Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lutego 2025

Moje artykuły splagiatowano

 

 

Miło jest zobaczyć, że ktoś w mediach powołuje się na moje artykuły, bo to oznacza, że udało się rozpowszechnić jakiś temat, że wywiera się jakiś wpływ i komuś się spodobało. Mniej miłe jest zobaczenie, że ktoś przepisał sobie fragmenty bez pytania. Takie też miałem niemiłe odkrycie na początku stycznia, a ponieważ sprawa się już zakończyła, dobrze jest to opisać w ramach przestrogi.

Poprzedni artykuł na blogu dotyczył mało znanej historii katastrofy podczas pogrzebu w małej wsi pod Cieszynem. W zasadzie w polskojęzycznym internecie nic o tym nie było. Jednak na początku stycznia, gdy szukałem wzmianek czy kiedyś zdarzył się podobny przypadek, znalazłem że na Onecie ukazał się artykuł dotyczący tej właśnie historii, którą opisałem. Artykuł pochodził z portalu FacetXL, który ma partnerstwo z Onetem i dostarcza większemu portalowi teksty. Pod artykułem podpisał się redaktor naczelny Krzysztof Załuski. 
Pierwsza myśl była taka, że widocznie artykuł zaciekawił kogoś nieznaną historią i ten ktoś postanowił opracować swój artykuł na bazie mojego. Pod tekstem jako źródła wymieniony był blog oraz dwie gazety, co wyglądało tak, jakby ktoś nawet zajrzał w źródła pierwotne. Niestety już podczas szybkiego przeglądu zorientowałem się, że artykuł jest w zasadzie plagiatem. Powtarzał te same informacje co ja i żadnej więcej, w tej samej kolejności co ja i cytował fragmenty gazet ale tylko te same co moje cytaty i ani litery więcej. Pominął kawałek o tym, kim był ksiądz, z którego pamiętnika brałem informacje, skupiając się tylko na streszczeniu wydarzeń. Samo to jest pójściem na łatwiznę, gdy dziennikarz jedynie streszcza czyjąś treść i nie ma wkładu własnego, ale to nie jest jeszcze zabronione. Ale wśród zdań streszczenia i cytatów znalazły się też zdania przepisane z drobnymi zmianami lub bez żadnych zmian i stanowiło to zauważalną część objętości dość krótkiego artykułu.

Jeśli ktoś nie wie - podanie źródła, z którego zerżnięto tekst wcale nie oznacza, że nie doszło do plagiatu, bo jeśli przepisany tekst nie jest w żaden sposób zaznaczony jako cytat, to dochodzi do naruszenia jasnego określenia, kto te słowa stworzył; nie tak dawno wyłożył się na tym pewien były już doktor politologii.

Przykłady które są najbardziej wyraziste:
Onet
„W środku był tłok, pastor podobnie jak inne osoby początkowo opierał się plecami o ścianę, ale w pewnym momencie chciał wyjrzeć przez okno. Wtedy błysnęło, a pastor stracił przytomność.”
Blog
„W środku był tłok, pastor podobnie jak inne osoby początkowo opierał się plecami o wilgotną ścianę, ale w pewnym momencie podniósł się aby wyjrzeć przez okno. Wtedy błysnęło a pastor stracił przytomność.”

Onet
„Według relacji świadków piorun wpadł do wnętrza kaplicy przez mały otwór w ścianie i wydostał się na zewnątrz, gdzie stało czterech mężczyzn, którzy opierali się o ścianę pod daszkiem — wszyscy oni zginęli, a ich ciała zesztywniały i stały nadal wyprostowane, dopóki wiatr ich nie poprzewracał.”
Blog
„Pastor opisuje mały otwór w ścianie powstały w wyniku przebicia się pioruna na zewnątrz; obok tego otworu od zewnątrz stało czterech mężczyzn, którzy opierali się o ścianę pod daszkiem - wszyscy oni zginęli a ich ciała zesztywniały i stały nadal wyprostowane dopóki wiatr ich nie poprzewracał.”

(przy okazji drobnych przeróbek pomylono otwór wyjściowy iskry z wejściowym - tak uważnie dziennikarz czytał)

Onet
„Ofiar być może byłoby mniej, gdyby nie powolna akcja ratunkowa. Dopiero po godzinie dojechał na miejsce wezwany lekarz z Cieszyna. Niewiele mógł już jednak zrobić. Został późno powiadomiony. Ci, którzy przeżyli i uciekli z kościoła, byli w szoku.”
Blog
„ Do liczby ofiar przyczyniła się zapewne powolna akcja ratunkowa. Cmentarz był widocznie trochę oddalony od wsi, uczestnicy pogrzebu w większości zostali porażeni i albo byli nieprzytomni albo w szoku. Kilka lżej porażonych i tych poza zasięgiem pioruna w szoku uciekło do domów i tam dopiero ocknęli się, że trzeba ludzi ratować. Jeden z gospodarzy pojechał do Cieszyna po lekarza, ale ten niewiele już mógł na miejscu zrobić,”
(w gruncie rzeczy ta przeróbka pomija rzecz, na jaką zwracały uwagę gazety - że przyczyną opóźnienia wezwania pomocy był szok wśród porażonych)

Oprócz tych oczywistych kopii w artykule były zdania bardziej zmienione, z dodanymi synonimami czy podziałem długiego zdania na dwa. Cytując fragment z pamiętnika księdza, plagiator przedstawił  jako jeden cytat coś, co było w rzeczywistości dwoma fragmentami, co zaznaczało ujęcie ich w osobne cudzysłowy. Przy okazji poprawił język tekstu na bardziej zgodny ze współczesną pisownią, czego w takich przypadkach nie powinno się robić. Stare teksty mogą zawierać inaczej pisane słowa nie z powodu błędu, tylko zmian językowych. 

To już wyglądało grubo. Postanowiłem jednak sprawdzić, czy FacetXL nie robił czegoś takiego wcześniej, i przejrzałem pod tym kątem inne artykuły. I znalazłem dwa kolejne ze zbyt daleko sięgającymi zapożyczeniami. Artykuł "Panika w kościele i pogrom" opisywał historię paniki w kościele świętego krzyża w Warszawie w roku 1881 i dalszych wydarzeń. Nie jest to historia tak całkiem nieznana, trochę już było o tym artykułów i mój tekst nie jest wymieniony jako jedyne źródło, jakieś akapity były oparte na czymś innym. Ale podczas opisywania wydarzeń plagiator właśnie ode mnie wziął niektóre fragmenty. I podobnie jak poprzednio, jest to streszczenie tego samego w tej samej kolejności z podaniem tego samego cytatu, zdania brzmiące dość podobnie ale trochę zmienione i kilka zdań prawie takich samych:
Onet
„ Jeden z cukierników przystawił do podestu drabinę, próbując pomóc uwięzionym w tłumie. Najbardziej spanikowani rozpychali się łokciami i nogami, wydostając się nad zgniecioną masą ludzką, i depcząc innych po głowach, po twarzach, zbiegali w dół lub przeskakiwali balustradę.”
Blog
„ Najbardziej spanikowani rozpychali się łokciami i nogami, wydostając się nad zgniecioną masę ludzką, i depcząc byle jak, po głowach, po twarzach, zbiegali w dół lub przeskakiwali balustradę. Jakiś cukiernik złapał drabinę, i podstawiwszy ją pod balustradę zaczął wyciągać jedną po drugiej osoby pod samą balustradą. ”

Onet
„Zginęli wskutek uduszenia i urazów głowy.
W sumie było 30 ofiar śmiertelnych, w tym m.in. hrabina Stanisława Aleksandrowiczowa z Konstantynowa wraz ze służącym. Do szpitali przewieziono wielu rannych. Ponad trzydziestu odniosło ciężkie obrażenia.”
Blog
„Po podliczeniu zmarłych na miejscu i zaraz potem w szpitalu, okazało się, że panika wywołała aż 30 ofiar śmiertelnych[1] w większości z powodu uduszenia w ścisku, lub podeptania głowy. Wśród nich znalazła się też hrabina Stanisława Aleksandrowiczowa z Konstantynowa, wraz ze służącym. Ponad trzydziestu ciężej rannych odwieziono do szpitali…”

Onet
„Tłum nie tylko rozbijał szyby, ale też wyważał drzwi; włamywano się do sklepów, niszcząc i rabując zgromadzone tam towary. Początkowo zamieszki ograniczyły się do pobliskich uliczek — Ordynackiej, Wróblej, Tamce i Browarnej.”
Blog
„Tłum rozbijał szyby, wyważał drzwi, towary ze sklepów tłuczono, rwano i wyrzucano na bruk. Tam lądował też dobytek rodzin. Niektórzy posuwali się do rozbijania pieców kaflowych. Początkowo plądrowanie ograniczało się do pobliskich uliczek - Ordynackiej, Wróblej, Tamce i Browarnej.”

Onet
„Pierwszego dnia zamieszek policja i wojsko ograniczyło się głównie do zabezpieczenia instytucji rządowych i dzielnic willowych.
Drugiego dnia zaczęły się masowe aresztowania osób biorących udział w niszczeniu kolejnych domów i sklepów. Sytuacja została opanowana dopiero trzeciego dnia, gdy do miasta przybył nieobecny wcześniej naczelnik policji, który spędzał święta w Petersburgu.”
Blog
„pierwszego dnia policja i wojsko właściwie nie przeszkadzały rozbojom - zamykano jedynie dostęp do ważniejszych gmachów rządowych i dzielnic willowych, rozbijano większe zbiorowiska na mniejsze grupy, nie pozwalano zbierać się na Nowym Mieście.
Drugiego dnia rozboje przerodziły się właściwie w grabież, zabierano to co wcześniej zostało wywleczone na ulice. Wtedy też zaczęły się masowe aresztowania osób biorących udział w niszczeniu kolejnych domów i sklepów. Sytuacja została opanowana dopiero trzeciego dnia, gdy do miasta przybył nieobecny wcześniej naczelnik Policji, który spędzał święta w Petersburgu.”

Artykuł "Morderca zabijał ofiary młotkiem, nie oszczędził nawet dzieci" był streszczeniem mojego o zabójstwie rodziny Kosterów i też zawierał zdania prawie bez zmian.

Onet
„Wszedł do domu. Już w kuchni natknął się na zwłoki dzieci Kosterów — 6-letniego Edwarda i 12-letniej Genowefy, urodzonych jeszcze w Ameryce. Wszędzie było pełno krwi. Na głowie dzieci widać były rany zadane tępym narzędziem.”
Blog
„W kuchni, na podłodze, leżały ciała dzieci Kostery - 6 letniego Edwarda i 12 letniej Genowefy, urodzonych jeszcze w Ameryce. Ich głowy porozbijano tępym narzędziem. Wszędzie widać było ślady krwi.”

Blog
„Dopiero przybyła policja ujawniła rozmiary tragedii. Oprócz zwłok dzieci w kuchni, w pokoju leżało ciałko 2 letniego Ludwika, zabitego w ten sam sposób. W piwnicy stodoły, zagrzebane w sianie, leżały ciała Piotra Kostery i parobka, 16 letniego Jana Kopy. W chlewie znaleziono Kosterową i służącą Maciaszkównę. Wszyscy zabici uderzeniami tępym narzędziem. „
Onet
„W pokoju leżało ciało 2-letniego Ludwika. Zginął w taki sam sposób. Przybyła policja znalazła kolejne ofiary — w piwnicy stodoły, zagrzebane w sianie leżały ciała Piotra Kostery i 16-letniego parobka. W chlewie znaleziono Kosterową i ich służącą. Wszyscy zostali zabici uderzeniami w głowę tępym narzędziem.”

Blog
„Zamiast tego Sobczak przedsięwziął plan rabunku.
Ukradł ze sklepu chleb i cały weekend przebywał poza gospodarstwem. W niedzielę wieczorem przyszedł do Kosterów i zagrzebał się w sianie na piętrze stodoły. Gdy w poniedziałek o świcie przyszedł parobek, zaczekał aż wejście na drabinę, i ciosem młota zabił go na miejscu, przysypując ciało sianem.
Onet
„Sobczak już wtedy obmyślił plan rabunku. W niedzielę wieczorem ukrył się w sianie w stodole. Gdy w poniedziałek o świcie przyszedł parobek, zaczekał, aż wejdzie na drabinę i ciosem młotka zabił go na miejscu, przysypując ciało sianem."
(zamiana młota na młotek to za mało żeby zdanie stało się oryginalne)

Na FacetXL pojawił się też artykuł o strzelaninie na ulicy Złotej z 1904 roku i tam takich wprost przepisanych zdań nie było, a autor nawet chyba zajrzał do źródeł bo podał trochę więcej opisów. Czyli jak się chce, to można.

Nie wiedziałem jak wygląda umowa między portalami, jak krążą informacje. Obawiałem się, że jeśli odezwę się tylko do Facetxla, redaktor po cichu wycofa teksty i redakcja Onetu nie dowie się co się stało. A plagiator dalej będzie zarabiał na dostarczaniu streszczeń cudzych rzeczy do dużych portali.  Dlatego napisałem o tym bezpośrednio do redakcji Onet. Nie wysuwałem żadnych konkretnych roszczeń, żądałem wyjaśnienia co się stało i zareagowania adekwatnie. Taki duży portal powinien wiedzieć jakie mogą być skutki prawne naruszenia autorstwa. Wymieniłem w mailu wszystkie fragmenty, w tym też takie o mniejszym stopniu podobieństwa, których nie pokazałem tutaj. I czekałem. 

Mail został wysłany późno, ale liczyłem na to, że redakcja zaczyna przeglądać wiadomości z nocy wcześnie. I wydawało się oczywiste, że najpierw pojawi się jakaś krótka odpowiedź, w stylu "przyjęliśmy pańskie zgłoszenie, proszę poczekać aż je rozpatrzymy". Zaglądam do skrzynki o 7, nic. Zaglądam o 8, nic. Zirytowałem się i pomyślałem, że może jednak trzeba zrobić trochę szumu - opisałem wszystkie żale na Wykopie, informacja zaczęła krążyć. Pierwszy efekt pojawił się półtora godziny później - linki do artykułów przestały być aktywne. Plagiaty zniknęły z wyszukiwarek. OK, czyli jakaś reakcja jest. 
Na odpowiedź mailową musiałem jednak poczekać do wieczora, aż dotarła bardzo ostrożna i wyważona odpowiedź, ale nie od redaktora tylko od prawnika. Że wyrażają ubolewanie z tego, że zaszła taka sytuacja (czyli jaka?), że wysłali pytanie do autora tekstu i czekają aż odpowie na zarzuty, że ukryli artykuły do czasu wyjaśnienia, i oczywiście nie mają z tym nic wspólnego bo teksty pisał autor portalu zewnętrznego i to on ich zapewniał, że ma pełnię praw. Czyli mniej więcej to, czego się spodziewałem. I żeby nie było za bardzo przyjemnie, prosili żeby rozważyć usunięcie tekstu z Wykopu, który ujawniał, że w ogóle coś się stało. Nie wiem za bardzo po co, skoro tam też było wprost stwierdzone, że to nie ich redaktor napisał tekst. A akurat dziennikarze powinni być ostatnimi ludźmi, którym trzeba tłumaczyć, jakie są zalety nagłaśniania spraw. 

Ktoś może zapytać - a czemu zamiast tego nie poleciałem od razu po prawnika, żeby złożyć pozew i zażądać grubego bilonu? Taka sprawa trochę by się pewnie przeciągnęła a rezultaty mogłyby wcale nie być imponujące. Ciężko określić jakie są straty finansowe wynikające z publikacji kilkunastu przepisanych zdań w portalu, który nigdy nie zamierzał publikować moich tekstów, więc trudno mówić o na przykład uniemożliwieniu mi publikacji. Byłoby ryzyko, że po kilku czy kilkunastu miesiącach sąd uzna, że szkodliwość czynu była niska i wyda wyrok bez odszkodowania lub postąpi tak jak utrwaliło się w takich sprawach. Zwykle sądy zasądzają w takich sprawach odszkodowanie w wysokości trzykrotności wynagrodzenia jakie plagiator dostał za tekst. Prawdopodobnie koszt prawnika byłby podobnej wysokości lub większy.

No więc sprawa się toczyła i toczyła, minął tydzień, minął drugi tydzień i dalej nie było odpowiedzi. plagiaty zniknęły też z portalu FacetXL.  Zaczynałem się obawiać, że oba portale przyjmą strategię "nie mamy pańskiego płaszcza".  Jakby tak się to potoczyło, to oczywiście o sprawie nie było by cicho, zadbałbym o to. Wysłałem maila do naczelnego. Brak odzewu. Wysłałem kolejnego do redakcji. I znowu czekanie. No ile może zajmować ustalenie, że kropka w kropkę identyczne zdania zostały skopiowane bez pytania? 

Odpowiedź była bardzo krótka i prosta. Zgłoszone teksty zostały usunięte a Onet przestaje współpracować z portalem z którego pochodziły plagiaty. I w zasadzie tyle. Liczyłem na jakieś "przepraszam" ale widocznie tamte pierwsze "ubolewanie" miało już załatwiać sprawę. Zerwanie współpracy oznacza, że portal przestanie zarabiać na artykułach będących w najlepszym razie streszczeniami i w dużej mierze o to mi chodziło. Na razie na głównej FacetXL nadal wisi napis, że są partnerem Onetu. 





niedziela, 22 lutego 2015

Analizatornie


Analizatornie to jeden z najciekawszych wykwitów internetowej twórczości.

Z pewnością każdy spotkał się z blogami z amatorskimi opowiadaniami opartymi na znanej książce, serialu czy filmie. Jest to obecnie zjawisko równie powszechne, jak kilka dekad temu prowadzenie pamiętniczka czy sztambucha.  W dużej mierze pisanie takich utworów bierze się ze znanej każdemu telewidzowi myśli "a ja bym tą historię rozegrał nieco inaczej". Wyobrażanie sobie alternatyw do znanych utworów, bądź umieszczanie siebie w ulubionej historii, stanowi dla wielu podstawę do tworzenia takich właśnie "utworów fanowskich" czyli Fan Fiction, nazywanych też fanfikami.

Im bardziej popularny utwór, tym więcej amatorskich opowiadań dziejących się w zapożyczonych realiach. Najobszerniejszy jest chyba zbiór utworów inspirowanych Harry Potterem, tysięcy blogów dorobił się także Zmierzch. W zasadzie każdy popularny serial też obrasta opowiadaniami będącymi alternatywnymi odcinkami. Na podobnej zasadzie powstają też opowiadania o sławnych ludziach, ulubionych zespołach muzycznych, czy osadzone w realiach popularnej gry komputerowej (są nawet o Minecraft).
I cóż - amatorskie opowiadania mają to do siebie, że nie zawsze są pisane dobrym stylem. Często biorą się za nie osoby nie wiedzące jak budować fabułę, nie mające własnych pomysłów lecz czerpiące pomysły z innych fanfików, nie wiedzące jak opisać swoje postaci, lub zapominające opisać. Zasadniczo większość takich tworów to grafomania.  A ponieważ jest akcja, musi nastąpić reakcja.

Wraz z rozwojem i upowszechnieniem fan fiction, rozwinęła się też krytyka. Początkowo były to po prostu komentarze, czasem dyskusje na forach, aż wreszcie krytykowanie amatorskich opowiadań na tyle się uniezależniło, że stało się nurtem samo w sobie. Strony internetowe czy blogi, które zajmują się krytyką amatorskich opowiadań, z wytykaniem błędów, nielogiczności i ogólną oceną utworu, za sprawą zgryźliwego humoru dostarczające czytelnikom niemało rozrywki, to właśnie Analizatornie.
Warto przy tym odróżnić je od Ocenialni, czyli stron wystawiających oceny blogów i stron, z uwzględnieniem szablonu, przejrzystości czy czytelności, choć w pewnym stopniu obie formy się przenikają - ocena bloga może być bowiem połączona z oceną tekstu, choć zazwyczaj analizatornie czynią to dokładniej, rozbierając na czynniki pierwsze kolejne akapity.


Historia
Za granicą bardzo podobne w formie analizy są zwykle określane jako MSTing, ewentualnie MiSTing. Nazwa wzięła się od starego serialu telewizyjnego Mystery Science Theater 3000 opartego właśnie na zjadliwej krytyce (choć widziałem też rozwinięcie Marry Sue Torture). Był to dosyć dziwny twór. Zasadniczo fabuła przedstawiała się następująco: pewien astronauta i pomagające mu roboty zostają uwięzieni na statku kosmicznym w taki sposób, że cały czas muszą oglądać filmy klasy B i C, co stanowi formę psychologicznego eksperymentu szalonego naukowca. Nie mając nic innego do roboty, zaczynają bawić się w śmieszne docinki do fragmentów filmów, czepiając się błędów, wyśmiewając absurdy i opowiadając żarty. Serial tak bardzo spodobał się telewidzom, że miał kilka sezonów. Był kręcony od 1988 do 1999 roku.

 Już u początków internetu fani serialu zaczęli naśladować jego styl, omawiając w formie zapisu odcinka bądź autentyczne filmy, bądź książki i wreszcie także fanowskie opowiadania. Najbardziej klasyczna forma to fragmenty tekstu przedzielone komentarzami fikcyjnych czytelników, takich samych jak bohaterowie serialu, czasem ze wstępem i zakończeniem, komentującymi mogą być też kanoniczne postaci z danej powieści. Obecnie jednak nazywa się tak także typowe analizy bez bawienia się w fikcyjne dialogi, ten typ określa się także sporking. Jest to forma najbardziej zbliżona do polskich analizatorni.

Obecnie najbardziej popularne jest chyba MiSTingowanie mangi i serialów, natomiast analizy fanfików mają chyba mniejszą popularność, w każdym razie mało znalazłem stron poświęconym konkretnie takiej krytyce. Wydaje się że obecnie ta forma nie jest zbyt popularna.


Historia polskich analizatorni ginie w mrokach internetu. Dosłownie. Zasadniczo z przejrzenia blogów i forów wynikałoby, że pierwszą analizatornią literacką w tym charakterystycznym stylu docinek do kolejnych fragmentów opowiadania, była Locha Snejpa, założona w kwietniu 2005 roku początkowo pod nazwą Jan Mylog. Archiwalne wpisy zachowały się w Wayback Internet Machine zanim około 2008 roku oryginalny blog został skasowany. Parę lat temu został odtworzony na blogspocie, gdzie znalazły się wszystkie archiwalne wpisy (Link).
Pytanie jednak - skąd autor tego bloga wziął pomysł? Sądząc po ukształtowanym stylu już w pierwszym wpisie, coś podobnego musiało istnieć wcześniej, nie mogłem jednak znaleźć co to było. Może dyskusje na forach albo listach dyskusyjnych, może dyskusje w komentarzach pod blogami - bez wątpienia z tych zjawisk wyrosły analizatornie, ale kto pierwszy wpadł na ten pomysł, i czy przypadkiem idea nie została zaimportowana z krajów zachodnich, gdzie podobne analizy w zinach i portalach istniały już dawno, tego nie sposób się dowiedzieć. Najbardziej prawdopodobne jest że styl krytyki skrystalizował się na forum literackim - tym bardziej że jedna z analizujących Lochy wywodziła się z forum Mirriel.

W każdym razie słynący z ciętych i ironicznych ocen blog przetrwał kilka lat, stając się inspiracją dla kolejnych. W Styczniu 2006 pojawia się analizatornia Ant Sweet znana też jako Złe Kaśki, już skasowana, choć archiwalne posty zostały ostatnio zamieszczone na innej stronie (link) W marcu 2006 powstaje strona Bill und Smerfy, także już nieistniejąca (Archiwum), choć jeszcze niedawno kontynuowana (Link). Równocześnie pojawia się Analizy Yakusoku (Archiwum) wspominana przez niektórych jako dobra i inspirująca. W 2006 powstaje jeszcze kilka analizatorni, które zaczęły być pisane w inspiracji Lochą, w tym Sailorki, Smirk, Dzicze Zagryzają, Qviatuszki.
We wrześniu 2007 powstaje Mrocna Cwoorca. W marcu 2008 poświęcona fandomowi Naruto Wioska Pisaków. Równocześnie inspirowana Lochą pojawia się Pesymistyczna Łączka Kłapouchego - blog zdecydowanie nietypowy, prezentujący kiepskie fragmenty książek które wycięto podczas redagowania przyjętych do druku tekstów, a więc te błędy które autor popełnił ale redaktor poprawił; blog z przerwami działał do minionego roku. Gdzieś w międzyczasie powstaje zbiorowa analizatornia KillerZ, w ramach akcji Podaruj Dziecku Słownik, nie jestem pewien kiedy bo była przenoszona.

W sierpniu 2008 pojawia się blog Sierżant und Saper (SuS), początkowo poświęcony opowiadaniom o zespole Tokio Hotel, z czasem rozwijający się we wszechstronną analizatornię rozmaitych blogów, który dorobił się kilku autorów. Z czasem między autorami założycielami a późniejszą ekipą zachodziły różne niesnaski, co zaowocowało w końcu podziałem i stworzeniem nowego bloga na który przeniesiono część starszych analiz. I tak w 2011 roku powstała Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona (NAKWa), biorąca nazwę od charakterystycznego błędu w jednym z opowiadań* W międzyczasie w lipcu 2009 pojawia się Przyczajona Logika Ukryty Słownik (PLUS). Te dwie analizatornie stanowią  dziś chyba najbardziej znane i wpływowe.

W tym okresie następuje prawdziwy rozkwit. Blogi typowo analizatorskie, lub ocenialnie blogów łączące ocenę szablonu i wyglądu z oceną literacką powstają jeden po drugim, często różnej jakości, dlatego w końcu powstał Karny Kaktus - ocenialnia ocenialni i analizatorni. W 2012 roku zaczyna działać blog Czarne Owce Literatury, zajmujący się analizą kiepskich lecz wydanych na papierze powieści i opowiadań.
Ze stosunkowo nowych wyróżnia się blog Pomackamy, będący w zasadzie pomocą dla początkujących autorów - w zgłoszonych opowiadaniach wytykane są i omawiane błędy, pojawiając się wraz z propozycjami jak można poprawić wątpliwe fragmenty czy w ogóle fabułę.

Poza omawianymi, które wydały mi się najbardziej reprezentatywnymi blogami w tym nurcie, istniało oczywiście wiele innych, jak Młot na Głupotę od grudnia 2008, Dementor-Demonter z lipca 2008, czy Cafe Gorgona od 2012 roku. Obecnie znaleźć można kilkanaście blogów o tej funkcji, często prowadzonych przez nastolatki i nie zawsze merytorycznych. Pojawiały się też blogi omawiające konkretne dzieła - w tym szczegółowe omówienia kolejnych książek Stephanie Meyer, analiza 50 twarzy Greya, analizy Eragona.

Podam cie do sondu czyli reakcje autorów
Jak łatwo przewidzieć, reakcje autorów analizowanych dzieł nie są zbyt optymistyczne. W końcu bądź co bądź każda taka analiza to dogłębne zjechanie czegoś, co było uważane za dzieło wprost z serca, w co zostało włożone wiele wysiłku, co stanowi często kolejny tom opowieści prowadzonej od maleńkości. A w takiej sytuacji łatwo nie zwracać uwagi na to, że duża część wytkniętych błędów i niedorzeczności warta jest jednak poprawy.

Jest kilka sposobów w jakie autorzy analizowanych dzieł mogą reagować. Najprostsza to zignorowanie i uznanie analizy za niesprawiedliwy hejt. Niektórzy blogerzy kasowali blogi lub zamykali dostęp. Od czasu do czasu autor pojawia się na analizatorni aby w różnorodnej formie przekazać swe oburzenie, czasem niecenzuralnie. Mogą wtedy paść takie argumenty, jak na przykład "piszę tylko dla siebie, nie musicie czytać jak się nie podoba" ewentualnie "mam dysleksję to dlatego piszę z błendami". Niejednokrotnie jednak padają groźby wytoczenia sprawy sądowej za kradzież intelektualną lub przedruk bez pozwolenia. Nad tym ostatnim wypadałoby się zatrzymać.

Polskie przepisy odnośnie praw autorskich z jednej strony bardzo dokładnie określają jakie są prawa autora i w jakim zakresie dzieło jest jego własnością, lecz równocześnie pozostawiają dość szeroki margines dozwolonego użytku. Dla recencentów znaczenie może mieć artykuł 25 (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631) mówiący o dozwolonym rozpowszechnianiu streszczenia utworu, jednak główną podstawą prawną legalizującą analizy, jest artykuł 29:
1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.[1]
Analizy cytujące obszerne fragmenty dzieł stanowią analizy krytyczne jak i omówienie; w pewnym stopniu cytowanie stanowi "prawo gatunku" jeśli uznać że analizatornia to osobny gatunek krytyki literackiej. Zgodnie z tym przepisem można cytować fragmenty krytykowanych dzieł nawet bez pytania o zgodę autora.


Czasem lepiej czasem gorzej
Choć bez wątpienia analizatornie propagują krytyczne podejście do tekstu i piętnują najgorsze motywy, trudno oprzeć się wrażeniu że czasem nie chodzi o to aby coś przeanalizować, tylko o to aby się pośmiać. Ironiczny styl niekiedy skłania analizujące do tego, aby wyolbrzymiać błędy i rozbudowywać komentarze do fragmentów bez błędów, tylko na tej zasadzie "bo ten kawałek mi się skojarzył". W dodatku niekiedy autor analizowanego opowiadania może mieć trudności w zrozumieniu jaki właściwie błąd ma być wytykany przez obszerny komentarz, z jakimś wierszykiem i wstawką obrazkową, a może chodzić o brak przecinka czy kropki. W ostatniej Sylwestrowej Ustawce na NAKWie na samym początku pojawił się taki fragment:

Ponure. Tak można było określić to miejsce. Nie było tam kwiatów, nie świeciło słońce. Ściany były pokryte czarną tapetą.
Nie stać nas na marmury. Nie stać nas nawet na czarny dąb. Oszczędzamy, żeby szybciej przejąć władzę nad światem!
I na czarnych tapetach nie widać brudu.
A przyklejono je czarnym klejem.[2]
Ale że co jest źle? Dopiero w komentarzach analizatorki wyjaśniły, że pokrycie ścian tajnej mrocznej kwatery Złego tapetą brzmi prozaicznie. I dlatego musiały to podkreślić kilkoma rozbieżnymi dopiskami. Podobne wrażenie powstaje w sytuacji gdy analizę prowadzi na raz duża liczba osób, czasem pięć, czasem sześć, w jednym przypadku nawet jedenaście, gdy kolejni dopisują komentarze nie do fragmentu z błędem lecz do komentarza wcześniejszego. Zwrócił moją uwagę na przykład taki fragment analizy:
Rozdział 1.1
Mały, czarnowłosy chłopczyk załkał cichutko. Nie odważył się głośniej. Wiedział, że gdyby ktoś go usłyszał, awantura trwałaby dalej. Nikogo nie interesowało, że chciał się tylko napić, a kubek po prostu wyśliznął mu się z rąk. Kara była taka jak zawsze: komórka i brak kolacji.
Nie zabrali mu komórki za karę? To dobrze.
Ale pewnie nie dali ładowarki.
Zamiast bezproduktywnie chlipać w kątku, mógłby sprzedać komórkę i kupić sobie kolację.
Ciekawe, czy dostaje nową komórkę za każdym razem, kiedy stłucze kubek. W sumie nawet rozumiem tę karę: zanim zdąży się przyzwyczaić do nowego aparatu, jego klawiatury czy ustawień, to już musi przywykać do następnego.
O ile zabierają mu te poprzednie. Kto wie, może ma już całą kolekcję.
Łkał, bo miał być iPhone, a dostał tylko Nokię z Win8 na pokładzie.
Z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem i bez aparatu.[3]
Co tu jest takiego złego? Nie bardzo wiadomo o co chodzi z tą komórką w ramach kary, ale pięć kolejnych osób miało różne skojarzenia. Problem w tym, że w następnym zdaniu tego opowiadania wyjaśnia się, że kara polegała na zamknięciu w komórce. Jedno zdanie więcej i nie były by potrzebne dyskusje o wyświetlaczach i ładowarkach.

Zasadniczo NAKW i PLUS starają się trzymać jakiś poziom - zwłaszcza że oceniające to często dorosłe osoby po studiach, mogące z pewnym dystansem podchodzić do twórczości nastoletniej. Są jednak strony gdzie więcej jest dowcipu i docinek niż merytorycznej treści. Ironia i humor, będące podstawą analiz, podobają się wielu, ale nie każdy dowcip jest trafny. Niezbyt podobają mi się na przykład analizy Paskud, gdzie śmieszne komentarze do zdań bez błędów są częste. Jeszcze słabszy jest blog Oceniajo, gdzie humor opiera się na przekleństwach i wrzucaniu sprośnych aluzji gdzie się da.

I po co to wszystko?
Po to mianowicie, aby co niektóre osoby skłonić do podniesienia sobie poprzeczki. Bo niektóre fanfiki to na prawdę obiecujące teksty literackie, ale brak krytycznego podejścia do tekstu to brak rozwoju.

No i żeby się trochę pośmiać.

------------
- http://en.wikipedia.org/wiki/MSTing
https://encyclopediadramatica.se/MST
- https://deadendsolutions.wordpress.com/fan-friction/

[1]  http://pl.wikisource.org/wiki/Prawo_autorskie_%28ustawa_z_4_lutego_1994_r._tekst_jednolity_z_2006_r.%29
[2]  http://przyczajona-logika.blogspot.com/2015/01/pupus-do-nogi-czyli-jak-przestaem-sie.html
[3]  http://przyczajona-logika.blogspot.com/2014/01/wilkoacze-przywitanie-po-swietach.html
* Z oryginalnego opowiadania: "-No też własnie cziekawe czy to możliwe żeby on tutaj tak z nami mógłby dać jakiś znak że jest kołonas - i z momentem wypowiedenia tych słow spadł kolonas waazon jakby jakas nadprzyrodzona siła go tu zrzuciła ..." - analizatorki zażartowały w tym momencie, że Kolonas Waazon to pewnie słynny łotewski komandos, któremu nigdy nie otwierał się spadochron. Chodziło oczywiście o "koło nas wazon".

ps. Zrobiłem z tego Gif bo to klasyk:
 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Plaga plagiatów

Ach te plagiaty. Wrzód na obliczu literatury.

Zaczęło się parę dni temu od historii plagiatu z bloga, ale gdy zacząłem grzebać w temacie, byłem zaskoczony jak wiele podobnych spraw miało ostatnio miejsce.

Wojenka z Belloną
Na początek wpis z bloga Akrylove zapiski Leithy, gdzie autorka opisuje swoją batalię z wydawnictwem Bellona, które wydało w zeszłym roku książkę Yakuza: Bliźniacza krew (Romaniuk Agata)
Otóż jak się okazuje, powieść Agaty Romaniuk jest plagiatem z bloga "Niko Sasuke", prowadzonego przez kilka lat przez Leithę. Plagiatem bardzo bezczelnym, bo polegającym na zmianie drobnych szczegółów i nawiązań do mangi, z dopisaniem własnego zakończenia, którego opowiadanie kontynuowane na blogu od siedmiu lat nie ma. [1]
Leitha opisuje sprawę sądową toczącą się z oskarżenia publicznego, zakończoną ostatecznie potwierdzeniem zarzutu naruszenia praw autorskich ale też odstąpieniem od ukarania sprawczyni, ze względu na jej niepełnoletność. Samo wydawnictwo tłumaczyło blogerce, że nie mogli sprawdzić autentyczności książki, bo wydają 300 książek rocznie i nie mają na to czasu.

Sprawa więc na razie wygląda tak, że prawowitej autorce pozostaje wytoczyć sprawę z oskarżenia cywilnego, na którą jednak nie ma pieniędzy.
Wydawnictwo Bellona już w zeszłym roku opublikowało trójzdaniowe przeprosiny, bardzo niepozorne i trudne do odnalezienia, zarazem nie poczuwając się do żadnych innych działań - sprawa się toczyła i skończyła się potwierdzeniem plagiatu, a książka nadal była dostępna w księgarni wydawnictwa.
Po wpisie Leithy czytelnicy bloga starali się rozpropagować informację o plagiacie gdzie się da - w miejscach gdzie wcześniej recenzowano książkę, na wykopie, na profilach facebookowych grup czytelniczych i wreszcie w listach i komentarzach wysyłanych do wydawnictwa. Przyniosło to wreszcie skutek - kilka dni temu Bellona opublikowała na swoim profilu przeprosiny, przy okazji przypominając o tamtych zeszłorocznych przeprosinach (jakby to załatwiało sprawę), oraz wycofując książkę ze swojej księgarni internetowej. [2]

Propozycji czy zamierzają z tą sprawą zrobić coś więcej, na razie brak.

Życie elit wydawniczych
Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsza taka sprawa w Bellonie - w 2012 roku okazało się że książka Pojedynki w Polsce (Golec Michał) jest plagiatem klasycznej pozycji Pojedynki (Szyndler Bartłomiej). Gdy zaskoczony odkryciem historyk wysłał list w tej sprawie do wydawnictwa, Bellona odpisała że... wydają co roku 300 książek i nie mają czasu sprawdzać oryginalności.

Z kolei w 2011 roku plagiatem okazała się książka Bellony Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej (Koper Sławomir) kopiująca tekst i ilustracje z książki Magdalena, córka Kossaka: Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec .[3]
Obie te sprawy skończyły się przeprosinami i ugodą sądową. [4] Choć zarazem obie są jeszcze dostępne w księgarni wydawnictwa.

Ciekawe co by było gdyby czytelnicy zaczęli pomagać Bellonie i sprawdzać, czy przypadkiem tych plagiatów nie jest w tym wydawnictwie więcej? Skoro w ogóle tego nie sprawdzają bo za dużo wydają, można mieć podejrzenia że że zdarzają się wydawnictwu przynajmniej kilka rocznie.

Kabaret w ciemności
Jednak zbyt daleko idące zapożyczenia zdarzają się też w tekstach publicystycznych. Jeden z takich przypadków ostatnio prześledziłem.

Po ukazaniu się nie tak dawno książki Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce (Kałużyński Wojciech) autorka bloga Zwierz Popkulturalny, opublikowała artykuł w którym zauważa podejrzane podobieństwo treści rzeczonego opracowania, do znanej pozycji Historia kina polskiego (Lubelski Tadeusz). W zasadzie, w jej opinii, książka Kałużyńskiego to w większości streszczenie książki Lubelskiego. Wprawdzie książka ta jest wymieniona wśród źródeł, lecz porównując obie, blogerka stwierdziła że Kałużyński w zasadzie tylko parafrazował poprzednika, liczne zdania pozostawiając w niezmienionej postaci.

" Kałużyński stosuje ciekawą metodę – od Lubleskiego pożyczył właściwie wszystko. Strukturę narracji (kolejne akapity książki odpowiadają kolejnym rozdziałom czy podrozdziałom książki Lubelskiego), dobór cytatów (które co ciekawe niekiedy streszcza własnymi słowami), dobór przykładów, oraz całe poszczególne zdania. Nie waha się przytaczać tych samych anegdot, tych samych wypowiedzi. W tej samej kolejności. Oczywiście niekiedy zdania są poddawane pewnym modyfikacjom, czasem Kałużyński opuszcza całe ustępy pracy Lubelskiego (wszak to bryk!), niekiedy zaś bawi się w specyficzny głuchy telefon, przytaczając bez przypisu coś co wcześniej Lubelski przytoczył w przypisie. W ten sposób potraktowany został np. cytat z badaczki Małgorzaty Henrykowskiej.
Chciałabym napisać coś błyskotliwego o tym plagiacie ale nie mogę. Bo to też najmniej błyskotliwy plagiat jaki widziałam. Co więcej jestem przekonana, że nie tylko z książki Tadeusza Lubleskiego. Skąd to wiem? Ponieważ na to że coś z książką jest nie tak natknęłam się znajdując u Kałużyńskiego dokładnie takie samo zdanie jak w książce Stanisława Kopra – tylko że nie w dziale poświęconym kinematografii a teatrom dwudziestolecia. Nie badałam jednak sprawy dalej ponieważ nie jestem w posiadaniu książki źródłowej (nie oskarżam Kopra o plagiat ale mniemam że on też korzystał z jakiegoś opracowania)." [5]

Tak wyrażone zarzuty nie robiłyby żadnego wrażenia, gdyby nie podane przykłady:

* „ Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego, wyświetlanej właśnie w Galicji – udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu, rekomendowanemu przez słynnego aktora Józefa Kotarbińskiego” (Lubelski s. 36)

* „Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony ponoć powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego– udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu” (Kałużyński s. 22)

albo też:

* „Zanim w 1917 roku wyjechała na stałe za granicę, gdzie w Niemczech, a następnie w Stanach Zjednoczonych zdobyła status wielkiej gwiazdy kina niemego, wystąpiła w ośmiu filmach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała jeden typ: kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłów (1914) Jana Pawłowskiego , będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917), jedynym ocalałym filmie z jej udziałem z tego okresu – ginęła w finale, mordowana przez zazdrosnego apasza, dawnego kochanka, w Żonie (1915) sama po zdradzie męża odbierała sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską część kariery Poli Negrii” (Lubelski s. 37/38)

* „ Zanim w 1917 roku wyjechała z Polski, by święcić triumfy w Niemczech a później w Hollywood, wystąpiła w ośmiu obrazach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała typ kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłow (1914) Jana Pawłowskiego, będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917) ginie w finale, mordowana przez zazdrosnych kochanków. W Żonie (1915) po zdradzie męża odbiera sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską karierę Poli Negi” (Kałużyński s. 26)
Czy to możliwe że znany autor popełnił taką wtopę? (a wydawnictwo PWN nie zauważyło ?) Cóż. Z tego co wiem to nie jedyny taki zarzut w jego karierze.

 Bloger ukrywający się pod pseudonimem Ebenezer Rojt od kilku lat prowadzi bloga Kompromitacje, skupiającego się na błędach i pomyłkach ludzi pióra. W kolejnych artykułach zagłębia się w takie rzeczy, jak cytowane przez Trumana Capote powiedzenie Matki Teresy z Kalkuty, który w rzeczywistości nie padło z jej ust, czy śledzenie przekłamań cytatów z Miłosza w demaskatorskich artykułach Łysiaka.
W niedawnym wpisie opisuje jak czytając książkę Pół życia w ciemności: Biografia Zygmunta Kałużyńskiego (Kałużyński Wojciech) zauważył w jednym z rozdziałów zaskakujące podobieństwo do artykułu, jaki sam opublikował dwa lata temu.
W zasadzie wyglądało to tak, iż w części na temat książki Zygmunta Kałużyńskiego "Podróż na zachód" drugi Kałużyński, bo Wojciech, skopiował od blogera wszystkie uwagi na temat błędów i przekłamań w opisach filmów, oczywiście nie zaznaczając tego w żaden sposób.

" A tak znów muszę powtórzyć, że Wojciech Kałużyński zerżnął ode mnie zarówno moją dość pracochłonną analizę książek Tyrmanda i Blesha, jak i płynący z niej wniosek oraz przypisy. Ale też znów miał pecha ze swoją "inwencją", bo rozbijając kradziony cytat z książki Mariusza Urbanka (której pewnie nie widział na oczy) pierwszą część tego cytatu na wyczucie przypisał do strony 160, a drugą do strony 161. No i tu się przejechał, bo pierwsza część cytatu z Urbanka w rzeczywistości też ciągnie się aż do strony 161.
To wprawdzie drobiazg, ale ponieważ takich drobiazgów jest w tej książce znacznie więcej, ma ona pod względem faktograficznym wartość pospiesznie skleconej na kolanie chałtury. " [6]

Szukając w internecie komentarzy do sprawy, natknąłem się jeszcze na informację o artykule Kałużyńskiego "Homo eroticus na miarę czasów", który ukazał się w Przekroju w lutym 2012. W maju redakcja Przekroju wydała przeprosiny, w związku z zauważonymi w tym artykule daleko posuniętymi zapożyczeniami z artykułu Anny Tatarskiej, jaki ukarał się na wp.pl w grudniu poprzedniego roku.
[7]
Więc tak to jest z tym poważnym krytykiem filmowym.

Pokusińska
Innym takim znanym przykładem jest zamieszanie wokół książki podróżniczej Georgialiki: Książka pakosińsko-gruzińska (Pakosińska Katarzyna), co do której wyszło na jaw iż zawiera rozległe i wielokrotne zapożyczenia tekstu z bloga Oblicza Gruzji, z artykułów na Wikipedii, czy artykułów na Przeglądzie Prawosławnym, obejmujące skopiowanie bez zmian całych stron.[8] Ostatnia informacja od Paskala pochodzi z lutego, iż stwierdzili naruszenia i teraz badają tą sprawę.


Od paru lat Wroński publikuje w Przeglądzie Akademickim artykuły o plagiatach w tekstach naukowych. Mam wrażenie że przydałoby się miejsce gdzie mogłyby być publikowane informacje o plagiatach literackich. A wygląda na to, że wraz z upowszechnieniem samowydawniczości może takich spraw zachodzić coraz więcej.

-----------
[1] http://akrylove.blogspot.com/2014/10/breakin-law.html
[2] https://www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona?hc_location=timeline
[3] https://forumakademickie.pl/fa/2012/04/napisane-bez-honoru/
[4] https://forumakademickie.pl/fa/2013/03/moralny-upadek-recenzenta/
[5] http://zpopk.pl/jedna-ksiazka-w-cenie-dwoch-czyli-zwierz-na-tropie-plagiatu.html#ixzz3JuopXiQ7
[6] http://kompromitacje.blogspot.com/2014/05/kaluzynski-plagiatuje-rojta.html
[7] http://sweet-rush.tumblr.com/post/23441791616/veni-vidi-vici-vol-1-absolutna-powaga
[8] http://natemat.pl/88849,co-druga-strona-w-ksiazce-katarzyny-pakosinskiej-zawiera-splagiatowane-fragmenty-podroznik-na-wojnie-z-wydawnictwem

czwartek, 17 lipca 2014

Murzynek Bambo

W dyskusjach na temat poprawności politycznej, i kwestii tego jakie określenia pewnych grup są właściwe a jakie nie, przewija się czasem argument Murzynka Bambo, rzekomo kontrowersyjnego, potencjalnie rasistowskiego wiersza, który z pewnością zostanie wkrótce zakazany w ramach dążenia do poprawności politycznej.
Uważającym że wiersz jest kontrowersyjny, radzę go najpierw przeczytać, bo mam wrażenie że od czasów gdy przestał się pojawiać w szkolnych podręcznikach, stał się dla 90% społeczeństwa znany ze słyszenia, tak jak słynne "Ala ma kota" z przedwojennego elementarza którego mało kto na oczy widział.

Proponuję zatem najpierw przeczytać a potem zastanowić się na ile kontrowersyjny jest to wiersz, bo mam wrażenie że jest dokładnie odwrotnie:

Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.

Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki.

A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje - to jego praca.

Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!"
A Bambo czarną nadyma buzię.

Mama powiada: "Napij się mleka",
A on na drzewo mamie ucieka.

Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
A on się boi, że się wybieli.

Lecz mama kocha swojego synka,
Bo dobry chłopak z tego Murzynka.

Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
Nie chodzi razem z nami do szkoły
 Jak przedstawiony jest Bambo? Czy negatywnie? Czy jest potępiany?
Na samym początku uwagę powinno zwracać określenie "nasz koleżka". Wiersz został napisany dla dzieci z pierwszych klas szkoły. Jeśli o Bambo pisze się "nasz koleżka" to oznacza to tylko tyle, że "mały murzynek jest waszym kolegą drogie dzieci". Nie sługą, nie zabawnym głupim niewolnikiem jak u Sienkiewicza, tylko małym chłopcem, takim samym jak wy dziatki.

W tej konwencji napisana jest cała reszta. Chłopiec jest niesforny i lubi psocić, a jego postać przedstawia ogólnodziecięce stereotypy. Jakoś tak się utrwaliło, że dzieciaki są małymi łobuziakami, lubią figle i żarciki, nie lubią gdy wieczorem zagania się je do kąpieli, nie lubią mleka itp. W zasadzie autor mógłby jeszcze dorzucić szpinak.
Na koniec okazuje się jednak, że murzynek jest "dobrym chłopakiem" kochanym przez matkę i że bardzo szkoda że taki mały murzynek nie uczy się razem z nami, w polskiej szkole podstawowej, bo to przecież "koleżka" taki jak my.

Wymowa ogólna wiersza jest więc wręcz antyrasistowska - mały murzynek jest takim samym chłopcem jak nasze polskie, białe dzieci, mógłby spokojnie uczyć się z nami. Nie ma podziału na rasy, nie ma mówienia kto jest gorszy a kto lepszy.

Kontrowersyjny może być natomiast sposób przedstawienia dla czytelnika zachodniego, bo niewinne przedstawienia niesfornego dzieciaka w kontekście koloru jego skóry wydają się idealnym odwzorowaniem wielowiekowych stereotypów jakie panowały i wciąż panują w USA.
Jeśli Murzynek cały dzień zajmuje się tylko "figlami i psotami" mogłoby to odpowiadać stereotypowi, że czarni nie chcą pracować a zamiast tego popełniają przestępstwa. Uciekanie na drzewo wygląda jak podkreślanie prymitywizmu, podobieństwa do zwierząt. Nie chce się kąpać, co odpowiadałoby częstemu przekonaniu, że ludzie o ciemnej karnacji są po prostu brudni, że śmierdzą czy to z braku higieny czy z natury (podobna w formie była antysemicka narracja o Żydach śmierdzących czosnkiem). Na dodatek chłopiec boi się, że się wybieli od kąpieli, czyli uważa jasną skórę za niewłaściwą.
Z punktu widzenia kulturyZachodu  wiersz jest straszny, z naszego naszej nie, bo stereotypy tego typu albo u nas nie krążyły albo pojawiły się stosunkowo niedawno. Różnice kulturowe powodują, że ocena polskiego wiersza z lat 30. za pomocą kategorii ocen wypracowanych we współczesnej Ameryce, nie jest taka oczywista. Trzeba być ignorantem aby nie brać tego pod uwagę.

Zresztą sami amerykanie mają problem z oceną własnych dawnych wytworów - w wielu bibliotekach szkolnych usiłowano wycofać lub wycofywano "Chatę Wuja Toma", książkę słynną z tego, że wywołała dyskusję na temat niewolnictwa, zwłaszcza w kontekście jego niezgodności z chrześcijaństwem. Z jakich przyczyn ją wycofywano? Bo miała propagować rasizm...
Autorka przedstawia czarnych niewolników tak, jak byli traktowali - podle, brutalnie, gorzej niż zwierzę; wkłada w usta złych postaci takie słowa jakie były w tym czasie używane w stosunku do Murzynów, a więc niewolnik, ścierwo, czarnuch. Wprawdzie jej intencją było realistyczne przedstawienie tego co miało miejsce, ale w dzisiejszych czasach z niemal odruchową poprawnością polityczną, realistyczny obraz dawnego niewolnictwa jest niewłaściwy.
Podobnie jest a Huckiem Finnem z książek Marka Twaina, który często używa słowa nigger dziś uważanego za obraźliwe, ale wtedy jeszcze nie, toteż trudno na tej podstawie przypisać Twainowi rasizm. Tabuizacja tego słowa doprowadza do tego, że nawet w opracowaniach naukowych na temat rasizmu, bywa zastępowane eufemizmem "słowo na literę N" (Sami Wiecie Jakie).

Zajmę się tutaj jeszcze kwestią słowa "murzyn" uważanego za kontrowersyjne. Osobiście nie uważam, aby słowo było rasistowskie, w dodatku powinno być nadal używane, na co mam dwa uzasadnienia:
1. Słowo w ogóle nie odnosi się do koloru skóry - wszystkie angielskie określenia w mniejszym lub większym stopniu jednak zaznaczają, że cechą wyróżniającą na podstawie której określa się kogoś tą nazwą, jest czarny kolor skóry. Za neutralne uważa się "black" czyli czarny. Obraźliwe nigger i w mniejszym stopniu negro wywodzą się z hiszpańskiego słowa oznaczającego czarny kolor. Ogół nie-białych ludzi jest też określany jako colored - "kolorowi", co poza slangiem też jest uważane za obraźliwe określenie.
Nasz polski Murzyn sam w sobie nie zawiera sugestii, iż nazwany w taki sposób człowiek ma  czarną skórę. Jeśli przeciwieństwem rasizmu ma być sytuacja, w której kolor skóry przestaje mieć znaczenie, to bardziej do takiej sytuacji pasuje "bezbarwny" murzyn niż "czarny"
2. Słowo ma długą historię i nigdy nie było używane wyłącznie w obraźliwym kontekście - słowo wywodzi się od określenia Maur, przywędrowawszy prawdopodobnie za pośrednictwem niemieckiego Mohr, będąc w pewnym sensie zdrobnieniem. Maurami w dawnych czasach nazywano czarnoskórych Afrykanów, ale też ogół muzułmanów, czasem nawet włochów o ciemnej karnacji. Przez długi czas poza "maurem" i "murzynem" nie było u nas w powszechnym obiegu innych określeń, toteż zawierają go wszystkie zbitki językowe i przysłowia, odwołujące się do przypisywanych czarnoskórym cech. Zarazem jednak nie było używane w celu obraźliwym, po części z braku podmiotu do którego można się było zwrócić, po części z braku alternatywnych określeń.

Warto też w ocenie brać pod uwagę ówczesną kulturę polską. W tym czasie praktycznie nie było u nas żadnych Murzynów, a co za tym idzie nie rozwinął się klasyczny rasizm. Wszystkie ówczesne podziały społeczne toczyły się na linii Polak-Niepolak oraz wedle kategorii religijnych, w mniejszym stopniu politycznych. Autor prawdopodobnie nie wiedział jak czarnoskórych traktuje się w tym czasie w Ameryce, trudno więc przypisywać mu jakąś intencjonalność w doborze przykładów, tym bardziej że sam w tym czasie doznawał prześladowania z powodu pochodzenia (większość głosów krytycznych sprowadzała się w tym czasie do stwierdzenia, że Tuwim jest Żyd i jego wiersze dlatego są złe).

Jeśli chodzi o imię - Bambo mogło wziąć się od Bambusa, ale z drugiej strony liczne ówczesne bajeczki nadawały bajkowym Murzynom podobne imiona, zdaje się że była w tym czasie dostępna zabawka o tym imieniu, w każdym razie "Małe Pisemko" opublikowało kilka wierszyków o chłopcu, jego misiu i murzynku Bimbo lub Bambo.
W Ameryce popularna była w tym czasie książka o "Murzynku Sambo" , potem wywołująca kontrowersje, ale głownie z powodu ilustracji, bo treść nie zawierała niczego poniżającego.

Zatem w skrócie: Wiersz Tuwima na antyrasistowski wydźwięk. Murzynek jest "naszym koleżką" czyli dzieckiem takim samym jak polskie dzieci, i szkoda że nie uczy się wraz z polskimi dziećmi w szkole. Jest przedstawiany wedle stereotypów, ale nie rasistowskich lecz ogólnodziecięcych - jest łobuziakiem, nie lubi mleka nie lubi gdy zaciągają go do kąpieli - ale mimo to pozostaje dobrym chłopcem.

Nawiasem mówiąc jeśli już coś miałoby być obraźliwego, to raczej ilustracje kolejnych wydań tego wiersza, gdzie konsekwentnie z chłopca w pierwszej klasie szkoły robi się małego dzikuska w spódniczce z trawy, albo coś podobnego do małpki:




To jest dopiero utrwalanie stereotypów...

niedziela, 25 maja 2014

Poradnik uśmiechu - Jak często mleko?

Poradnik uśmiechu i tajemnicza atmosfera wokół Krainy grzybów to nowy fenomen internetu, lecz zarazem interesujące zjawisko kulturowe.
Oczywiście zdarzały się już pewne akcje budzące zainteresowanie swoją niejasnością i tajemniczością, ale szybko okazywały się wiralnymi akcjami reklamowymi, w rodzaju Yeti w Tatrach, czy meteorytu na Litwie, albo opierały się na materiałach tak słabych, że nie budzących wielkich emocji, jak choćby słabe podróbki "przypadkowo nakręcony kosmita w lesie".

W tym przypadku jest nieco inaczej. Stanowiące podstawę zagadki filmy uderzają tym jak bardzo są przemyślane, nie tracąc przy tym na dziwności. Atmosferą i stylistyką bardzo udanie naśladują filmy edukacyjne lub programy przeznaczone dla młodzieży, z lat 90. momentami jeszcze starsze, wraz z ich słabymi animacjami, wyblakłymi kolorami, kontrastami, rozmyciem i jakością dźwięku.
Pamiętam na przykład taki film o niebezpieczeństwach w domu, puszczano nam z wideo bodaj w podstawówce. Dziecko bawiło się w domu i gdy zaczynało robić coś złego, w rodzaju wkładania gwoździa do gniazdka czy podpalania obrusa, obraz robił się czerwony i pojawiała się straszna muzyczka jak z popsutego keyboarda. Połączenie tych elementów powoduje, że wiele osób oglądając Poradnik ma wrażenie, że kiedyś widzieli coś takiego, może późno w nocy w telewizji.
Takie też wrażenie starano się utrzymywać na początku, choćby poprzez wrzucenie zdjęcia starego programu telewizyjnego na profil Krainy Uśmiechu.
Również fragmenty odbiegające od schematu "poradnika dla dzieci" bardzo udanie nawiązują do starych realizacji telewizyjnych - weźmy na przykład moment z postacią, widoczną tylko jako ciemna sylwetka, ze zniekształconym głosem, którego to chwytu używały w latach 90. i nie długo później programy interwencyjne. Sylwetką była zwykle maltretowana żona lub zdeprawowany nastolatek który skruszał, a głos pogrubiony aż do basu miał ukrywać tożsamość. Na dobrą sprawę nawet momenty z użyciem green screenu dałoby się wytłumaczyć, bo takie rzeczy już wówczas umiano robić.

W kwestie rozparcelowywania podobieństw i możliwych źródeł zapożyczeń nie będę się tu szerzej wdawał, bo tym co jest najciekawsze, jest oddziaływanie na społeczność internautów. Gdyby chcieć stworzyć Internetowy Czynnik Wpływu (taki Net-IF), to najlepszym wskaźnikiem będzie nie liczba odtworzeń albo lajków, bo te można tanio nabijać odpowiednimi technikami, lecz ilość odwołań w rozmaitych miejscach a także ilość osób zaangażowanych w śledzenie zjawiska. Pod tym względem skala reakcji jest zaskakująco duża.
Wyszukiwarka podaje 748 tysięcy wyników dla "Poradnik Uśmiechu" i 828 tysięcy dla "Kraina Grzybów" z czego duża część to wyniki związane z dyskusjami na forach, natomiast liczba odtworzeń pierwszego filmu jest o połowę mniejsza; łącznie wszystkich na kanale jest nie tak dużo ponad milion. Dokładnie odwrotnie jest innymi, bardziej efemerycznymi zjawiskami - teledysk do piosenki Masłowskiej "Mister D. - Hajs" ma ponad 400 tysięcy wyświetleń, tyle co pierwszy odcinek PU. Wyszukiwarka daje jednak 26. tysięcy wyników dla tego tytułu, 4 tysiące dla "masłowska hajs", przy czym z pobieżnego przeglądu pierwszych pięciu stron wyników, większość to strony z tekstami, strony oferujące płytę, oferujące MP3 albo copypastowe recenzje. Jeszcze większy kontrast jest przy teledysku Mister D. X Anja Rubik "Chleb"  z 2,5 mln wyświetleń, i 38 tyś, wyników dla tego tytułu, przy czym większość dotyczyło komentarzy o tym, że wystąpiła tam Rubikowa a nie dyskusji o tym czy piosenka jest dobra.
Nie jest to może zbyt miarodajne porównanie, ale różnicę w poziomie wpływu zjawiska widać - o filmach Poradnika dużo się dyskutuje, o teledysku Masłowskiej mało, choć ma dobrą oglądalność. Te pierwsze mają więc większy wpływ na społeczność internautów niż ten drugi, który się ogląda ale już potem z oglądającym nie zostaje.

Ale jaki to jest wpływ? Poradnik Uśmiechu stał się zagadką, łamigłówką dla ciekawych dla której trudno znaleźć tylko jedno pasujące rozwiązanie.
Początkową koncepcją był Bad Trip. Film miał być przedstawieniem halucynacji po grzybkach i ostrzeżeniem przed narkomanią. To wciąż dobry trop, ale nie główny, szybko bowiem pojawił się wątek atomowy - Kraina Grzybów ma być Światem Wybuchających Bomb. Rzeczywiście wiele elementów filmu do tego nawiązuje, jak choćby to, że niektóre wmontowane fragmenty pochodzą z filmów o broni atomowej. Inna koncepcja mówi  grzechu - Teufel to diabeł, jabłko to symbol grzechu zapoczątkowanego ciekawością, a przecież to ciekawość wydaje się kierować dziewczynką drążącą jabłko na wylot, przez co automatycznie Kraina Grzybów to świat upadku, piekło rozkładu.
Te koncepcje oparte jeszcze jakoś na elementach samego filmu, nie wykluczają się i w zasadzie każda ma swoje prawdopodobieństwo, niemniej wielu one nie wystarczają.
Bardziej ekstrawaganckie interpretacje żerują na aktualnych lękach - Poradnik to zatem zapowiedź bliskiego konfliktu nuklearnego, zapewne związanego z Ukrainą, ewentualnie ujawnienie jakiegoś spisku. W sumie czekam już tylko na teorię o tym że film ma służyć do kontroli umysłu przez Iluminatów, poprzez podprogowy przekaz.
Osobną kwestią jest doszukiwanie się znaczenia dosłownie we wszystkim - śledząc dyskusje widzę, iż rozprawia się o znaczeniu zakłóceń obrazu, czy źródle wmontowanych obrazków, zaś ciągi skojarzeń bywają tak odległe, jak uznanie że Człowiek i Wiewiórka to Jądrowce, a klasyfikację tą wprowadził Linneusz, który pracował w Danii, a z Danii pochodzili naukowcy budujący bombę atomową.
Jeśli bardzo się chce, można znaleźć jakiś sens we wszystkim. Problem w tym, że filmy Krainy Uśmiechu bez wątpienia mają sens, ale nie koniecznie sensowne są wszystkie elementy. Ponieważ jednak podpowiedzi brak, nawet najbardziej fantastyczne dociekania nie zostają wykluczane. I być może to jest przyczyną sukcesu.

Tajemnica, o ile jest odpowiednio wieloznaczna i niedocieczona, staje się lustrem, w którym dostrzegamy to co chodzi nam po głowie. Może się to wydać wydumane, ale interpretacje i skojarzenia wokół KG mogą dużo powiedzieć o samych interpretujących. Przypomina mi to trochę rozmaite interpretacje książki Lema "Solaris", począwszy od mówiących że Ocean to nieświadomość a pojawienie się Key to rzutowanie lęków wywołanych obcą scenerią, poprzez doszukiwanie się w Oceanie płci kobiecej i uznanie wszystkiego za grę napięć seksualnych, aż po odkrycie że ocean to sowiecka Rosja a stacja to państwa satelitarne a powieść jest krytyką Komunizmu.
Czy zatem cała akcja jest jakimś eksperymentem psychologicznym? A może to po prostu próba skłonienia ludzi do myślenia?

Wpływ filmów widać też po tym, iż zaczynają się pojawiać naśladowcy, wrzucający luźno nawiązujące zagadki z trudnymi do ustalenia podpowiedziami. Zaczęła to zresztą sama Kraina za sprawą podpowiedzi wyświetlonej w jednym z filmów litera po literze w podpisach, jednak pomysł wyraźnie chwycił. Ludziom spodobały się zagadki, które zaczynają się w filmikach  a mają rozwiązanie gdzie indziej, szukanie tropów, podchody.
Oczywiście część tych naśladownictw to próby wzbudzenia popularności. Ktoś wrzuca gdzieś artykuł albo obrazek z intrygującym tytułem w rodzaju "Jak można lajków?" albo "Czy jabłko papieru?" i tylko czeka na setki ciekawskich chcących zobaczyć, czy to nowa zagadka. Albo są to po prostu żarty. Trudno żeby to się nie działo.
Ciekawe jest przy tym, że Poradniki nie stały się jeszcze źródłem memów, czy to obrazkowych czy to tekstowych. Zwykle gdy pojawia się zjawisko bardzo charakterystyczne i dziwne, wybrane momenty zaczynają krążyć w innym kontekście, tym razem przyczyną dla której obrazki z wiewiórką i podpisami jest chyba zbytnia dziwność. Cała sprawa jest bardziej niepokojąca niż śmieszna, zaś to, że jeszcze nie wiadomo o co w niej chodzi, przeszkadza w jej przyswojeniu i przetworzeniu.
W każdym bądź razie akcja stanowi majstersztyk - zupełnie minimalnymi kosztami zdołano pobudzić setki internautów do analizowania, rozważania, dyskutowania i komentowania. Dlaczego zaś Kraina Grzybów powstała, nadal nie wiadomo.

Jeszcze na koniec wytłumaczenie odnośnie tytułu - ponieważ w odcinku pierwszym pojawił się motyw papieru, który stał się motywem przewodnim drugiego, to zważywszy że w drugim filmie pojawił się motyw krowy, można domniemywać że będzie miało to znaczenie w trzecim odcinku, który jak sądzę istnieje.
Takie gdybanie.

sobota, 8 marca 2014

Racjonalista nie zawsze racjonalny

Portal Racjonalista jest najstarszym polskim portalem propagującym racjonalistyczny i sceptyczny światopogląd, promując ateizm i świeckość państwa. Poszerza swoją formułę o wiadomości naukowe, informacje na temat praw człowieka i artykuły przeglądowe dotyczące historii, nauk ścisłych czy filozofii. I o religii.

Niedawny artykuł na temat upadku imperium Azteków, przypomniał mi o pewnym starym artykule, w którym założyciel portalu daleko odszedł od racjonalnego podejścia do faktów. Może już go zmienili? - zastanowiłem się. Jednak nie. A skoro mimo licznych zastrzeżeń nadal tam wisi, to może napiszę dlaczego mi się nie podoba.

Ewangelizacja Indian
Kolonizacja obu Ameryk była wielką tragedią rdzennych mieszkańców. Przybysze z Europy uznali te ziemie za swoje zaś mieszkańców za swych poddanych, których należy nauczyć życia po europejsku, ale którzy zarazem stanowią na tyle prymitywną formę człowieka, iż można w doskonały sposób wykorzystać ich do niewolniczej pracy.
Podboje, zakazy kultywowania dawnych zwyczajów, zabijanie starszyzny i arystokracji, przerwanie ciągłości kulturowej - te powody sprawiły, że dawna cywilizacja upadła i możemy tylko domyślać się jej wyglądu, odszukując niezatarte ułomki. Podboje białego człowieka wyrządziły tym kulturom wielką krzywdę. Jednak czytając wspomniany artykuł, mam wrażenie, że Agnosiewicz grubo przesadził z ich wyliczeniem i przypisaniem wszystkich tylko duchownym.

150 na dzień
Po wstępie na temat bulli papieskiej przyznającej te ziemie kolonizatorom i zacytowaniu Kolumba, mającego nadzieję na dużą liczbę nawróceń i korzyści materialne, zaczyna się atak liczbami:
Indianie nie byli skorzy do przyjmowania Trójcy bądź to z powodu przywiązania do religii ojców, bądź też dlatego, że ich zabito. W chwili przybycia katolików na Haiti mieszkało tam ok. 1,1 mln mieszkańców. W 1510 zostało ich już zaledwie 46 tys., zaś w 1517 - tysiąc.

Milion zabitych w ciągu 18 lat? To po 150 mordów dziennie, przy pomocy niewielkiej liczby osób, dzień w dzień wliczając święta, w związku z czym Katolicy nie mieli by czasu na cokolwiek innego. Niestety brak źródeł tej informacji, a bardzo szkoda, bo te które przejrzałem szacują całkowite zaludnienie wyspy Haiti na 300-500 tysięcy osób w chwili przybycia Europejczyków[1], zaś oficjalny spis ludności z roku 1517 podawał liczbę tubylców na 14 tysięcy. To nadal gigantyczny spadek, tylko że wobec tego w artykule żadna liczba się nie zgadza.
Skąd jednak wziął się ten gigantyczny spadek? Czyżby holokaust w imię Boga i z powodu religii, jak zdaje się sugerować artykuł? Jednak nie.
Hiszpanie po kolonizacji zmienili organizację rolnictwa - wielu ludzi zostało przymuszonych do upraw bawełny, nikt nie liczył się z terminami siewów, a tradycyjne tarasowe rolnictwo uznano za niepraktyczne. Zbiory żywności znacząco zmniejszyły się a Haitańczykom zaczął doskwierać głód. Na dodatek kolonizatorzy przywieźli ze sobą nieznane choroby, na które tubylcy byli zupełnie nieuodpornieni. Pierwsza epidemia ospy nastąpiła prawdopodobnie w roku 1507, nie wiadomo jak szeroki miała zasięg, jednak zważywszy że druga w roku 1518 zabiła 90% zarażonych, musiała zebrać gigantyczne żniwo.[2] W ciągu pierwszych dziesięciu lat od kolonizacji na wyspie następuje szereg epidemii, w tym grypy.[3] To wraz z głodem doprowadza do spadku ludności.
 Agnosiewicz o tym nie wspomina.

Zniszczenie Azteków
Ta część jest bardzo krótka i traktuje ona temat dosyć pobieżnie:
Ferdynand Cortez również poważnie potraktował nakaz Pana. W roku 1519 wraz z armią uzbrojoną w broń palną, krzyże i Biblie wyruszył głosić Ewangelię Indianom meksykańskim. Było im o tyle łatwiej, że wśród Indian krążył mit o białym bogu, używającym znaku krzyża, który przybył na te ziemie, by nauczyć ludzi uprawy roli, rzemiosła, zapoznać ich z pismem, przekazać wiedzę, a podstępnie zmuszony do opuszczenia kraju obiecał, że kiedyś powróci. Jako bogowie swoją hekatombę w imieniu Ewangelizacji narodów prowadzili łatwo i szybko. Podobnie jak w przypadku Sasów „Bóg wszechmogący zatriumfował". Tylko znów ewangelizowanych zostało jak na lekarstwo.
Cortez faktycznie wymordował wielką liczbę Indian a innych zniewolił. Rzeczywiście też niewielu pozostało ewangelizowanych - ale czy zostali oni zabici przez katolików w ramach ewangelizacji? Niestety tekst jedynie napomyka o tym problemie, sugerując takie rozwiązania. Tymczasem my zajrzyjmy do źródeł historycznych. W okresie pierwszych najazdów, imperium Azteków liczyło 20-25 mln ludzi. Cortez zaczął swoje podboje w roku 1519. W roku 1520 jeden z afrykańskich niewolników, których sprowadzano wcześniej na Haiti, zaniósł do Meksyku ospę. Epidemia rozszerzyła się tak szybko że wkrótce ogarnęła stolicę państwa i największe miasta. Zmarła wówczas większość wojsk i ok. 25% populacji stolicy, na prowincji zmarła nawet połowa ludności.[4] Jeden z misjonarzy opisywał wówczas że Indianie ginęli jak pluskwy, ciała zmarłych piętrzyły się na ulicach stosami. Bywało, że wszyscy w danym domu umierali i nie było komu chować zmarłych - domy takie obalano, zamieniając je w grobowce.
Dwie następne epidemie ospy pojawiły się w latach 1545-48, potem w 1578 tyfus, w międzyczasie też koklusz, odra i grypa.[5] W 1545 i 1576 pojawiła się tam także gorączka krwotoczna. Niecałe 60 lat wystarczyło aby epidemie zabiły 80% Azteków.
O czym autor artykułu nie wspomina.

Zniszczenie Inków
W tym fragmencie w zasadzie nie bardzo jest się z czym spierać, no może tylko niezbyt poważne źródło akapitu (czasopismo Świat Wiedzy), warto jednak dodać kontekst, bo czytelnik może odnieść wrażenie że konkwistador obalił całe państwo garstką ludzi. Po tym jak epidemia ospy wybiła znaczną część Azteków, przedostała się do państwa Inków, jednak jeszcze w latach 20. XVI wieku nie miała dużego zasięgu. Zabiła jednak władcę, zaś jego synowie wszczęli krwawą i wojnę domową, zakończoną zwycięstwem Atahualpy. Dopiero wraz przybyciem Hiszpanów epidemia rozpanoszyła się na dobre, w kilku falach zabijając około 60% ludności, w tym dużą część wojsk. Stolica była już znacznie osłabiona w momencie obalenia króla. Następujące potem jedna po drugiej epidemie ospy, odry, dyfterytu, tyfusu i grypy wybiły większość niedobitków, niszcząc kulturę Inków skuteczniej niż sama tylko kolonizacja.[6]

Znowu liczby
Do dalszych części na temat palenia ksiąg Majów, czy relacji o metodach tortur właściwie nie mam zastrzeżeń, brakuje mi jednak informacji o tym kim był Bartolome de Calas, autor relacji O wyniszczeniu Indian. Wcześniej autor chętnie wymienia liczebność kapłanów w koloniach i powiązania z kościołem poszczególnych osób, tu natomiast pomija fakt, ze Bartolomeo też był duchownym, a gdy wytknięto mu to w komentarzach, uznał że to nieistotne i że w artykule na temat zbrodni duchownych katolickich nie trzeba pisać, że duchownym był człowiek który stawał w obronie Indian i opisywał okrucieństwa innych. Może nie ma, ale wymowa artykułu byłaby tym szczegółem osłabiona.
Wymowę ratuje cytat o tym, że w ciągu 150 lat ewangelizacji w Ameryce Południowej zginęło 70 mln mieszkańców. To spora liczba. Większa niż całkowite zaludnienie obu Ameryk w tamtym czasie, które szacuje się na 50-60 mln.
Brak tu źródła ale pojawia się tu przypis, który dopiero teraz napomyka że zapewne większość zmarła od chorób. Zaraz, zaraz - to najpierw czytaliśmy długi artykuł o mordowaniu milionów Indian przez katolików, żeby na koniec dowiedzieć się, że zabiła ich epidemia? Coś tu nie styka. Jakoś nie słyszałem aby zarażanie chorobami stanowiło metodę ewangelizacyjną katolickich duchownych.

W komentarzach do artykułu zachowała się jednak pierwotna forma tego akapitu, z przypisem M. Mettner. Czyżby jakiś historyk specjalizujący się w sprawach kolonizacji? Jedyny jakiego znalazłem to Matthias Mettner, autor książki o Opus Dei "Katolicka Mafia". Co to ma do Indian trudno powiedzieć.

Oczywiście wiem, że uprawiam tu straszne czepialstwo, że wygrzebuję jakiś mały, stary artykuł sprzed wielu lat, którego już pewnie nikt nie pamięta, ale o ile można zrozumieć, że autor nie będący historykiem mógł popełnić przed laty błędy w doborze źródeł, o tyle dziwi że artykuł nadal jest na portalu obecny. Jeśli przejrzycie komentarze, to w zasadzie wszystkie powyższe argumenty zostały już wytknięte, a jedyną reakcją było usunięcie najbardziej wątpliwych liczb (w tym fragmentu wedle którego w środkowym Meksyku miano zabić więcej ludzi niż ich żyło w całej Mezoameryce) i dodanie tego przypisu o epidemiach, natomiast cała reszta oskarżenia o "ewangelizacyjny holokaust milionów Indian" pozostaje.

Coś podobnego przydarzyło się w artykule na temat prześladowań czarownic, gdzie podaje, że tylko w XVI i XVII wieku spalić miano 750 tysięcy osób, ale mówi się o milionach. Owszem, byli i tacy którzy mówili o dziesięciu milionach, ale brak dowodów na poparcie. Obecnie szacunki podają liczby rzędu 40-100 tysięcy ofiar na podstawie liczby spraw, i to w dłuższym okresie bo od XV do XVIII wieku[7] To i tak ogromna liczba z której trudno się kościołowi wytłumaczyć, więc po co wyolbrzymiać?
-------
[1] http://www.hartford-hwp.com/archives/43a/100.html
[2] http://images.library.wisc.edu/AfricanStudies/EFacs/Lovejoy/reference/africanstudies.lovejoy.dhenige.pdf
[3] The Born to Die: Diesease and New World Conquest.
[4] http://colonialdiseasedigitaltextbook.wikispaces.com/1.3+Smallpox+in+Mexico
[5] http://www.allabouthistory.org/aztec-history-faq.htm
[6]  http://colonialdiseasedigitaltextbook.wikispaces.com/1.4+Smallpox+in+Peru
[7]  http://www.summerlands.com/crossroads/remembrance/current.htm

http://en.wikipedia.org/wiki/History_of_smallpox
http://en.wikipedia.org/wiki/Population_history_of_the_indigenous_peoples_of_the_Americas
http://en.wikipedia.org/wiki/Aztec_Empire
http://en.wikipedia.org/wiki/Inca_Empire
http://en.wikipedia.org/wiki/Taíno_people
http://en.wikipedia.org/wiki/Hispaniola