ?) Cóż. Z tego co wiem to nie jedyny taki zarzut w jego karierze.

 Bloger ukrywający się pod pseudonimem Ebenezer Rojt od kilku lat prowadzi bloga Kompromitacje, skupiającego się na błędach i pomyłkach ludzi pióra. W kolejnych artykułach zagłębia się w takie rzeczy, jak cytowane przez Trumana Capote powiedzenie Matki Teresy z Kalkuty, który w rzeczywistości nie padło z jej ust, czy śledzenie przekłamań cytatów z Miłosza w demaskatorskich artykułach Łysiaka.
W niedawnym wpisie opisuje jak czytając książkę Pół życia w ciemności: Biografia Zygmunta Kałużyńskiego (Kałużyński Wojciech) zauważył w jednym z rozdziałów zaskakujące podobieństwo do artykułu, jaki sam opublikował dwa lata temu.
W zasadzie wyglądało to tak, iż w części na temat książki Zygmunta Kałużyńskiego "Podróż na zachód" drugi Kałużyński, bo Wojciech, skopiował od blogera wszystkie uwagi na temat błędów i przekłamań w opisach filmów, oczywiście nie zaznaczając tego w żaden sposób.

" A tak znów muszę powtórzyć, że Wojciech Kałużyński zerżnął ode mnie zarówno moją dość pracochłonną analizę książek Tyrmanda i Blesha, jak i płynący z niej wniosek oraz przypisy. Ale też znów miał pecha ze swoją "inwencją", bo rozbijając kradziony cytat z książki Mariusza Urbanka (której pewnie nie widział na oczy) pierwszą część tego cytatu na wyczucie przypisał do strony 160, a drugą do strony 161. No i tu się przejechał, bo pierwsza część cytatu z Urbanka w rzeczywistości też ciągnie się aż do strony 161.
To wprawdzie drobiazg, ale ponieważ takich drobiazgów jest w tej książce znacznie więcej, ma ona pod względem faktograficznym wartość pospiesznie skleconej na kolanie chałtury. " [6]

Szukając w internecie komentarzy do sprawy, natknąłem się jeszcze na informację o artykule Kałużyńskiego "Homo eroticus na miarę czasów", który ukazał się w Przekroju w lutym 2012. W maju redakcja Przekroju wydała przeprosiny, w związku z zauważonymi w tym artykule daleko posuniętymi zapożyczeniami z artykułu Anny Tatarskiej, jaki ukarał się na wp.pl w grudniu poprzedniego roku.
[7]
Więc tak to jest z tym poważnym krytykiem filmowym.

Pokusińska
Innym takim znanym przykładem jest zamieszanie wokół książki podróżniczej Georgialiki: Książka pakosińsko-gruzińska (Pakosińska Katarzyna), co do której wyszło na jaw iż zawiera rozległe i wielokrotne zapożyczenia tekstu z bloga Oblicza Gruzji, z artykułów na Wikipedii, czy artykułów na Przeglądzie Prawosławnym, obejmujące skopiowanie bez zmian całych stron.[8] Ostatnia informacja od Paskala pochodzi z lutego, iż stwierdzili naruszenia i teraz badają tą sprawę.


Od paru lat Wroński publikuje w Przeglądzie Akademickim artykuły o plagiatach w tekstach naukowych. Mam wrażenie że przydałoby się miejsce gdzie mogłyby być publikowane informacje o plagiatach literackich. A wygląda na to, że wraz z upowszechnieniem samowydawniczości może takich spraw zachodzić coraz więcej.

-----------
[1] http://akrylove.blogspot.com/2014/10/breakin-law.html
[2] https://www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona?hc_location=timeline
[3] https://forumakademickie.pl/fa/2012/04/napisane-bez-honoru/
[4] https://forumakademickie.pl/fa/2013/03/moralny-upadek-recenzenta/
[5] http://zpopk.pl/jedna-ksiazka-w-cenie-dwoch-czyli-zwierz-na-tropie-plagiatu.html#ixzz3JuopXiQ7
[6] http://kompromitacje.blogspot.com/2014/05/kaluzynski-plagiatuje-rojta.html
[7] http://sweet-rush.tumblr.com/post/23441791616/veni-vidi-vici-vol-1-absolutna-powaga
[8] http://natemat.pl/88849,co-druga-strona-w-ksiazce-katarzyny-pakosinskiej-zawiera-splagiatowane-fragmenty-podroznik-na-wojnie-z-wydawnictwem

wtorek, 18 listopada 2014

Gorączka krwotoczna w Polsce

Panikarskie doniesienia medialne wywołują w nas ostatnio coraz większy niepokój. Czy groźna, egzotyczna choroba dotrze do kraju? Czy będzie się szerzyć? Niepewnych sytuacji można uspokoić, że komunikacja naszego kraju z Afryką jest bardzo mała, a odmienny od afrykańskiego nawyk higieniczny nie sprzyja roznoszeniu choroby w naszych warunkach, zwłaszcza w sezonie chłodnym, gdy ludzie ubierają się szczelnie i noszą rękawiczki.
Natomiast gorączka krwotoczna w Polsce już jest obecna, tylko inna...

Wypadałoby objaśnić na sam początek, że nie ma takiej choroby jak "gorączka krwotoczna". Jest to mniej więcej taki sam nieścisły termin jak "sepsa" dotyczy bowiem zespołu objawów będących szczególną formą choroby, nie jest natomiast chorobą osobną. Nie można zarazić się sepsą, ani zaszczepić się na nią - można natomiast zaszczepić się na bakterie które w szczególnym przypadku w ciężkiej formie infekcji mogą wywołać sepsę.
Gorączka krwotoczna jest szczególną, ciężką formą infekcji wirusowej, w której następuje wzmożona przepuszczalność naczyń krwionośnych oraz zaburzenia krzepliwości, a więc bądź jej obniżenie bądź pojawienie się skrzepów w wielu miejscach. Objawem tego są martwice, krwawienia wewnętrzne i wybroczyny skórne, czasem także krwawienia zewnętrzne z naturalnych otworów ciała. Niektóre wirusy wywołują objawy dotyczące pewnych organów, jak płucny zespół krwotoczny, gdzie następuje obrzęk płuc, bądź nerkowy zespół krwotoczny, gdzie następuje uszkodzenie nerek.

Istnieje kilka grup wirusów wywołujących gorączki krwotoczne. Flawiwirusy to dość rozpowszechniona grupa wirusów, przenoszonych przez owady. Najbardziej znany i najczęściej występujący wirus z tej rodziny, mogący wywoływać gorączkę krwotoczną, jest wirus żółtej febry roznoszony przez owady. Objawy krwotoczne występują u 15% zakażonych i obejmują krwawe wymioty. Innym wirusem z tej grupy jest Gorączka Zachodniego Nilu wywołująca zapalenie mózgu, choć tutaj zespól krwotoczny jest raczej rzadki. Bardzo groźna jest też Denga, choć i tam zespól krwotoczny jest rzadki, częściej występując u ludzi zakażonych powtórnie innym szczepem; co roku zabija około 25 tysięcy ludzi na całym świecie. Na Syberii występuje jeszcze Omska gorączka krwotoczna, przenoszona przez nornice, ze śmiertelnością około 5-10%.

Filowirusy to mała, ale wyjątkowo groźna grupa, do której należą wirusy Ebola i Marburg. Ich rezerwuarem są prawdopodobnie małpy i owocożerne nietoperze, zaś większość epidemii miała swój początek od kontaktu z tymi zwierzętami. Ebola wydaje się być endemiczna dla środkowej Afryki, gdzie została po raz pierwszy wykryta i gdzie w ciągu ostatnich czterdziestu lat wywołała kilkanaście małych epidemii. Obecna, rozprzestrzeniająca się na ościenne kraje, jest wyraźnym znakiem, że nie docenialiśmy potencjału tej choroby. Wirus Marburg natomiast po raz pierwszy został wykryty w Europie, gdzie zawleczono go z małpami, rodzimie występuje natomiast w środkowej Afryce.

Rodzina Hantawirusów to obszerna grupa podobnych wirusów roznoszonych przez zwierzęta. Pierwszy raz wykryto je w Południowej Korei, badając przyczynę zachorowań wśród żołnierzy biorących udział w wojnie koreańskiej. Ponad trzy tysiące żołnierzy doznało nagłej gorączki, uogólnionego szoku i krwotocznego zespołu nerkowego. 10% z nich umarło. W 1976 roku udało się zidentyfikować jako winowajcę wirusa żyjącego zwykle w płucach myszy nornicy. Został nazwany hantawirusem od nazwy rzeki Hantan, w którym stwierdzono jego występowanie. Szybko zaczęto kojarzyć szereg podobnych chorób.

Hantawirusy żyją najczęściej w drobnych gryzoniach, jak nornice, myszy, szczuty czy wiewiórki. Zakażenie odbywa się najczęściej przez kontakt z odchodami, czy to świeżymi, czy też z pyłem zawierającym cząstki wysuszonych odchodów, dlatego zachorowania mogą pojawić się na przykład w wyniku zamiatania kurzu w budynku niedaleko lasu. Większość z nich nie jest szczególnie groźna - dużą śmiertelność rzędu 20% wywoływał wirus gorączki koreańskiej, czyli wspomniany wirus Hanta. Groźny był także wykryty w Stanach Zjednoczonych wirus Sin Nombre, który w 1993 roku wywołał małą epidemię w rezerwacie Indian Navajo, powodując obrzęk płuc. Początkowo śmiertelność szacowano na 50%, ale przesiewowe badania pozwalające wykryć zachorowania bezobjawowe zmniejszyły ją do 35%.
Może być pewnym zaskoczeniem informacja, że trzeci najgroźniejszy gatunek hantawirusa występuje w Europie - to tak zwany wirus Dobrava wyizolowany po raz pierwszy z myszy na Słowacji, sporadycznie pojawiający się na Bałkanach. Występuje rzadko, ale ma śmiertelność dochodzącą do 12%.

Cały szereg hantawirusów występuje na Syberii, przykładem wirusy Amur, Chabrowsk, wiele innych pojawia się w środkowej Azji, pojedyncze w Ameryce Pólnocnej i Południowej, jeden w Afryce.
W Europie występuje kilka rodzimych wirusów mogących wywołać groźne objawy. Oprócz wymienionego rzadkiego wirusa Dobrava, na uwagę zasługuje wykryty w Finlandii wirus Puumala.  Jego rezerwuarem jest nornica ruda. Najczęściej występuje w Skandynawii, częściowo w krajach bałtyckich a także w europie środkowej. Większość zachorowań przebiega bezobjawowo, czasem przypominają tylko zwykłą grypę. U części chorych wywołują jednak uszkodzenie nerek i krwawienia o dużym nasileniu, co w około 0,5% przypadków może kończyć się śmiercią. Tego typu nefropatie zakaźne wywołuje też wirus Saaremaa, po raz pierwszy wykryty na Słowacji, który wywołał zachorowania w Finlandii. W jego przypadku ryzyko śmierci z powodu gorączki krwotocznej to 0,1%.

Pojedyncze zachorowania wywoływane tymi dwoma wirusami notowano w całej Europie z wyjątkiem Polski, co przypisywano raczej słabej diagnostyce niż nieobecności czynnika chorobowego. W ostatnich latach to pierwsze przypuszczenie okazało się trafne.
W maju 2004 do szpitala trafia 40-letnia kobieta z małej wsi na Podkarpaciu, z wysoką gorączką, białkmoczem i krwiomoczem, oraz niewydolnością nerek. Zakażenie bakteryjne bądź uszkodzenie mechaniczne zostało wykluczone. Ponieważ z wywiadu wynikało, że niedługo przed zachorowaniem sprzątała stodołę, stojącą niedaleko lasu, zaś jej mąż potwierdził że często w stodole pojawiała się nornica ruda, wykonano badanie na obecność przeciwciał przeciw wirusowi Puumala, które dało wynik dodatni. Był to pierwszy wykryty przypadek zachorowania wywołanego tym czynnikiem, zwracającym uwagę, iż powinno się brać go pod uwagę w diagnostyce. W kolejnych latach choć zdarzyło się kilka podejrzanych przypadków, badań serologicznych nie wykonywano.

Następne zachorowania nastąpiły w 2007 roku i przybrały postać małej epidemii. Pierwszy przypadek miał miejsce wiosną w powiecie Dębickim, kolejnych 12 zdarzyło się w powiecie sanockim między wrześniem a grudniem, pojedyncze w sąsiednich powiatach, łącznie 19 przypadków. Wszystkie te osoby miały kontakt z kurzem i pyłem mogącym zawierać odchody nornicy rudej - u jednych wiązało się to z zamiataniem budynków gospodarczych, u innych ze zbieraniem chrustu. Dokładne badania wskazały że część przypadków dotyczyła wirusa Puumala, a część z wirusa Dobrava, przy czym zachorowania na ten drugi miały cięższy przebieg. U wszystkich tych osób po grypopodobnej fazie z wysoką gorączką, pojawiał się białkomocz i krwiomocz, niewydolność nerek u niektórych wymagająca dializowania, u jednej osoby niewydolność stała się przewlekła. Stan chorych oceniono jako ciężki lub poważny, tylko u kilku jako lekki. Ostatecznie jednak nie zanotowano żadnego zgonu.
W następnych latach zdarzało się po kilka zachorowań, znów na Podkarpaciu, będącym najwyraźniej obszarem endemicznym, zaś dla badaczy jasne stało się, że tamta epidemia nie była nagłym wzrostem zachorowań - po prostu od 2007 roku w przypadkach niewydolności nerek o nieznanej etiologii, zaczęto badać także przeciwciała przeciw-hantawirusowe, i stąd zaczęliśmy wiedzieć o tym, że zachorowania zachodzą.[1]

Ponieważ większość zachorowań na wymienione wirusy przebiega łagodnie lub bezobjawowo, albo z objawami przypominającymi grypę, prawdopodobne wydawało się, że zakażenie przeszło nieświadomie znacznie więcej osób, zaczęto zatem wykonywać przesiewowe badania u osób szczególnie narażonych, a więc u pracowników leśnych, osób pracujących z drobnymi gryzoniami i u osób mających podobne objawy ale dotychczas nie diagnozowanych.
W jednym z takich badań po zbadaniu w latach 2007-2009 94 osób bądź mających objawy podobne do zakaźnej nefropatii, bądź osób z ich otoczenia, bądź osób które miały podejrzane zachorowania w okresie gdy nie badano tego wirusa, wykryto przeciwciała u 21 osób [1]
W innym badaniu po spośród grupy 76 zoologów pracujących z drobnymi gryzoniami, przeciwciała znaleziono u 15. [2]
W kolejnym wykorzystano próbki surowicy oddawane przez leśników w ramach badań na boreliozę, wykrywając przeciwciała u 3 z Roztocza i u jednego z nadleśnictwa Puławy, pokazując że wirusy występują też bardziej na północ. [3]
Najnowszą sprawą było wykrycie w 2013 roku wirusa Puumala u nornic badanych w Instytucie Nauk o Środowisku w UJ w Krakowie. Przeciwciała świadczące o bezobjawowym przybyciu zakażenia wykryto u kilkunastu pracowników, u dwóch pojawiły się lekkie objawy grypopodobne. [4]

Zatem można z całą pewnością stwierdzić, że wirusy mogące wywołać zespół krwotoczny, występują w Polsce. Mała ilość badań nie pozwala dokładnie ocenić częstości występowania, ale zdają się koncentrować na Podkarpaciu. Ponieważ dopiero od niedawna badana jest ich obecność, bardzo możliwe że w przeszłości nastąpiło wiele zachorowań u leśników bądź rolników mających swe domy w pobliżu lasów, ale nie zostały rozpoznane jako wirusowe i pozostały "nefropatią o nieustalonych przyczynach". Może nawet kiedyś nastąpił z tego powodu zgon.
Hantawirusy Puumala i Dobrava na szczęście nie są przenoszone z człowieka na człowieka, nie mają więc potencjału rozprzestrzeniania się. Zachorowania występują głównie u osób narażonych na kontakt z gryzoniami lub ich odchodami, stanowią więc w pewnym stopniu ryzyko zawodowe.
-----------
* http://en.wikipedia.org/wiki/Viral_hemorrhagic_fever
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantavirus
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantavirus_hemorrhagic_fever_with_renal_syndrome
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantaan_River_virus
 
[1] Praca zbiorowa, Środowiskowe i epidemiologiczne uwarunkowania infekcji hantawirusowej (Gorączki krwotocznej z zespołem nerkowym – HFRS) w województwie podkarpackim – pierwszej w Polsce epidemii 2007–2008 roku – oraz zachorowań endemicznych, PMUR, Rzeszów 2009, 2
[2] M. Sadkowska-Todys, w. Gut et al.,  Ocena problemu występowania zakaże u ludzi hantawirusami na terenie Polski, ze szczególnym uwzględnieniem wirusa Puumula,  Przegl Epidemiol. 2007; 61: 497 - 503
[3] J.P. Knap et al.,Obecność przeciwciał anty-hantawirusowych u leśników Roztoczańskiego Parku narodowego i nadleśnictwa Puławy (makroregion lubelski). Doniesienie wstępne., Medycyna Ogólna, 2010, 16, (XLV), 2
[4] http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/3231476,grozny-wirus-w-laboratorium-na-kampusie-uj,id,t.html?cookie=1

piątek, 31 października 2014

Straszne historie z dawnej prasy

W ramach świętowania Halloween katalog zdarzeń autentycznych, lecz zdecydowanie nietypowych. Będzie o ożywionych nieboszczykach, zbyt szybkim pogrzebie i rzeźni w grobowcu

Pomylony z nieboszczykiem
Warszawa. W szpitalu żydowskim na Czystem zdarzył się onegdaj zabawny wypadek. Według zeznań wiarygodnych świadków, sprawa przedstawia się w sposób następujący:
Miody lekarz wspomnianego szpitala p. K. po całodziennej uciążliwej pracy postanowił, korzystając z kilka chwil wolnych, uciąć sobie krótką drzemkę. Korzystając z tego, iż parę pokoi szpitalnych było niezajętych udał się do jednego z nich i ogarnięty sennością rzucił się momentalnie w otwarte ramiona bożka Morfeusza. Młody eskulap nie spostrzegł przytem, iż na sąsiednim łóżku, oddalonym od niego o parę metrów, leży długi białym prześcieradłem okryty kształt do złudzenia przypominający nieboszczyka. To przeoczenie srodze się na nim zemściło.
Oto w godzinach rannych do pokoju wkroczyło dwóch czarno ubranych panów, którzy podszedłszy do uśpionego lekarza, okryli go prześcieradłem i złożywszy na noszach wynieśli z pokoju. Gdy ponury orszak znajdował się na schodach szpitalnych, nosze potrącone o poręcz schodów upadły na ziemię, a uszu przerażonych grabarzy doszedł niewyraźny bełkot: "Co to za głupie kawały".
W jednym momencie obaj niefortunni grabarze runęli na ziemię, a młody lekarz mamrocząc pod nosem przekleństwa zabrał się do rozcierania zbolałych członków. Omdlenie obu grabarzy było tak ciężkie, że dopiero po dwóch godzinach udało się młodemu lekarzowi przywrócić ich ,do przytomności.
Nieroztropny eskulap postanowił odtąd zawsze patrzeć na łóżko, które sąsiaduje z jego nocną łożnicą. [1]
Rzeźnia w grobowcu
WARSZAWA (Rzeźnia w grobie). W grobie rodzinnym Paulinków w Skolimowie odkryto potajemną rzeźnię. Grób ten należy do rodziny szanowanych obywateli z Skolimowa. Przed kilku miesiącami pochowany był tam długoletni wójt ś.p. Paulinek. Ktoś z rodziny odwiedził grób i zauważył, Że płyta zamykająca grobowiec, jest odchylona. Wezwano dozorcę, cmentarza i, po odchyleniu płyty, stwierdzono, że we wnętrzu grobu znajdują się poćwiartowane wieprze, których jeszcze nie zdołano widocznie zabrać. Dochodzenie nie zdołało ujawnić sprawców tego ohydnego czynu. Potajemna rzeźnia w grobie na cmentarzu, to pomysł makabryczny szmuglerów nielegalnego mięsa do stolicy. [2]
Żywcem pogrzebany
Niezmiernie charakterystyczny wypadek mają do zanotowania kroniki stanisławowskie. W pobliskiej wsi Rudnik mieszkał bogaty kupiec Bekerman, który podczas Wielkiejnocy zasłabł nagle. Strapiona chorobą Bekermanowa wezwała lekarza, który stwierdził lekkie przeziębienie na tle grypy. Rozpoznanie to uspokoiło Bekermanową, okazało się jednak nietrafne, gdyż kupiec gorączkował przez trzy dni i umarł. Zwołano wprawdzie natychmiast konsyljum lekarskie, jednakowoż nie było ono w stanie stwierdzić, co było przyczyną zgonu. Bekerman zmarł w sobotę, skutkiem czego pochowano go dopiero dnia następnego.
 Bekermanową, jak sama opowiadała, przeżyła noc straszną, gdyż śnił jej się mąż, Wołając o ratunek i utrzymując, że pochowano go żywcem. Gdy po przebudzeniu Bekermanową opowiedziała sąsiadom sen, wyśmiano ją. Nie koniec jednak na tern, gdyż nocy następnej mąż śnił się znowu Bekermanowej i znowu błagał o pomoc, tłumacząc we śnie, że jeśli go zaraz nie uratuje będzie zapóźno. Tym razem Bekermanową nie poprzestała na opowiedzeniu snu, lecz udała się do kahału, prosząc o pozwolenie odkopania grobu.
 Pozwolenie to nadeszło teraz dopiero, to też dopiero w środę odkopano grób Bekermana. N a cmentarzu znalazła się w tym momencie cała ludność. To, co zobaczono, zjeżyło wszystkim włosy: Bekerman leżał skręcony, ręce miał powykrzywiane, a w ustach pełno piasku. Najwidoczniej miała miejsce w tym wypadku śmierć pozorna, czyli letarg. [3]
Łowca upiorów
Galicya
Z Samoklęsk donoszą Czasowi i następującym przykładzie grubego zabobonu w jakim jeszcze wiejski  lub galicyjski żyje:
"Owoż przed dwoma tygodniami we wsi Cieklinie, koło Dembowca, w obwodzie jasielskim grobarz, pospolicie ów przewodnik ciemnego ludu w razach krytycznych (bo przecie i pana i chłopa chowa, ociera się o księży, organistów), nagromadziwszy około siebie łaknącej cudownych wydarzeń gawiedzi, gadu gadu to o tem, to o owem, skierował swą mowę na słoty tak uporczywie trwające i takowe z miną filuterną przypisywał upiorom, który zemstą powodowani, nieszczęściami chcą nękać żyjących.
Jak zwykle, rada, a skutek jej wyrok aby nie dawno pogrzebanym, już to męzkiej, już to żeńskiej płci, jako upiorom poobcinać głowy i tym sposobem przeszkodzić dalszym checom. Gmin chętnie porywczy do podobnych wypraw, jednogłośnie przyrzekł towarzyszyć owemu grabarzowi do tej nocnej ekspedycji.
Jakoż w rzeczy samej, gdy otworzono grób, mentor owej wyprawy porobiwszy wprzód tajemnicze znaki, postawił trupa na nogach, a uderzywszy na odlew po twarzy ręką i motyką, nareszcie gdy pewnie poznał że trup jest upiorem, głowę odciął i na brzeg grobu wyrzucił, którą przytomni na drobne potrzaskali kawałki. Głowa potrzaskana należała do niedawno pogrzebanego leśniczego, który żyjąc zapewne nie przeczuwał, że mu z potrzaskaną głową wypadnie spieszyć na Józefata dolinę. Głowy zaś innych pięciu trupów jako mniej winnych, na ucięcie tylko skazano, wszystkie zaś schowano pod dach kościoła.[4]
Dobranoc.
------
[1] Dodatek to Orędownika Ostrowskiego i Odolanowskiego, 28 stycznia 1930, WBC
[2] Gazeta Szamotulska dnia 22 listopada 1934 r., WBC
[3] Gazeta Szamotulska, dnia 18 czerwca 1931 r., WBC
[4] Goniec Polski, dnia 23 października 1851, WBC

sobota, 25 października 2014

Słońce dało plamę

...i to całkiem sporą.

Plama słoneczna AR 2192, jaka pojawiła się w tym tygodniu na widocznej z ziemi stronie Słońca, osiągnęła gigantyczne rozmiary. Jej średnica jest większa od średnicy Ziemi i możliwe staje się zobaczenie jej gołym okiem (oczywiście zaopatrzonym w filtr). Można też próbować ją przydybać patrząc przez poranną mgłę lub cienką warstwę chmur, albo szkiełko spawalnicze.
To największa plama w aktualnym cyklu aktywności. Podobnie duża zdarzyła się w 2003 roku.
Więcej na temat plamy i tego co może z niej wyniknąć, na blogu Astrohawkeye.

Jako że nastała nam piękna, słoneczna i strasznie zimna pogoda, odkurzyłem teleskop, nałożyłem filtr słoneczny i... Cóż. Słońce oglądane w ten sposób jest po prostu piękne.
Na zdjęciu z przyłożenia ostrość jest może nie zupełnie dobra, ale okiem było widać wszystkie szczegóły - ziemny, gęsty środek play i promienisty "półcień'. Przez mój filtr nie było widać granulacji, ale miejscami dostrzegałem jaśniejsze filamenty. Tu jeszcze zdjęcie z mocno podkręconym kontrastem:
A tu zbliżenie na największą plamę:

Nie mogę się tu pozbyć antropomorficznego wrażenia, że słońce wystawia tu złośliwy uśmieszek, jakby nam szykowało jakąś niespodziankę. Obszar ten wyprodukował już rozbłyski. Gdyby przy okazji wyrzucił też falę zjonizowanej materii, szanse na zorzę polarną w Polsce mogłyby być duże.

Na koniec jeszcze krótki film jak to wyglądało w teleskopie:

I kadr w którym wrona konkuruje z plamą:

poniedziałek, 20 października 2014

Cząstka O Mój Boże

Jak powszechnie wiadomo, wedle ustaleń Einsteina nic nie może przekroczyć prędkości światła - nawet światło. Nieco mniej znaną rzeczą jest fakt, że o ile możemy rozpędzać różne obiekty do ogromnych prędkości, to te które posiadają masę nie mogą być rozpędzone do prędkości światła.
 Wynika to z kilku elektów relatywistycznych - zbliżanie się do prędkości światła nadaje cząstce dodatkową "masę", związaną z reprezentacją energii kinetycznej zgodnie ze słynnym wzorem mówiącym o zamianie masy na energię i energii w masę. (jest to zresztą dość specyficzna "masa" bo wywołuje tylko wzrost pędu w kierunku ruchu, a więc nie ciąży we wszystkich kierunkach, stąd określenie "masa relatywistyczna"). Wzrost masy cząstki powoduje zarazem, że aby jeszcze trochę przyspieszyć cząstkę, trzeba jej przydać większą porcję energii niż to wystarczało do poprzedniego rozpędzenia. Na dodatek wreszcie dla prędkości relatywistycznych prędkości nie zupełnie się sumują - trzeba brać jeszcze pewną poprawkę.

Wszystkie te efekty składają się na niezupełnie intuicyjną sytuację. Dla względnie niskich prędkości, aby rozpędzić ciało do pewnej prędkości, należy podziałać na nie pewną siłą i dostarczyć pewną ilość energii. Aby teraz zwiększyć jego prędkość dwa razy, należy znowu podziałać taką samą siłą, dodać kolejną taką samą porcję energii aby w efekcie ciało miało jej dwa razy więcej.
W przypadku prędkości zbliżonych do prędkości świata, to nie działa. Aby rozpędzić ciało do 0,95 C należy zwydatkować mniej energii niż jest potrzebne aby przyspieszyć je z 0,95 C do 0,99 C. Zaś aby przyspieszyć je teraz o te ułamki procenta, należy użyć jeszcze większej ilości energii. Teoretycznie dla dowolnej niezerowej masy, aby rozpędzić ją z 0 do 1 C należy użyć nieskończonej ilości energii, zaś masa relatywistyczna takiego ciała również stałaby się nieskończona.

Z tego powodu fizycy zwykle określają prędkość za pomocą energii, licząc ją w elektronowoltach eV, często też mając na uwadze wzór Einsteina i zamianę masy w energię, za pomocą energii równoważnej określają też masy cząstek. 1 eV to bardzo mała porcja energii, więc zwykle opisywane wartości są bardzo duże. Największe wartości energii uzyskiwane przez Wielki Zderzacz Bozonów przy zderzaniu dwóch wiązek cząstek, to 14 tera-elektronowoltów (14 TeV) a więc 14 bilionów eV (pojedyncze protony miały energię 7 TeV, więc przy czołowym zderzeniu dwóch takich wychodzi 14), co przekłada się na prędkość cząstek równą 0,999999991 C. To dużo. To tak wiele, że trudno sobie wyobrazić jak rozpędzić cząstki jeszcze bardziej.

Przenieśmy się teraz w inne miejsce, do Utah w Stanach Zjednaczonych, gdzie znajduje się obserwatorium badające promienie kosmiczne. Te strumienie naładowanych lub obojętnych cząstek, elektronów, protonów, cząstek alfa i nieraz także całkiem ciężkich jonów w rodzaju jądra żelaza, wpadają w ziemską atmosferę z tak dużą siłą, że zderzając się z tlenem, azotem czy argonem inicjują reakcje jądrowe. Każdy taki przypadek generuje zatem błysk promieniowania, błysk światła oraz kaskadę potomnych cząstek elementarnych, powstałych po prostu z energii zderzenia.
Pomysł wykrywania takich zdarzeń opiera się zatem na prostym założeniu - obserwujemy pewną ciemną przestrzeń i wykrywamy rozbłyski charakterystyczne dla zderzeń. Zależnie od tego jak duża była energia cząstki, rozbłysk będzie mocniejszy lub ciemniejszy. Dzięki temu można zbadać ile, jakich i jak bardzo energetycznych cząstek nadlatuje z kosmosu. Na tym też polegają obserwacje prowadzone w Utah.
Tam też 15 października 1991 roku w atmosferę wpadła cząstka wyjątkowa.

Był to w zasadzie zwyczajny proton, jądro atomu wodoru, ale rozpędzony do bardzo wysokiej prędkości. Współcześnie zbudowany, najmocniejszy Wielki Zderzacz Hadronów może nadać protonom energię 14 TeV. Cząstka która wpadła wtedy w atmosferę miała energię 300 milionów TeV. Fizyk przeglądający te wyniki, dopisał na wydruku "OMG!" stąd też używana powszechnie nazwa tej jednej, konkretnej cząstki Oh My God Particle.

Po przeliczeniu energii na prędkość wyszło, że cząstka leciała z szybkością 0,999 999 999 999 999 999 999 9951c. Różnica między prędkością światła a tej cząstki jest tak mała, że trudno by było zmierzyć ją bezpośrednio. Gdyby z tego samego punktu wysłać tą cząstkę i foton, po upływie roku światło wysunęłoby się na jedynie 46 nanometrów do przodu. Po upływie 220 tysięcy lat różnica dystansów urósłby do jednego centymetra.
To na prawdę bardzo mała różnica.

Energia kinetyczna tej drobnej cząstki odpowiada mniej więcej uderzeniu piłki tenisowej odbitej z prędkością 100 km/h.

Jakie są konsekwencje takiego zderzenia? Cóż, wprawdzie nie cała energia cząstki była dostępna w zderzeniu, ale i tak kilkadziesiąt razy przekraczała możliwości LHC. Uderzając w cząsteczkę składnika powietrza stworzyła kaskadę potomnych cząstek, z pewnością także tych rzadkich, egzotycznych, których z wytęsknieniem wypatrują fizycy. Może były tam kwarki dziwne, może różne kaony i piony, może nawet antymateria, ale też prawie na pewno powstał wtedy Bozon Higgsa.
Można wobec tego ułożyć kalambur, że aby stworzyć Boską Cząstkę należy użyć protonów tak prędkich, że o mój boże... 

Inna konsekwencja jest nieco mniej oczywista. Po zbudowaniu LHC wielu wyrażało obawy, że tworzenie nowych egzotycznych cząstek może wywołać katastrofę. Na przykład, że w cyklotronie powstanie mała czarna dziura, która wszystko wessie. Albo powstanie atom materii dziwnej, zwierającej kwark dziwny. Atom ten w zetknięciu z innymi atomami, wywoła ich przemianę także w materię dziwną, i  w efekcie w krótkim czasie cała ziemia zamieni się w luźno związaną mgiełkę dziwnej materii.
Jeśli jednak z kosmosu w atmosferę wpadają cząstki tak wysoko energetyczne jak OMG Patricle, to już sam fakt że nadal istniejemy odsuwa te obawy w niebyt.

Po tamtej obserwacji, zarejestrowano jeszcze kilkadziesiąt cząstek o podobnej energii, toteż siłą rzeczy nasuwało się dość oczywiste pytanie - a co też je tak strasznie rozpędziło?
Jedna z teorii mówi o supernowych, w których część materii jest wyrzucana z prędkościami relatywistycznymi. Jedna z ciekawszych teorii mówi o gwiazdach neutronowych. Ich zdegenerowana materia przemieszana z elektronami zachowuje się jak przewodząca ciecz o częściowych własnościach nadprzewodzących. Interakcja skrajnie silnego pola magnetycznego z szybkim obrotem, rzędu 1 obrót na 10 milisekund, generuje w tej materii fale magnetohydrodynamiczne. Ich uderzenie o powierzchnię miałoby przekazać zgromadzonej tam warstwie materii nie
zdegenerowanej wystarczająco dużo energii, aby wystrzelić pojedyncze cząstki z ogromnymi prędkościami.
Jeszcze inna wersja mówi o przyspieszaniu cząstek przez fale uderzeniowe w dżetach wytryskiwanych przez aktywne centa galaktyk, zawierające zapewne czarne dziury.

Ostatnie obserwacje ultraszybkich cząstek zidentyfikowały pewien wyróżniony kierunek -  część odnotowanych pochodziła z konkretnego obszaru na niebie o średnicy 20 stopni.[1] Dalsze obserwacje powinny pozwolić zweryfikować te dane i uściślić kierunek.

Znalezienie źródła tych cząstek jest dla fizyków ważne też z innego powodu - dzięki temu będzie można przetestować współczesny model kosmologiczny i Teorię Względności.

Wydawałoby się, że w kosmicznej próżni superszybkie cząstki nie mają żadnego oporu, bo próżnia jest próżna. W rzeczywistości jednak próżnia w kosmosie nie jest całkiem próżna, przede wszystkim wypełnia ją światło i mikrofalowe promieniowanie tła. Jak się okazuje przy tak dużych prędkościach cząstki zaczynają oddziaływać z fotonami tła, produkując piony, co zmniejsza ich energię. Oznacza to że cząstki powyżej pewnego progu energii, wynoszącego 5x10^19 eV, będą hamowane i jeśli będą leciały na dystansie dłuższym niż 160 mln lat świetlnych, to zostaną wyhamowane poniżej tego limitu. Cząstka OMG i podobne do niej znacznie przekraczają ten limit, zatem ich źródło powinno znajdować się bliżej niż 160 mln lat świetlnych od ziemi. Gdyby zaś znajdowało się znacząco dalej, to znaczyłoby że po pierwsze, coś nie tak jest z wyliczeniami limitu, a po drugie coś nie tak jest z teoriami z których limit został wywiedziony. A to byłby dla fizyków bardzo ciekawy problem.

-------
Ciekaw jestem swoją drogą jak by nazwali tą cząstkę, gdyby ją wykryli w Polsce - OŻK Particle?

*  http://en.wikipedia.org/wiki/Oh-My-God_particle
* http://en.wikipedia.org/wiki/Ultra-high-energy_cosmic_ray
* http://en.wikipedia.org/wiki/Greisen–Zatsepin–Kuzmin_limit

[1] http://news.sciencemag.org/physics/2014/07/physicists-spot-potential-source-oh-my-god-particles

środa, 1 października 2014

1932 - Ukrzyżowanie z własnej woli

Dawno nie wrzucałem tu ciekawostek z dawnej prasy. Teraz więc wklejam absolutnie niesamowitą historię:

Fanatycy religijni chcieli ukrzyżować starca

Białystok.
We wsi Grzybowszczyzna zamieszkuje niejaki Eljach Klimowicz, który w swoim czasie spieniężył cały swój majątek i wybudował cerkiew. W okolicy, wśród fanatyków, których jest sporo, Klimowicz słynie jako święty człowiek.
Onegdaj przybył do Grzybowszczyzny jakiś starzec w towarzystwie kobiety, dźwigając na plecach wielki krzyż drewniany. Na krzyżu owym, z własnej i nieprzymuszonej woli, miał być ukrzyżowany starzec, chcąc umrzeć śmiercią męczeńską, na wzór Chrystusa. Ukrzyżowanie miało się odbyć w pobliżu cerkwi, wzniesionej przez Klimowicza.

Przed cerkwią zebrał się wielki tłum fanatyków, którzy rozebrali staruszka do naga i mieli przystąpić do wbijania mu gwoździ w ciało, gdy nagle zjawił się Klimowicz który zgromił i rozpędził tłum.
Całe to zdarzenie wywołało duże wrażenie w okolicy.

[Goniec Wielkopolski , Poznań 17 grudnia 1932 r. WBC]
Chodzi o wieś Stara Grzybowszczyzna niedaleko Krynek, zaraz przy granicy. Pochodzący z niej Eljasz Klimkowicz, niepiśmienny chłop, ogłosił się w latach 20. prorokiem. Zdołał przekonać do siebie wielką grupę wyznawców. To z ich datków w 1930 roku zbudował cerkiew pod wezwaniem Narodzenia św. Jana Chrzciciela, stojącą we wsi do dziś i służącą prawosławnym. Założył też opodal osadę Wierszalin, która miała stanowić w przyszłości centrum świata, nowy Rzym, zaś pobliska dolinka miała stanowić Dolinę Józefata gdzie wyznawcy mieli przetrwać koniec świata.
W artykułach na jego temat pojawia się też opowieść o próbie ukrzyżowania samego proroka, która skończyła się bądź ucieczką bądź tym że wyznawcy nie mieli odwagi tego dokonać. Niewykluczone że jest to mocno zniekształcony przekaz powyższej historii, która miała się nieco inaczej.
Mówiono o dokonywanych przezeń cudach a przybyłym z daleka opowiadano, że cerkiew wyrosła z ziemi w jedną noc. Podobno modlono się do obrazków z jego wizerunkiem.

Wszystko skończyło się w 1939 roku, gdy proroka zaaresztowało NKWD i po oskarżeniu o działalność antysowiecką, wywieziono do łagru pod Irkuckiem.
Prawdopodobnie po wielu latach jako wyniszczony starzec wyszedł z łagru i umarł w rosyjskim przytułku dla starców.

Wieś Wierszalin została opuszczona. Widać tam jeszcze pozostałości domów wyznawców. Dom proroka dobrze się zachował - najpierw mieszkali tam dawni wyznawcy, potem używało go nadleśnictwo, nie wiem czy nie zrobią tam jakiegoś muzeum.
---------
* http://www.zielonewrota.pl/index.php?art=2743&k=59&p=50
* http://www.mapakultury.pl/art,pl,mapa-kultury,95829.html

niedziela, 28 września 2014

Książki 44

Zainspirowany popularną ostatnio zabawą w tworzenie list najulubieńszych książek, postanowiłem stworzyć podobną. Jednak gdy zacząłem sobie przypominać tytuły, zdałem sobie sprawę, że musi  być obszerniejsza. Przyjąłem więc, że lista będzie gromadziła książki z jednej strony "bardzo dobre, godne polecenia" a z drugiej "mające wpływ, skłaniające do zastanowienia". Dla autorów których wiele książek mi się podoba uznałem, że nie będę dawał więcej jak dwie z różnych względów reprezentatywne. No i tak przebierając i rozważając wybrałem 44 książki:


-  "Trudna decyzja panny Pym" Josephine Tey
- "Dawna nowela włoska" Antologia
- "Czarny pająk" Antologia
- "Kolor magii" Terry Pratchett
- "Noc i ciemność" Agatha Christie
- "Samotna wiosną" Agatha Christie
- "Wszystko czerwone" Joanna Chmielewska
- "Solaris" Stanisław Lem
- "Tako rzecze Lem" - Lem & Bereś
- "Alicja w Krainie Czarów" Lewis Caroll

- "Bóg urojony" Dawkins
- "Ciemności kryją ziemię" Andrzejewski
- "Matka Joanna od aniołów" Iwaszkiewicz
- "Wątpliwości księdza Browna" Chesterton
- "Dom na granicy światów" Wiliam Hope Hodgson
- "Dworzec Perdidio" China Mieville
- "Dziwna historia o upiorach, z latarnią w kształcie piwonii" Sanyutei Encho
- "Fantastyczne opowieści" Antologia
- "Flet z mandragory" Jerzy Łysiak
- "Alef" Borges

- "Kocia Kołyska" Vonnegutt
- "Wizyta starszej pani" Durrenmatt
- "Limes Inferior" Janusz Zajdel
- "Sto lat samotności" Marquez
- "Ciekawe  doświadczenia" Stefan Sękowski
- "Oberki do końca świata" Wit Szostak
- "Gargantua i Pantagruel" Rabelaise
- "Omon Ra i inne opowieści" Wiktor Pielewin
- "Opowieści niesamowite" Poe
- "Pałac Lodowy" Tariei Vesaas

- "Pielgrzymka Arsenijego Njegowana" Pekic
- "Przewodnik stada" Connie Willis"
- "Sklepy cynamonowe" Bruno Schulz
- "Tydzień z godziną zero" Alicja Niedźwiedzka
- "Gormenghast" Mervyn Peake
- "Wyrocznie i wróżby pogańskich Skandynawów" Słupecki
- "Wysokie okno" Chandler
- "Zoo City" Beukes Lauren
- "Żywe Kamienie" Wacław Berent
- "Tango" Mrożek.

- "Czarny ogród" Małgorzata Szejnert
- "Wiersze" Leśmian
- "Chemia i życie" Jerzy Stobiński
- "Paragraf 22" Heller

A uzasadnienie?

Antologie opowiadań znalazły się tu, ponieważ dostarczyły mojej wyobraźni wielu wątków fabularnych i pomogły odnaleźć powiązania między różnymi utworami. Były też tropami wiodącymi do ciekawych autorów.
"Trudna decyzja panny Pym" to kryminał nietypowy. Autorka w pewnym stopniu łamie zasady literackie, pozostawiając czytelnika z poczuciem że choć rozwiązanie jest jasne i logiczne, to jednak "ta historia nie powinna się tak kończyć". Ostatecznie tym co jest tu najważniejsze, to chwilowa władza jaką może posiadać człowiek sądzący, że odkrył prawdę i niezmienialne konsekwencje jej użycia. Długo się potem zastanawiałem na tą książką.
Inne wymienione tu kryminały stanowiły dla mnie także coś więcej jak tylko rozrywkę. W "Nocy i ciemności" Christie jest kilka punktów, każących zastanawiać się czy autorka nie próbowała pod niezbyt jak na nią oryginalną fabułą przemycić pewnych szerszych rozważań. "Wysokie okno" wybrałem jako przykład świetnie napisanych kryminałów Chandlera, "Wątpliwości księdza Browna" jako przykład świetnych nowel Chestertona, analogicznie "Wszystko czerwone" jako przykład Chmielewskiej w najlepszej formie.

Jest tu książek o szczególnym klimacie, nieco fantastycznym, nieco poetyckim, w który należy się wczuć. "Pałac lodowy" to ciekawa opowieść o pamięci i izolacji, ale najbardziej uwagę przyciąga fascynujący i niejednoznaczny Pałac, co raz pojawiający się w tle zdarzeń. "Gormenghast" to dziwna powieść, gdzieś pomiędzy nurtami. Niekiedy zalicza się ją do fantasy, ale w zasadzie wymyka się kanonom. Jej podstawowym zabiegiem konstrukcyjnym jest zwielokrotnienie i wyolbrzymienie, zaś gargantuiczna karykatura poprowadzona jest na tyle konsekwentnie, że tworzy własny niezależny świat, całkiem wszakże pozbawiony magii. "Dom na granicy światów" to niejasna opowieść o miejscu, w którym spotykają się różne rzeczywistości, przeprowadzona w stylu klasycznych opowieści niesamowitych. "Sklepy cynamonowe" to czysta fantazja, natomiast "Oberki do końca świata" to bardzo udany polski realizm magiczny.

"Dworzec Perdidio" i "Zoo city" to świetne dowody na to, że fantasy nie musi podążać za stereotypami i schematami poprzedników. "Matka Joanna od aniołów" to jedna z lepszych nowel Iwaszkiewicza. "Alicja w Krainie Czarów" to klasyczna bajka, w której coś ciekawego znajdzie też dorosły. Wraz z kontynuacją stanowi kwintesencję prozy absurdalnej.
"Solaris" dałem jako przykład Lema, choć za równie dobrą uważam "Wizję lokalną" i opowiadania "Dzienników gwiazdowych". Z kolei wywiad Beresia "Tako rzecze Lem" to przykład rozmowy na wysokim poziomie, obejmującej tematykę ścisłą i filozoficzną.
"Dziwna historia o upiorach..." to przykład klasycznej literatury japońskiej. Właściwie nie jest to książka napisana - stanowi opracowane stenogramy opowieści ułożonej w głowie i wygłaszanej ustnie przez jednego z ostatnich japońskich Opowiadaczy. Jako literatura mówiona została stworzona zgodnie z pewnymi kanonami i z uwzględnieniem obyczajów, tym samym stanowiąc okienko, pozwalające zajrzeć do japońskiej kultury.
Z podobnych przyczyn dodaję na listę książkę etnograficzną Słupeckiego o wróżbach w przedchrześcijańskiej Skandynawii, bo czytając ją uświadomiłem sobie jak płytki obraz tej kultury funkcjonuje w literaturze, nawet w fantasy.

"Flet z Mandragory" to zupełnie osobliwa powieść, łącząca obraz państwa totalitarnego z magią i makabrycznym humorem. W zasadzie można by ją nazwać pierwszą polską powieścią fantasy, i to od razu urban, choć gatunkowo jest raczej przemieszana. "Kocią Kołyskę" dałem jako przykład książek Vonnegutta. Powieścią o bardzo ciekawym zamyśle jest też "Sto lat samotności" która obrosła już pewną legendą "magicznej opowieści" co sprawia że wielu spodziewa się czegoś ciepłego i kojącego w rodzaju książek o życiu w Prowansji - a tymczasem w tej nie jest to tak łatwo. Dla mnie to książka o próbie stworzenia społeczności odcinającej się od błędów ludzkości, zaczynającej z czystym kontem a mimo to powtarzającej błędy ludzkości i to z przerażającą dokładnością w kolejnych pokoleniach.
"Paragraf 22" może być odebrana jako powieść antywojenna, ale kilka szczegółów pozwala uznać ją za obejmującą absurd "walki z życiem".
"Omon Ra" to zbiór opowiadań Pielewina, nietypowego pisarza, który będąc zanurzony w politycznych sprawach Rosji, inspirację czerpie z filozofii buddyjskiej, tworząc ciekawe metafory obrazujące odzieranie świata ze złudzeń.
"Tango" i "Wizyta starszej pani" to dwie intrygujące i wciąż aktualne sztuki teatralne. "Czarny ogród" to znakomity reportaż opisujący przemiany społeczności śląska, bardziej koncentrujący się na szczególe niż na metaforze jak to czynił Kapuściński.

"Przewodnik stada" to zabawna powieść o dziejach pewnego odkrycia. Właściwie nie jest to fantastyka, raczej "powieść o nauce" pokazująca przerysowany obraz naukowego instytutu pracującego zupełnie jak przedsiębiorstwo nastawione na stałe zwiększanie wydajności badawczej i profilującego badania pod kątem uzyskania jak najlepszego grantu. Obraz zaskakująco podobny do tego, co dzieje się w dzisiejszej polskiej nauce.

"Ciekawe doświadczenia" oraz "Chemia i życie" to dwie książki które sprawiły, że już w szkole podstawowej zainteresowałem się chemią.

ps. A szukającym większej ilości poleceń proponuję zajrzeć na listę 50 książek portalu Kulturą w płot, oraz listę 10 książek profesora Czachorowskiego.

poniedziałek, 22 września 2014

Śmiertelne wypadki z bronią myśliwską

Swego czasu January na Biokompoście opublikował świetny tekst "W obronie Myśliwych" przedstawiający tą grupkę ludzką tak, jakby byli rzadkim gatunkiem szkodnika, wyrządzającego szkody w przyrodzie.
Próbował przy tym porównać szkody wywołane przez łosie ze szkodami wywoływanymi przez myśliwych, a zwłaszcza przypadki śmiertelne ich działań, ale nie był w stanie znaleźć żadnych statystyk takich wypadków. W ramach przyczynku do dalszych analiz proponuję taką listę:

[aktualizacja]
 2017
- O okolicy wsi Słoćwina koło Głogowa myśliwy zastrzelił po zmroku mężczyznę wychodzącego z lasu. Widząc coś ciemnego na granicy lasu uznał, że to dzik. [40] Tłumaczył początkowo że postrzelony był pijany i szedł na czworakach i dlatego wyglądał jak dzik. Badanie krwi stwierdziło jednak że zabity był trzeźwy.[41]
- Podczas polowania na zające myśliwy ze Słupeczna w woj. Lubelskim śmiertelnie postrzelił się w szyję.[42]

2016
- Podczas polowania w Strzemiesznej koło Czerniewic zginął jeden z myśliwych, postrzelony przez innego [34]
- W okolicy Wągrowca znaleziono na drodze rannego rowerzystę. Gdy zmarł w szpitalu okazało się, że zginął od kuli używanej w broniach myśliwskich. Tego dnia w pobliskim lesie polował indywidualnie 21-letni myśliwy. Tłumaczył że strzelał do sarny i pocisk rykoszetował. Okazało się jednak że oddał tego dnia więcej strzałów, w tym kilka bezpośrednio w stronę oddalonej o 300 metrów drogi.[35]
- Podczas polowania w Starym Dworku w woj. lubuskim, myśliwy zastrzelił drugiego. Siedząc na ambonie wycelował w jego kierunku broń. Tłumaczył potem. że szukał go przez lunetkę celowniczą i przypadkiem strzelił.[36]

2015
- W gminie Łaszczów, woj. lubelskie, myśliwy śmiertelnie postrzelił drugiego.[37]
- W Kurznie koło Opola myśliwy śmiertelnie postrzelił się podczas polowania. [39]

2014:
- Myśliwy w Sobótce Starej w woj łódzkim wracając z polowania z odbezpieczoną bronią, potknął się i upadł. Broń wystrzeliła, zabijając przechodzącego 300 metrów dalej mężczyznę[1],[2]
- Z kolei myśliwy z Okonki prawdopodobnie przypadkowo śmiertelnie się postrzelił[3]
- Koło Mieściska w Wielkopolsce myśliwy zastrzelił drugiego. Pomylił go z dzikiem[38]
2013
- Myśliwy z Daninowa prawdopodobnie śmiertelnie postrzelił się ze sztucera. Samobójstwo?[4]
 2012
- myśliwy z Pielni zabił żonę, strzelając z wnętrza budynku gospodarczego do lisa[5]
- wójt gminy Urszulin prawdopodobnie postrzelił się w udo w ambonie i zmarł od wykrwawienia[6]
- W Wyrykach w woj. lubelskim myśliwy zastrzelił kolegę podczas polowania na dziki. Po ciemku pomylił go z dzikiem[7]
- identyczna historia zdarzyła się w Korczówce, koło Białej Podlaskiej. Myśliwy pomylił kolegę z dzikiem. Była noc, w dodatku mglista, a myśliwi nie ustalili gdzie który się znajduje[8]
- kolejny wypadek miał miejsce w Żeliznej w dzień. Na polu kukurydzy zginął właściciel pola naganiający dziki myśliwemu[9]
- właścicielka pola kukurydzy w Luszynie zastrzeliła mężczyznę biorąc go za niszczącego zbiory dzika. Jak się okazało kucał na skraju pola, sadząc w kukurydzy marihuanę, mając zapewne nadzieję że nikt jej tam nie zauważy[10]
2011
- Myśliwy w Niemczy zastrzelił żonę, myląc ją z dzikiem[11]
- Podczas polowania na bażanty w Cykarzewie, jeden myśliwy śmiertelnie postrzelił drugiego[12] Prawdopodobnie broń wystrzeliła gdy potknął się o kretowisko
- równie nieostrożni byli myśliwi z Adamowa, którzy poślizgnęli się na skarpie. Broń jednego wystrzeliła, zabijając drugiego[13]
- podczas polowania w Książęcym Lesie koło Leszna śmiertelnie postrzelono mężczyznę[14]
 2010
- Myśliwy z Sumina który zaczaił się na dziki przy polu kukurydzy zastrzelił nad ranem kobietę. Jak się okazało przyszła na pole podebrać czyjąś kukurydzę[15]
- myśliwy śmiertelnie postrzelił kolegę w Barankówku koło Dębna[16]
2009
- koło Leśniawy w gminie Puck rykoszet zabił jednego z myśliwych. W prasie tłumaczono że pocisk odbił się od dzika, ale wydaje się że raczej było to drzewo.[17]
- podczas polowania w Oleszycach myśliwy śmiertelnie postrzelił się bronią, która upadła mu na ziemię[18]
2008
- Myśliwy zastrzelił syna w Chachalni podczas nagonki[19]
2007
- W okolicach Korczowej myśliwy zastrzelił mężczyznę, myląc go z dzikiem[20]
2006
- 30-latek zginął podczas polowania pod Pobiedziskami. Inny myśliwy postrzelił go w udo[21]
- Myśliwy polujący na dziki zabił kolegę na polu kukurydzy w Datyniu [22]
2005
- 72-latek zastrzelony na polu kukurydzy koło Miechowa. Mężczyzna zrywał kolby z cudzego pola, pochrząkując. W zapadającym zmroku myśliwy wziął go za dzika[23]
- w Górze koło Wrocławia myśliwy zastrzelił mężczyznę koło pola kukurydzy[24]
2003
- pomocnik myśliwego zastrzelił go w Żabicach, myląc z dzikiem[25]
- dwaj żołnierze na polowaniu przypadkowo zastrzelili innego myśliwego koło Białej Pilskiej. Przestraszeniu ukryli ciało pod gałęziami i nie zgłosili wypadku.[26]
- w Rudzie Komorowskiej myśliwy zabił kolegę strzelając do kaczek[27]
2002
- Żołnierz zabił żołnierza podczas polowania w lesie. Słysząc szelest w krzakach strzelił nie patrząc[28]
2001
- Podczas przeładowywania broni myśliwy przypadkowo zastrzelił syna koło wsi Bity Kamień pod Białymstokiem[29]
- Podczas polowania w Szklarach myśliwy zastrzelił kolegę[30]
2000
- Holender polujący na kozła zastrzelił przewodnika górskiego w Dusznikach[31]
1999
- zaganiacz zastrzelony pod Sierakowem [32]
- myśliwy zastrzelił sąsiada w Łambinowicach. Pomylił siedzącego w trawie mężczyznę z dzikiem[33]

Ewidentnych samobójstw nie wliczałem. Nie liczyłem też zabójstw dokonanych bronią myśliwską ani postrzałów przez kłusowników ani wypadków z bronią w domu. Oczywiście możliwe że coś mi umknęło, zwłaszcza dla dawniejszych lat.

32 wypadki śmiertelne na 15 lat to średnio 2 rocznie. Dla porównania we Włoszech podczas polowań ginie rocznie 20-30 osób.
------
[1]https://www.ele24.net/wydarzenia/potknal-sie-i-zastrzelil-21-latka-mysliwy-z-policyjnym-dozorem
[2] http://wiadomosci.onet.pl/lodz/przez-przypadek-zastrzelil-21-latka-sa-zarzuty-dla-mysliwego/jx3x4
[3] http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/295854,Tragiczny-wypadek-na-polowaniu
[4]  http://www.radiomerkury.pl/informacje/pozostale/Smiertelny-wypadek-na-polowaniu.html

[5] http://slupca24.pl/?p=11209
[6] http://lublin.com.pl/artykuly/pokaz/20798/podkarpackie,mysliwy,zabil,swoja,zone,celowal,do,lisa/
[7] http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/wojt-zginal-na-polowaniu,214006.html
[8] http://www.kurierlubelski.pl/artykul/957944,mysliwy-zastrzelony-na-polowaniu-w-wyrykach-jest-akt-oskarzenia,id,t.html?cookie=1
[9] http://nasygnale.pl/kat,1025341,title,Myslal-ze-celuje-do-dzika-zabil-kolege-z-polowania,wid,15087297,wiadomosc.html
[10] http://www.miedzyrzec.info/artykuly/smierc-na-polowaniu/
[11] http://www.tvp.info/7521542/informacje/polska/zastrzelila-30latka-myslac-ze-to-dzik/
[12] http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/449514,mysliwy-zastrzelil-zone-bo-myslal-ze-to-dzik,id,t.html
[13] http://www.fakt.pl/Zginal-mysliwy-na-polowaniu-na-bazanty,artykuly,138749,1.html
[14] http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/486336,leszno-mysliwy-postrzelony-na-polowaniu-zmarl-w-szpitalu,id,t.html
[15] http://www.radiopik.pl/2,7289,jest-wyrok-dla-mysliwego-ktory-przez-pomylke-zab
[16] http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100112/POWIAT06/154108881
[17] http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/188692,powiat-pucki-mlody-mysliwy-trafiony-rykoszetem-na-polowaniu,id,t.html
[18] http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110210/REGION00/624607972
[19] http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/52782,mysliwy-zastrzelil-syna-na-polowaniu,id,t.html?cookie=1
[20] http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080208/PRZEMYSL/902402763
[21]  http://cms.halpress.eu/news_view.php?tpl=124&nid=4453
[22]  http://poznan.naszemiasto.pl/archiwum/tragedia-na-polowaniu-zginal-zamiast-dzika,1175130,art,t,id,tm.html
[23] http://dziennik.lowiecki.pl/forum.php?f=11&t=164267&numer=386
[24]  http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,4483150,20051005WR-DLO,Smiertelny_strzal_po_zmroku,.html
[25] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,2153866,20030726ZI-DLO,Pomylil_cel,.html
[26] http://archiwum.rp.pl/artykul/460297-Krotko.html (w pełnej wersji)
[27]  http://www.rmf24.pl/fakty/news-lubuskie-smierc-na-polowaniu,nId,108895
[28] http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20011109/WYDARZENIA/11108009
[29] http://www.rmf24.pl/fakty/news-tragiczny-wypadek-podczas-polowania,nId,107403
[30] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,1557318,20011011OP-DLO,Mysliwy_zastrzelil_kolege,.html
[31] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,941398,19991029RP-DGW,KRAJ_W_SKROCIE,.html
[32] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,135292,19931004RP-DGW,Blad_lowcy,.html
[33] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,941398,19991029RP-DGW,KRAJ_W_SKROCIE,.html

[34]  http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/tomaszow-mazowiecki/a/tragiczny-wypadek-na-polowaniu-mysliwy-zastrzelil-mysliwego,10781284/
[35] http://www.gloswielkopolski.pl/kryminalna-wielkopolska/a/mysliwy-zastrzelil-rowerzyste-szokujace-ustalenia-bylo-wiecej-strzalow,11875716/
[36] http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/stary-dworek-mysliwy-zastrzelil-kolege-na-polowaniu/dj7bwlh
[37] http://kontakt24.tvn24.pl/mysliwy-smiertelnie-postrzelony-na-polowaniu,184972.html
[38] http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/poznan/mysliwy-zginal-postrzelony-przez-swojego-kolege-pod-wagrowcem/nfqnx37
[39] http://www.tvn24.pl/wroclaw,44/postrzelil-sie-w-trakcie-polowania-nie-udalo-sie-go-uratowac,598673.html
[40]  http://plus.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/smiertelny-postrzal-mysliwy-pomylil-czlowieka-z-dzikiem,11837071
[41]  http://www.tvn24.pl/podczas-polowania-postrzelil-czlowieka-myslal-ze-to-dzik,755010,s.html
[42] http://www.lublin112.pl/mysliwy-postrzelil-sie-polowaniu-udalo-sie-go-uratowac/

piątek, 12 września 2014

Wyczytane: Ebola, duchy i koniec świata

 Z czytanej właśnie książki:

Prorocy, głoszący koniec świata pojawiali się też, gdy wybuchały zarazy, tajemnicze, zabójcze, wybijające całe wioski i powiaty. Szczególnie bano się chorób które przywędrowały z Konga, uważanego za mroczną krainę makabry i czarów. Kongijską nazwano zarazę wywoływaną przez śmiertelnego wirusa ebola, który zabijał swoje ofiary wyjątkowo okrutnie i szybko, nie ostawiając niemal nadziei na ratunek.
Ludzie umierali w konwulsjach, straszni, nieprzytomni z bólu i gorączki, a życionośna krew wypływała z nich wszystkimi szczelinami ciała. Zwykle wirus przynosił śmierć tak błyskawicznie, że dotknięci chorobą nie byli w stanie nikogo zarazić. Kiedy jednak w roku dwutysięcznym, w którym według proroka Kibwetre miał nastąpić koniec świata, zaraza dotknęła kraj Aczolich, a także pięć powiatów na zachodzie kraju, przy granicy z Kongiem, wirus zabijał wolniej, bardziej podstępnie, sprawiając, ze ludzie zarażali się od siebie nawzajem.
Jako pierwsi padli jego ofiarą chłopi w niewielkiej wiosce Kikyo u podnóża gór Ruwenzori. Początkowo uznano, że zapadli na zwykłą w tych okolicach malarię. Dopiero gdy śmierć zaczęła zabierać ich krewnych i sąsiadów, którzy pomagali obmywać i grzebać zwłoki, wezwano lekarzy z Kampali. Ci stwierdzili, że najwyraźniej wirus ebola (wykryty po raz pierwszy w wymarłej wiosce nad brzegiem rzeki o tej właśnie nazwie) znów przekradł się zza kongijskiej granicy. Nabrali pewności gdy ustalili, że ci, którzy zmarli najwcześniej, upiekli i zjedli kozę zagryzioną przez jakieś dzikie zwierzę, najpewniej małpę.
Uczeni uważają, że zabójczy wirus od dawna żył w ostępach dżungli, zabijając głównie dzikie zwierzęta, głównie małpy. Zaatakował ludzi, gdy ci wdarli się do jego krainy, polując na zwierzynę i wyrąbując drzewa, by na ich miejscu zakładać domostwa i poletka. Przenosiły go nietoperze, których nie zabijał.

Naukowcy z niepokojem odkryli, że wirus, raz zaatakowawszy ludzi, stawał się coraz groźniejszy, coraz bardziej śmiercionośny. Zmieniał się, przystosowywał, doskonalił. Wciąż zadawał niechybną śmierć, ale nie unicestwiał już swoich ofiar tak szybko. Podobnie jak inny zabójczy wirus, wywołujący epidemię AIDS pozwalał, by zarażone nim osoby żyły dłużej i same przenosiły chorobę na innych.
W miasteczku Bundibugio wybuchła trwoga, gdy zaczęli tam zjeżdżać z okolicznych wiosek ludzie zarażeni wirusem ebola. Tubylcy odpędzali się od nich jak od trędowatych. Wystarczył wszak uścisk dłoni, by także zostać dotkniętym chorobą, na którą nie było lekarstwa. Właśnie ta niezwykła potęga i zjadliwość tajemniczego wirusa sprawiała, że wzbudzał on tak wielki lęk. Ludzie brali chorobę za karę Bożą, rzuconą na nich klątwę.
Przypomniałem sobie, że przecież Nora mieszkała przez jakiś czas w Bundibugio. Nie wspomniała jednak ani słowem, jak wyglądało życie miasteczka w czasie zarazy.
Aby zapobiec  rozprzestrzenianiu się choroby, wojsko wystawiło na drogach posterunki. Nikogo nie wpuszczało ani nie wypuszczało z miasteczka. Mieszkańcy, przekonani, że władze skazały ich na śmierć, przekradali się przez lasy, byle uciec z przeklętego miejsca. Uciekali nawet miejscowi lekarze i pielęgniarki, dla których opieka nad pacjentami oznaczała wyrok śmierci.
Prezydent Museveni wystąpił w telewizji z orędziem, w którym radził rodakom, by przynajmniej na jakiś czas nie witali się uściskiem dłoni. Podczas nabożeństw katoliccy księża przestali własnoręcznie podawać wiernym kumunikanty.
Przysłani z Kampali lekarze, odziani w ochronne skafandry, nakazali ludziom, by swoim zmarłym nie wyprawiali zwykłych pochówków, lecz by zaraz po śmierci pakowali ich do specjalnych worków i tak grzebali w ziemi. Muzułmańscy duchowni zwolnili wiernych z obowiązku obmywania zwłok. "To prawda, że Koran mówi nam, byśmy obmywali ciała zmarłych przed ich pogrzebaniem, ale święta Księga jeszcze surowiej zabrania nam odbierać życie sobie samym - ogłosił w Kampali świątobliwy hodżi Nsereko Mutumba. - A obmywanie ciał osób zmarłych z powodu wirusa ebola jest właśnie jak odbieranie sobie samemu życia".

Nieszczęśni mieszkańcy Bundibugio sami już nie wiedzieli, co robić. Nie obmywając ciał swoich zmarłych i nie dopełniając żałobnych rytuałów, może i chronili się przed zabójczym wirusem, ale narażali się na gniew duchów, które - nieodprawione w zaświaty - pozostawały w świecie żywych i mściły się na nich za wyrządzoną krzywdę. Za dowód wzięto w kraju Aczolich epidemię dżumy, która wybuchła tam niemal jednocześnie z atakiem wirusa ebola. Na przenoszoną przez pchły dżumę zapadały głównie kobiety. Mężczyźni, zgodnie z wioskowym zwyczajem zająwszy dla siebie łóżka, zmusili je do spania na glinianej podłodze.
- Kiedy na życie ludzi składa się tylko cierpienie, troska i nieustanny trud, łatwo jest im wmówić, że prawdziwy spokój i sprawiedliwość czekają ich dopiero po końcu świata, którego powinni wyczekiwać z radością - powiedział ksiądz Patrick ze szkoły imienia biskupa Kihangire w Kampali

Wojciech Jagielski "Nocni wędrowcy" s.228-231

Epidemia w Ugandzie w 2000 roku skończyła się na 420 zarażonych i 224 ofiarach, w tym samym roku inna epidemia wybuchła w Kongu zarażając 300 osób i pochłaniając 253 ofiary. Epidemie te uważano za najgorsze aż do teraz.
Strach przed apokalipsą był przyczyną powstania w Ugandzie kościoła Ruchu na rzecz przywrócenia Dziesięciu Przykazań Bożych, którego podstawowym celem było przetrwać zagładę przepowiedzianą na 1 stycznia 2000 i wejść do Nieba. Gdy zagłada nie nastąpiła, przywódcy ogłosili drugi termin 17 marca, zapraszając do głównej świątyni wszystkich niezadowolonych. Podczas nabożeństwa kościół spłonął z ponad 500 wiernymi. Władze początkowo sądziły, że było to zbiorowe samobójstwo, takie jak w Jonestown, jednak gdy okazało się że drzwi i okna zabito od zewnątrz gwoździami a na innych posesjach Ruchu znaleziono ponad dwieście zabitych na różne sposobów osób, stało się jasne że było to cyniczne masowe morderstwo.

Historia lubi się powtarzać - w lipcu niezależnie od już trwającej epidemii w Gabonie i Sierra Leone, w Kongu wybuchła druga epidemia Eboli, nie związana z tamtą. A zaczęło się od kobiety oprawiającej zabitą przez męża małpę, która zachorowała i była leczona w domu przez krewnych myślących że to malaria. Na razie skończyło się na 60 zarażonych i 35 ofiarach.
Straszna choroba.

Mam nadzieję że nie powstanie teraz nowa sekta Ebolowej Apokalipsy.

sobota, 6 września 2014

Bardarbunga i jej diabły

Eksplozja islandzkiego wulkanu Bardarbunga ze zrozumiałych względów budzi moje zainteresowanie - wulkany to ciekawy temat a ja lubię ciekawe tematy. Nieoczekiwanie jednak stwierdziłem, że ten przypadek może łączyć się z innym katastroficznym tematem, jaki opisuję na tym blogu - z trąbami powietrznymi.

Oglądając dziś przed południem wulkan na kamerze internetowej zauważyłem, że z terenu pokrytego gorącym popiołem niedaleko szczeliny erupcyjnej podrywają się wirujące kolumny pyłu, cienkie i gnące się pod wpływem wiatru, na tyle jednak wysokie aby sięgnąć podstawy chmur, tak że musiały osiągać wysokość kilkuset metrów:



 
Podgląd wulkanu na żywo możecie zobaczyć tutaj: http://www.livefromiceland.is/webcams/bardarbunga-2/

Te pyłowe trąby, czyli dust devils (a może raczej w tym przypadku ash devils) utrzymywały się do dwóch minut, w każdym razie tyle utrzymywały się w polu widzenia kamery. Pojawiały się co chwila, czasem nawet po pięć czy sześć w różnym stopniu rozwinięcia, tworząc piękny (i ciekawy) widok.

Teraz pogoda w tamtej okolicy się zmieniła - przeszły chmury, wiatr stał się silniejszy a słońce przesunęło się, prześwietlając dym. Trudno to teraz ocenić, ale wulkan dymi chyba mocniej:
Popioły ostygły i trąby pyłowe już się nie pojawiają.

Tego typu zjawiska są stosunkowo często obserwowane w pobliżu wulkanów, w związku z potężnym kontrastem temperatur. Nawet niewielki skręt unoszącej się warstwy gorącego powietrza może formować wir zasysający pył i dzięki temu dobrze widoczny. Podobne widzi się na popieliskach po potężnych pożarach. Jeszcze gwałtowniejsza forma, czyli trąba ogniowa nie jest tu możliwa, ze względu na brak otwartego ognia - rozgrzana do czerwoności skała jest zbyt ciężka aby "wkręcić" się w taki wir. Efektowny przypadek z wulkanu Santiaguito:


Potężne wiry pyłowe obserwowano po spływie piroklastycznym wulkanu Sinabug:

Inny ciekawy przypadek to trąby parowo-wodne, obserwowane w miejscach gdzie lawa hawajskich wulkanów wpada do morza. Znad rozgrzanej wody unoszą się wtedy wiry znacznych rozmiarów:




Mniejsze i szybsze wiry, przypominające węże utworzone z samej pary wodnej, to steam devils (lub steam snakes).




poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kosmos się zmienia


Zwykle myśląc o astronomii i obiektach w kosmosie, postrzegamy je jako pewne niezmienniki - niebo pozostaje cały czas takie samo, a nawet jeśli się zmienia, to w tempie niezauważalnym w ciągu ludzkiego życia. Oczywiście, księżyc i planety przesuwają się, czasem coś tam się zmieni kolorystycznie na planecie, czasem pojawi się kometa, ale daleki kosmos jest nieruchomy.
To wrażenie ma dosyć dobre uzasadnienie w skali kosmosu - z kilkuset lat świetlnych nawet bardzo szybki ruch obiektu, będzie ledwie zauważalny. Niemniej jest kilka taki przypadków które pokazują, że coś w kosmosie może zmieniać w czasie pozwalającym na zauważenie zmian (oczywiście dysponując odpowiednim sprzętem obserwacyjnym).

Gwiazda która się porusza.
Gwiazdy wykazują ruch własny na tle głębokiego kosmosu, przy czym zależy to głównie od ich odległości od nas. Im bliżej leży gwiazda, tym lepiej widać jej ruch własny, nawet gdy nie jest zbyt imponujący w ogólności.
Największy ruch względem tła ma Gwiazda Barnarda, nazwana tak od astronoma, który wyznaczył wartość tego ruchu. Wartość ta to 10 sekund kątowych na rok - to w przybliżeniu tyle ile wynosi średnica Marsa w teleskopie. Oznacza to że w ciągu 60 lat przesuwa się po niebie o odległość równą połowie średnicy księżyca. Może się to wydawać niewiele, ale ponieważ obserwujemy jej ruch od 1916 roku, udało się wykonać składankę zdjęć pokazującą ruch:
Ewentualnie nałożenie zdjęć:
Gwiazda leży w odległości 6 lat świetlnych od ziemi, jest przy tym trzecią najbliższą po Proksimie i układzie Alfy Centaura. Porusza się w przestrzeni z prędkością 140 km/s przybliżając się do nas. Za kilka tysięcy lat znajdzie się dwa razy bliżej. Obecnie znajduje się w gwiazdozbiorze Wężownika, świecąc z jasnością 9 magnitudo, można ją więc zobaczyć w średniej wielkości teleskopie.

Ciekawym przypadkiem jest gwiazda Rho Aquilae - gdy w 1606 roku Bayer ustalał nazwy gwiazd, oznaczając najjaśniejsze literami greckimi, zaliczył ją do gwiazdozbioru Orła. Gdy następnie unia astronomiczna wyznaczyła ostateczne, ścisłe granice gwiazdozbiorów, gwiazda znalazła się bardzo blisko granicy z Delfinem. Kilkadziesiąt lat ruchu własnego spowodowało, że w 1992 roku gwiazda znalazła się w obrębie Delfina, choć nazwa nie została zmieniona.

Echo świetlne
W roku 2002 w gwiazdozbiorze Jednorożca, obok Oriona, pojawiła się nagle jasna, intensywnie czerwona gwiazda, przez krótki czas będąc możliwą do zauważenia w lornetkach. Był to prawdopodobnie rzadki typ "czerwonej nowej" czyli rozjaśnienia gwiazdy typu czerwonego olbrzyma, powstałej ze zlania się ze sobą dwóch gwiazd. Ich połączenie tworzyło nową gwiazdę o większej jasności, zarazem przy zlewaniu się powstawała duża ilość energii, która na kilka tygodni zwiększała jasność gwiazdy setki tysięcy razy.
Dla nas istotne były wizualne skutki tego zdarzenia - pojaśnienie wysłało w kosmos falę światła, która padając na gaz i pył w otoczeniu gwiazdy, powodowała jego oświetlenie. Światło odbite od obłoków docierało do nas po czasie zależnym od odległości - obłoki w odległości miesiąca świetlnego od gwiazdy jaśniały po miesiącu, w odległości roku świetlnego po roku. Wizualnym efektem przesuwania się po obłokach fali światła, jest wciąż trwające i bardzo efektowne echo świetlne, którego rozszerzanie się dało taki oto efekt (zdjęcia w latach 2002-2006)

Rozszerzanie się echa trwa nadal. Jak łatwo policzyć, dotarło już na odległość 12 lat świetlnych od gwiazdy

Podobny efekt obserwuje się dla Mgławicy Hubble'a, oświetlanej przez gwiazdę zmienną - zmiany jasności gwiazdy powodują zmiany jasności różnych części mgławicy, zauważalne w przeciągu kilku miesięcy. Pojawiające się ciemniejsze obszary, to prawdopodobnie cienie obłoków pyłu w otoczeniu gwiazdy.

Mgławica, która się zmienia
Mgławica Minkowski 2-9 jest mgławicą planetarną w formie dwóch stożków wybiegających od gwiazdy pośrodku. Bywa też nazywana mgławicą Skrzydła Motyla. Wewnątrz znajduje się układ białego karła i towarzyszącej mu normalnej gwiazdy, który przetrwał powodującą powstanie mgławicy eksplozję na białym karle.
Karzeł krąży wokół środka masy, wyrzucając w przestrzeń dwie strugi bardzo szybkiego wiatru słonecznego, które zderzając się z gazem mgławicy, wpływają na jego jasność. Ruch karła powoduje zatem przesuwanie się jaśniejszych obszarów: