piątek, 29 stycznia 2021

Marsz Śmierci w Hakkoda

Pod koniec XIX wieku Japonia przeszła okres modernizacji i przyjmowania ówczesnych wynalazków, znany jako restauracja Meji. Unowocześniła wtedy też swój sprzęt wojenny, co obudziło tlące się wcześniej ambicje imperialne. Podejmowano ekspansję na północ, wzdłuż łańcucha wysp, a kąskiem, na którym wielu miało ochotę, była dość duża wyspa Sachalin. Podejmowano też próby zajmowania terenów wokół Morza Żółtego. Leżąca blisko Korea i sąsiednia Mandżuria stały się w 1894 roku areną pierwszej wojny japońsko-chińskiej.
Nie było to jednak jedyne państwo dbające o ten region. Tuż po wojnie Rosja podpisała z Chinami pakt, na mocy którego mogła dzierżawić doskonale położone porty w Dalnyj i Port Arthur (dziś Dalian i Lushunkou), dające dostęp zarówno do Morza Żółtego jak i zatoki koreańskiej. Car chciał mieć po tej stronie Azji wygodny port, który mógł być używany cały rok, w odróżnieniu od portów na Syberii i Kamczatce, które okresowo zamarzały, połączony z macierzą przez zbudowaną wspólnie z Chińczykami sieć kolejową.

Tym sposobem między mającą chrapkę na Sachalin a nawet Kamczatkę, oraz równocześnie Mandżurię Japonią a nieodległą Rosją zaczęło narastać napięcie. Było wiadomo, że Rosja ma całkiem sporą flotę morską. Niezbyt nowoczesną, ale wystarczającą aby móc atakować wyspiarski kraj ze wszystkich stron. Po tym jak Chiny zostały osłabione przez wewnętrzne powstanie, Rosja zaczęła stawiać kolejne forty wzdłuż wybrzeża, przedłużając kontrolowane obszary. Realne stawało się odcięcie części Chin, a przynajmniej odcięcie Japonii od terenów w głębi lądu. Ponieważ plany ekspansji były już dość  zaawansowane, to pomimo rozmów dyplomatycznych i prób umówienia się z Rosją na wspólne rozbiory wschodnich Chin, równolegle opracowywano ewentualne drogi ataku, ćwiczono obronę wybrzeża i starano się wyszkolić żołnierzy do walk na trudnych terenach.

Takie było tło wydarzeń ze stycznia 1902 roku.
W tym czasie 5 pułk Japońskiej Armii cesarskiej stacjonował w Aomori, na północy wyspy Honsiu. Region ten doświadcza co roku zim nieco podobnych do tych w Polsce, bez wielkich mrozów ale za to z bardzo obfitymi opadami śniegu. W planach obrony przewidywano, że rosyjska marynarka może zaatakować od północy i ostrzeliwać miejscowości przy wybrzeżu, uniemożliwiając korzystanie z głównych dróg na nizinach; dlatego często ćwiczoną sytuacją było zabezpieczanie i przecieranie szlaków biegnących przez pobliskie góry.  

23 stycznia z pułku wybrano grupę 210 osób, które miały dokonać dwudniowej przeprawy przez góry Hakkoda, w centralnej części półwyspu. Nie są to wysokie góry, najwyższy szczyt ma 1600 metrów. Są to w większości łagodnie nachylone stożki dawnych wulkanów, nie wymagające doświadczenia alpinistycznego. Przypominają trochę Beskidy.
 Wielu żołnierzy pochodziło z bardziej południowych regionów kraju i mieszkało na przybrzeżnych nizinach. Grupa miała więc nabrać doświadczenia w działaniach w warunkach zimowych, w głębokim ściegu, oraz przećwiczyć wspinaczkę górską i transport prowiantu w nierównym terenie. Pierwszy etap wędrówki miał się kończyć w ośrodku turystycznym Tashiro z gorącymi źródłami, gdzie dywizjon miał przenocować i ruszyć w dalszą trasę. Do pokonania było niespełna 20 kilometrów a największym przewyższeniem na trasie był szczyt niewysokiej góry Umatateba (732 m) kilka kilometrów od celu wędrówki.



Początkowo pogoda im sprzyjała, największą trudnością było przebijanie się przez głęboki śnieg, dlatego grupa dotarła na przełęcz niedaleko góry dopiero o 16. Z pewnością przed zachodem słońca dotarliby do celu, lecz tu zaskoczyła ich nagła zmiana pogody. Wiatr wywołujący zamieć i gęste opady śniegu uniemożliwiały dalszą wędrówkę. Wkrótce zapadł zmrok i żołnierze stracili orientację w terenie...
Gdy kolejnego dnia zorientowano się, że dywizja nie wróciła z gór jak było zaplanowane, to początkowo uznano, że widocznie śnieżyca zatrzymała ich przy gorących źródłach, dlatego dopiero 26 stycznia wysłano grupę ratowników, którzy mieli przetrzeć szlak i sprawdzić co się dzieje. Czekali w najbliższej wiosce, spodziewając powrotu kolegów; zapalili nawet duże ognisko aby wskazać drogę, lecz na próżno.

Postanowili więc wyjść im naprzeciw, ale po drodze koło przełęczy natknęli się na kaprala Furanosuke Goko, stojącego w śniegu wysokim po pas. Stał wyprostowany, oparty o broń i półprzytomny i w pierwszej chwili sądzono, że zamarzł na sztywno w trakcie marszu. Niedaleko znaleziono ciała innych żołnierzy. Był 27 stycznia, piąty dzień od wymarszu grupy. Stało się wtedy jasne, że dywizjon wcale nie przeczekiwał zawiei nad gorącymi źródłami, kąpiąc się w ciepłych basenach i ciesząc z takiej przyjemnej odmiany losu. W rzeczywistości stało się coś strasznego.


Tułaczka
Z relacji tych, którzy przeżyli, wyłania się obraz chaosu organizacyjnego. Żołnierzom nie dano strojów do przetrwania dłużej w zimowych warunkach, bo zgodnie z planem mieli w ciągu jednego dnia dotrzeć do gorących źródeł, tam przenocować w chatach i kolejnego dnia wrócić inną trasą robiąc niedużą pętlę. Tymczasem pogoda była znacznie gorsza niż zazwyczaj w rejonie. 25 stycznia w innej części wyspy zanotowano rekordowo niską dla Japonii temperaturę -41 stopni. 

Wiatr powoli wzmagał się w ciągu dnia. Gdy oddział dotarł do przełęczy powyżej górnej granicy lasu warunki stały się nie do zniesienia. Ekipy zajmujące się przecieraniem szlaku na przedzie i osoby ciągnące sanie z obciążeniem musiały przystawać i często się wymieniać. Jeszcze przed końcem dnia pojawiły się pierwsze osoby z odmrożeniami. Niektórzy żołnierze wzięli zbyt lekkie ubranie pod płaszczem, bo nie spodziewali się, że przemaszerowanie 20 kilometrów będzie tak wyglądać.

Na samym początku wojskowi odrzucili ofertę mieszkańców okolicy, że ci dadzą im przewodnika znającego teren. Zamiast tego posługiwali się tylko mapą i kompasem. Gdy na przełęczy pod górą, na którą mieli się wspinać, śnieg stał się głębszy, żołnierze zatrzymali się, bo przebijanie przez zaspy zmęczyło ekipy ciągnące sanie. Już wtedy rozważano odwrót i zjazd na niziny, ale dowódcy nakazali maszerować dalej. Kompas zamarzł, więc oddział zaczął się orientować wedle topografii. Wiedzieli mniej więcej w którą stronę od góry należało iść do gorących źródeł. 

Kadr z filmu Mt Hakkoda z 1977

Z powodu dużego opóźniania marszu przez ciągnących sanie, którzy zostawali za daleko w tyle, zdecydowano się je porzucić. Zapasy i inne przedmioty, w tym metalowy kocioł, żołnierze nieśli dalej w rękach, co wcale ich nie przyspieszyło.
Gdy dotarli do granicy lasu, za którym znajdował się cel ich wędrówki, nie mogli znaleźć szlaku. Słońce zaszło, szybko zrobiło się ciemno. Zdecydowano więc wykopać okop w śniegu i w takim zagłębieniu przeczekać noc. 

W dużej kupie wszystkim miało być cieplej, rozpalono też opał ale ogrzanie wszystkich czy rozmrożenie jedzenia było trudne. Mimo wkopania się w śnieg na ponad dwa metry na dnie okopów nie było podłoża. Szacuje się, że w dolinie mogło być wtedy 3 do 6 metrów śniegu. Kocioł, ogniska czy stosy węgla po zapaleniu zapadały się wgłąb i gasiła je wytopiona woda. Żołnierze nie byli przeszkoleni z przetrwania w zimowych warunkach i nie wiedzieli jak poprawnie używać sprzętu ani jak zakryć wykopane schronienie od wiatru. Sytuacja więc wcale nie była bezpieczniejsza. 

Makieta w lokalnym muzeum

 

W drugiej części nocy wysłano kilka osób do lasu aby nazbierały gałęzi na ognisko; nikt nie miał jednak latarek, bo nie planowano marszu nocą, ani siekier z tego samego powodu. Posługujący się nożami żołnierze poranili się, odmrozili palce, nałamali trochę gałęzi, które oblepione śniegiem nie chciały się palić i o mało nie pogubili. W tym momencie dowódcy uznali, że przeszkolenie oddziału z poruszania się w trudnym terenie w zasadzie można uznać za spełnione, z kolei przysypiającym żołnierzom, którzy opierali się o brzegi wykopu, groziło zamarznięcie. Dlatego nie czekając do świtu zarządzili wymarsz i powrót do Aomori wcześniej. Niestety wędrówka po ciemku w zamieci nie była zbyt dobrym pomysłem. Schodząc na wyczucie w dół oddział nie oddalił się od góry, tylko zszedł w bok od właściwej trasy do doliny rzeki. Stamtąd wycofał się ponownie do poprzedniego obozowiska, po drodze zresztą też gubiąc drogę z powodu zawiei, która zasypała ślady. Gdy trochę się rozwidniło wyruszyli ponownie, ale tym razem drogę zatrzymało im urwisko nad wąwozem. Wychodziło na to, że ponownie zeszli w bok, do doliny rzeki.

W pewnym momencie jeden z żołnierzy zaczął przekonywać dowódców, że chyba wie w którą powinno się iść stronę aby dotrzeć do Tashiro ich pierwotnego celu, odległego od tego miejsca o kilka kilometrów. Idąc zgodnie z jego wskazówkami zaczęli iść w dół rzeki Komagome. Były to niezły szlak, gdyby ich celem było zejście na nizinę, ale gorące źródła znajdowały się w rzeczywistości w górę rzeki, toteż grupa oddalała się od zamieszkanych miejsc. Zorientowano się, że to zły szlak, ale wszyscy byli już tak zmęczeni i zrezygnowani, że nie chcieli robić jeszcze jednego kółka po tym samym terenie. Rzeka biegła w wąwozie, toteż po jej przekroczeniu musieli wspinać się na strome zbocza. Podczas tego manewru kilka osób spadło i zginęło; jeden z poruczników wpadł do rzeki i umarł z wyczerpania. 

Nie postąpiono teraz zbyt racjonalnie i zamiast przeczekać zamieć w wąwozie, gdzie przynajmniej byli osłonięci od wiatru, żołnierze wyszli na płaski, odsłonięty teren i szli na wyczucie szukając jakiejś osłony. Niemal jedna czwarta z nich odłączyła się podczas tego marszu i zaginęła. W końcu postanowili przeczekać noc na całkowicie odsłoniętym terenie. Wszystkie dotychczasowe próby znalezienia drogi, w tym marsz do doliny, z powrotem, znów do doliny, przez rzekę, na klif a potem błądzenie po pustkowiach zajęły im cały dzień ale jak na ironię miejsce drugiego postoju znajdowało się niespełna kilometr od pierwszego.

Nie mieli łopat do kopania w śniegu. Część sprzętu zgubiono, a część zniknęła wraz z zagubionymi. Dlatego zdecydowano się na radykalne rozwiązanie - cała grupa stanęła blisko siebie w kole, wewnątrz stali najbardziej odmrożeni i dowódcy, na obrzeżach ci, którzy czuli się na siłach. Oparci o siebie żołnierze dreptali w miejscu, rozcierali się i dla zachowania przytomności śpiewali patriotyczne piosenki. Niektórzy żołnierze ostatecznie zasypiali i padali jeden na drugiego w śnieg, inni oddalali się od grupy i gubili w zamieci. Tak minęła druga noc.



Przed świtem trzeciego dnia przeliczono grupę i po stwierdzeniu, że jedna-trzecia zamarzła, zdecydowano ruszyć dalej. W końcu oddział znalazł się na terenie w widłach dwóch rzek, otoczonym klifami. Dalej nie dało się iść. Wedle nie potwierdzonych przez wszystkich relacji jeden z dowódców miał wtedy powiedzieć, że rozwiązuje ten tymczasowy dywizjon i żołnierze mogą się ratować sami. Miało to wywołać panikę wśród obecnych. Kilka osób zeskoczyło na dno wąwozu, myśląc, że zejdą na niziny wzdłuż brzegu, część wpadła do wody i zniknęła, kilkanaście osób odbiegło w przeciwnym kierunku, oczekując że idąc cały czas w dół dotrą do jakiejś wioski. Niektórzy pobiegli w stronę najbliższego lasu z zamiarem zbudowania tratwy. Pozostała grupa trzymała się jednak razem. 
Nad ranem kilkanaście osób udało się na zwiad, szukając drogi do najbliższej wioski. Po kilku godzinach wrócili z informacją, że wypatrzyli z daleka tereny zamieszkane i było przynajmniej wiadomo w którą stronę iść. Wszyscy byli już poważnie chorzy i zmęczeni, więc marsz zajął im większość dnia. Do miejsca trzeciego obozu dotrwało tylko 71 żołnierzy, którzy musieli przeczekać noc w podobny sposób co poprzednio.

O świcie czwartego dnia pogoda na chwilę się poprawiła a na horyzoncie widać już było port. Wyglądało na to, że są naprawdę blisko. Jednak gdy wyruszyli ponownie nastała zamieć i śnieżyca i trudno się było zorientować w terenie.  Jeden z obecnych oglądając mapę stwierdził, że chyba wie jak dotrzeć do ośrodka nad gorącymi źródłami. Było to tylko kilka kilometrów od tego miejsca. Zgubili jednak drogę i zmuszeni byli przestać w grupie kolejną noc. Ostateczne korzystając z nieco lepszej pogody postanowiono iść wzdłuż doliny w dół.

Piątego dnia przed świtem grupa dotarła do miejsca, gdzie droga rozdzielała się.  Idąc w jedną, wzdłuż rzeki, żołnierze zeszliby na niziny, ale omijając najbliższą wioskę. W stronę wioski biegła druga droga, zgodna z innym strumieniem, ale nie było pewne jakie są warunki po drodze. W obliczu ryzyka, że wszyscy pobłądzą, postanowiono się podzielić - kilka osób miało pójść z kapitanem Kaminari w lewo, w stronę wioski, reszta z kapitanem Kuraishi w prawo, wzdłuż rzeki

Pierwsza grupa szła dolinką potoku w stronę najbliższej wioski, ale trudne warunki i silny wiatr wiejący wzdłuż doliny przerzedziły ich szeregi. Ostatecznie na sam koniec zostały cztery osoby. Niejaki Suzuki wspiął się na wyżynę, aby zobaczyć teren, ale nie powrócił. Oikawa stracił przytomność i zmarł na miejscu. Kapitan Kaminari i kapral Goto wspięli się wyżej. Byli niedaleko niższej przełęczy, za nią miała znajdować się wioska. Kapitan opadł z sił i nakazał Goto aby szedł przodem i zawiadomił mieszkańców wioski.

Kilka godzin później ekipa poszukiwaczy z Aomori natknęła się na Goto, stojącego w śniegu półprzytomnie. Szeptał imię kapitana Kaminari. Kapitana znaleziono leżącego sto metrów dalej. Próbowano go ratować środkami pobudzającymi, ale ciało było tak zmarznięte, że igła nie chciała wbić się w skórę. Nieco dalej w dolince leżały inne ciała. Ocalonego sprowadzono do wioski i wysłano wiadomość do Aomori.

Pomnik Goto upamiętniający wydarzenie

 

Poszukiwania

Nie był to jednak koniec tragedii. Druga grupa, która szła wzdłuż rzeki, nie wiedziała, że kilka kilometrów od nich formowane są oddziały ratunkowe. Jeszcze tego samego dnia dotarli do miejsca, gdzie dalszą drogę zagradzało im urwisko nad wodospadem. Niektórzy wpadli w rozpacz. Jedna osoba zrzuciła ubranie i wskoczyła do rzeki, parę osób zaczęło wspinać się na urwisko i spadło z dużej wysokości. Grupa musiała spędzić noc w zagłębieniach pod klifem, dających jako taką osłonę przed wiatrem.

Ekipy poszukiwawcze zaczęły znajdować coraz więcej ciał, w zasadzie nie spodziewali się znaleźć żywych. Nieoczekiwanie z wąwozu rzeki wyłonił się kapitan Kuraishi, który po dwóch dniach czekania nad wodospadem postanowił poszukać bezpiecznego miejsca do wspinaczki. W tym miejscu ocalono kilka osób, w tym majora Yamaguchiego.

W dolinie rzeki koło miejsca czwartego obozu i wzdłuż trasy marszu grupy doliną znaleziono 30 ciał. Na głównej rzece postawiono kratę, aby wiosną wyławiać ciała tych, którzy zginęli w nurcie. Kolejnych kilkadziesiąt leżało na szerokim obszarze między drugim a trzecim obozem. 36 ciał leżało wokół drugiego obozu. Pojedyncze odnajdywały się  niedaleko postoju pod wodospadem, inne opodal głównego szlaku lub w górę rzeki. 31 stycznia przypadkiem odnaleziono dwie osoby, które przeżyły w chatce wypalaczy węgla drzewnego. Szeregowy Abe mówił, że już trzeciego dnia, po nieudanym obozie na otwartym powietrzu, gdy wiele osób rozpierzchło się na różne strony, wyszedł z małą grupą mniej więcej w stronę wioski. Potem nie pamiętał drogi. Ocknął się wraz kapralem Miurą koło chatki wypalaczy (wedle niektórych źródeł schowali się właściwie nie w chatce tylko w piecu do wypalania). Wokół leżało 16 ciał. Kilkanaście ciał leżało w niewielkim lesie koło trzeciego obozu.

2 lutego po trzęsieniu ziemi ekipy natknęły się na sierżanta Hasegawę z trzema innymi osobami (dwie zmarły potem w szpitalu). Był w grupie żołnierzy, który oddzielili się trzeciego dnia, po tym jak żołnierze zaczęli panikować. Poszli w przeciwnym kierunku i koło lasu znaleźli chatkę wypalaczy węgla. Tam grupa rozpaliła ogień przy pomocy ocalonych zapałek i podtrzymywało do kolejnego dnia, gdy przysypiający żołnierze zaczęli się obawiać, że drewniana chatka zapali się i w czasie snu spłoną. Kolejne dni spędzili w letargu, bez jedzenia, do czasu aż trzęsienie uszkodziło dach chatki i zmusiło ich do wyjścia. Ostatnia ocalała osoba jaką znaleziono tego samego dnia, odłączyła się od grupy gdy zorientowano się, że idą w złą stronę, przeszła w górę doliny rzeki i odnaleźli ją mieszkańcy Tashiro.

W całym zdarzeniu zginęło 199 żołnierzy, w tym kilku ocalałych, którzy zmarli w szpitalu. Z pozostałych 11 większość doznała odmrożeń kończyn wymagających amputacji. Ostatnie poszukiwane ciało znaleziono 28 maja, po roztopach. Później oceniono. że w sumie najlepiej poradziły sobie osoby mające już jakieś doświadczenie w zimowych warunkach, które jeszcze przed wyruszeniem porządniej się opatuliły, owinęły stopy czymś nieprzemakalnym lub wepchały gazety pod płaszcz na wypadek zimnego wiatru. Wśród nich było kilka osób wyższych stopniem, które być może miały lepszej jakości płaszcze. 

Miejsce pierwszego obozu, z wykopanym w śniegu okopem, znajdowało się po drugiej stronie lasu niż ośrodek z gorącymi źródłami. W najbliższym punkcie znajdowali się niespełna 1,5 km od celu. Spekulowano więc później, czy najbezpieczniejszą opcją byłaby próba przebicia jeszcze pierwszego dnia na przełaj przez las, który przynajmniej osłaniałby ich przed wiatrem. 

Tajemnica majora

Sporo spekulacji wywołała śmierć majora Yamaguchiego, którego znaleziono żywego w jaskini koło wodospadu, lecz po kilku dniach zmarł w szpitalu. Oficjalnie przyczyną miały być problemy z krążeniem, jednak rodzinie dano do zrozumienia, że mógł przyspieszyć swoją śmierć, postępując honorowo, bo jako najwyższy stopniem z całej grupy ponosił odpowiedzialność za to co stało się z dywizjonem. Przecieki na temat przypuszczalnego postrzelenia się w brzuch trafiły do prasy i mimo braku oficjalnego potwierdzenia, były długi czas powtarzane. Dopiero w latach 90. dotarto do raportu chirurgów, którzy opisywali przebieg leczenia ocalałych. Wynika z niego, że ręce majora były w tak znacznym stopniu odmrożone, że nie był w stanie niczego wziąć do ręki, a co dopiero nabić ręczny pistolet i pociągnąć za cyngiel. Spekulowano nawet, że do jego śmierci mogli się przyczynić inni wojskowi, podając wysoką dawkę chloroformu.[a] [b] Jego śmierć była wygodna, bo w razie czego byłby pierwszym oskarżonym w procesie, który mógłby ujawnić wiele zaniedbań. Zaś plotka o samobójstwie studziła nastroje społeczne - dawano do zrozumienia, że nie ma już po co szukać winnych, skoro jedyny winny sam wymierzył sobie karę.

                                      *   *   *

Dziś trasa, którą szedł oddział, częściowo pokrywa się z drogą Aomori - Towada. Przy niej stoją oznaczenia upamiętniające zdarzenie. Duży, i często odwiedzany pomnik przedstawiający Goko, stojącego prosto i podpartego bronią, znajduje się przy wyciągu narciarskim, w miejscu, które akurat nie odegrało roli w tragedii. Kilka kilometrów dalej, na przełęczy stoi mniejszy pomnik o tej samej formie, stojący prawie w tym samym miejscu, gdzie odnaleziono ocalałego. Dalej wzdłuż drogi tabliczki wyznaczają miejsca kolejnych obozów, ale z tego co się zorientowałem porównując opisy faktycznych miejsc z mapą, są to raczej oznaczenia symboliczne, ustawione mniej więcej na wysokości postojów, które miały miejsce na terenie poza drogą.

Na temat wydarzeń nakręcono film fabularny "Hakkoda" w 1977 roku, i dokumentalny w 2014. 

Wiele źródeł podaje, że to najgorsza katastrofa związana ze wspinaczką górską, ale sytuacja jest niejednoznaczna. Były to wojskowe ćwiczenia a żołnierze nie wspięli się ostatecznie na żadną górę. Równie dobrze za górską tragedię można uznać odwrót wojsk Moore'a podczas wojen napoleońskich w Hiszpanii, kiedy to przerzucone na półwysep oddziały wycofywały się w kierunku Portugalii, nie chcąc konfrontować się z Francuzami. W ciągu kilku dni w grudniu 1808 roku ciężka przeprawa przez ośnieżone góry kosztowała życie 3 tysięcy żołnierzy.

-----------

 https://www.japanese-wiki-corpus.org/history/Death March of Hakkoda Mountains Incident.html

https://zh.wikipedia.org/zh-hant/八甲田雪中行軍遭難事件

[a] https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/19244741/

[b] https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/11345765/
 

piątek, 22 stycznia 2021

Trzmielina

 Nie jest to zdecydowanie drobna roślina kwiatowa, ale jej kwiaty są niepozorne i łatwe do przeoczenia, zaś najwięcej uwagi przykuwa późną jesienią, gdy na gałęziach wiszą jeszcze dojrzałe owoce.


Trzmielina (Euonymus) to rodzaj niskich drzew lub krzewów, z którego w Europie występują dwa gatunki - t. pospolita i t. brodawkowata. Różnice między tymi gatunkami są drobne, tworzą zresztą mieszańce. Najczęściej spotykana trzmielina pospolita ma jasnozielone, drobne, płaskie kwiatki pojawiające się latem; gładkie gałązki bez przetchlinek, pokrój większego krzewu - w dobrych warunkach staje się niedużym drzewem. Jesienią tworzy różowo-czerwone torebki nasienne, które pękają pokazując pomarańczowe osnówki wokół czarnych nasion, zwisające na krótkich żyłkach. Te wewnętrzne części są wyjadane przez ptaki, które następnie wydalają nienaruszone nasiona. Pomarańczowa osnówka nasion często pęka, ujawniając czarną skorupkę ziarna, stąd ludowe nazwy "pawie oczko" czy "perskie oczko". Równocześnie liście przebarwiają się na intensywny, czerwony kolor i szybko opadają.
 
W przypadku trzmieliny brodawkowatej najwyraźniejszą różnicą są drobne brodawki pokrywające młode gałązki. Pokrój drobniejszy, krzewiasty. Liście może nieco większe. Pojawiające się latem kwiaty częściej są podbarwione na brunatno. Torebki nasienne wyglądają tak samo. Mam też wrażenie, że liście tego gatunku dłużej pozostają na krzewach, zwłaszcza w bardziej osłoniętych miejscach. Nierzadko obserwowałem okryte liśćmi tak długo, że po minięciu fazy intensywnie czerwonej zaczęły blaknąć od światła, aż pod sam koniec stawały się niemal całkiem białe. 

Gatunek jest nieco rzadszy, prawie nie spotyka się go na zachodzie kraju. U mnie, na wschodzie, oba występują dość pospolicie na obrzeżach lasów czy polanach. Raczej rzadko zdarza się trzmielina rosnąca na otwartej przestrzeni.


 Często krzewy mają dodatkową interesującą cechę - w miarę wzrostu rośliny starzejące się pędy zaczynają pękać wzdłuż. Pęknięcia są stopniowo wypełniane przez tkankę korkową, tworząc jasną bliznę. Widać to wyraźnie zwłaszcza na młodych, dwu-trzyletnich pędach, które mają zieloną korę. 

 


Jednak w przypadku części roślin wzrost tkanki korkowej nie ustaje. Stopniowo tworzy się listwa rozciągnięta wzdłuż pędu, gałązka może być w ten sposób oskrzydlona w dwóch, trzech i więcej miejscach obwodu. To tak zwana skrzydlasta odmiana, pojawia się tylko u części roślin, nie jest wyróżniana jako inny gatunek, nie wiem czy to kwestia genetyki czy warunków siedliska. Zależnie od osobnika osiąga różne natężenie - zazwyczaj przypomina podłużną wypukłość, wyczuwalną w dotyku, wyglądającą jak zmarszczka na powierzchni kory. Czasem wyrasta nad korę na trzy czy cztery milimetry, najwyraźniej na pędach starych i głównym pniu, co nadaje roślinie zimą efektownego wyglądu.


 Kora na starych pniach robi się ostatecznie gładka, jasnoszara.



W ogrodach sadzony bywa czasem pochodzący z Japonii gatunek trzmielina oskrzydlona, dla którego korkowe listewki są cechą normalną. 

Trzmieliny są niestety roślinami trującymi. Wpływają na układ nerwowy, wywołując początkowo pobudzenie, potem fazę osłabienia tętna, wymioty, obniżenie ciśnienia, śpiączkę i wstrząs. Podaje się, że zjedzenie 35 owoców wraz z pogryzionymi nasionami może być dawką śmiertelną. Przyczyną objawów są toksyny saponinowe, głównie ewonina i ewobiozyd, przypominające w działaniu digitoksynę. Wykryto też cykliczne alkaloidy peptydowe frangulanina, franganina i frangufolina; armepawina, w mniejszym stopniu znaczenie mają alkaloidy purynowe jak teobromina i kofeina.[1], [2]

Nie oznacza to jednak, że rośliny do niczego się nie przydają. Z czerwonych okryw torebek nasiennych można było otrzymać różowy, a z pomarańczowych ośródek żółty barwnik do tkanin. Owoce pozbawione nasion mają też wyraźnie niższą zawartość toksyn i przy bardzo ostrożnym dawkowaniu były kiedyś używane w ziołolecznictwie, jako środek pobudzający i wzmacniający. Dawniej czasem używanym surowcem była kora korzeni; kora gałązek miała być słabszym substytutem. Miał to być środek żółciopędny, pobudzający trawienie, leczący wątrobę, w większych dawkach podrażniający i przeczyszczający. Użyty zewnętrznie miał zabijać wszy, kleszcze i różne pasożyty skórne.[3]

W przypadku podobnego gatunku trzmieliny skrzydlastej, kora i korek listewek pędowych były używane jako składnik leków medycyny chińskiej. Będąca jednym z alkaloidów armepawina znana jest jako substancja przeciwzapalna, hamująca wydzielanie czynnika martwicy nowotworu i czynnika antyjądrowego, którego nadmierne wydzielanie przyczynia się do chorób autoimmunologicznych.[4]

Drewno trzmieliny narasta powoli. Trzeba kilkunastu lat aby krzew wykształcił pień. Najstarszy osobnik jaki znalazłem, mający formę wysokiego na pięć metrów drzewka, miał pień o średnicy 10-12 cm. Dlatego też drewno to jest dość gęste i twarde. Dawniej z kijów trzmielinowych wykonywano drobne części narażone na tarcie - ośliki, wrzeciona przędzalne, szaszłyki, drewniane igły itp. Stąd zwyczajowa angielska nazwa "spindle tree" czyli "drzewo wrzecionowe". Drewno to jest jednak mało trwałe, dlatego nie było specjalnie cenione. Odpowiednio wypalone dawało twardy węgiel drzewny, używany przez artystów do wyraźnych rysunków. W bardzo dobrych warunkach trzmielina potrafi rosnąć do 100 lat. Kilka lat temu za pomnik przyrody uznano drzewo tego gatunku rosnące w Witorożu, o trzech pniach, z których najgrubszy ma pierśnicę 101 cm.[5]

Warto zająć się na koniec sprawą, wokół której panuje dużo błędnych przekonań: trzmielina była przez pewien czas brana pod uwagę jako roślina kauczukodajna, ale nie używa się jej nadal. Jej korzenie zawierają gutaperkę. Wobec ograniczenia dostaw od państw o innym systemie politycznym i braku wewnętrznych źródeł, w ZSRR i państwach w jego zasięgu podejmowano różne próby znalezienia lokalnych źródeł materiałów mogących czymś brakujący kauczuk zastąpić. W pewnym momencie w latach 40. i 50. bardzo promowano uprawy azjatyckiego mniszka Kok-Sagiz, którego korzenie zawierały do 20% kauczuku w mleczku. Często jednak uprawiający kauczukodajny mniszek nie wiedzieli jak go przetwarzać, a centralnej instytucji odbierającej surowiec nie było. 

W latach 40. podczas takich poszukiwań stwierdzono, że potencjalnym źródłem może być trzmielina. W zewnętrznej tkance korzeni odkładał się w formie wytrąceń kauczuk małocząsteczkowy, tak zwana gutaperka, dająca masę o mniejszej elastyczności niż kauczuk. Skoro zaś tak, różne instytucje podjęły próby sprawdzające, czy jest sens próbować produkcję z tego materiału. Informację puszczono do ówczesnych mediów jako kolejny element propagandy. Zapewniano, że Instytut Leśnictwa zbadał temat i potwierdził, że roślina nadaje się do przemysłowej produkcji gutaperki, bo w korze korzeni jest tej substancji od 5 do 7%, niektóre osobniki w sprzyjających miejscach miały do 20%. [6]

Tyle tylko, że po wycięciu korzeni roślina obumiera, zaś reszta trzmieliny nie miała za bardzo zastosowania. Potrzebna by była duża baza plantacji z kilkuletnimi roślinami aby zapewnić ciągłą produkcję. Drzewa kauczukowe miały zaś tę zaletę, że bez zabijania rośliny można było z niej zbierać lateks przez wiele lat. Inny problem zawierał się w podanych liczbach - zawartość 7% wydaje się spora, ale dotyczyła wyłącznie kory korzeni, która stanowi małą część masy systemu korzeniowego. Który z kolei stanowi tylko część samej rośliny. Na wyprodukowanie tony gutaperki należałoby wyrwać z ziemi i obłuskać z korzy korzenie kilkuset krzewów, które potem nie mają większych zastosowań - liści nie da się zwierzętom jako paszę, bo są trujące, a gałązki kilkuletnich osobników są za małe aby robić z nich wyroby drewniane.
Dlatego też stopniowo temat cichł, aż zaczęto wytwarzać kauczuk syntetyczny.

Mimo to w wielu artykułach opisuje się dziś wśród właściwości trzmieliny, że "z jej korzeni otrzymuje się kauczuk" jakby szło o coś nadal zachodzącego i normalnego. A że gutaperkę, pochodzącą z innych źródeł, wykorzystuje się w przemyśle, sporo artykułów twierdzi w naszych czasach, że trzmielina ma takie zastosowania przemysłowe. Podobne myślenie widzę odnośnie innych substancji - jeśli wiadomo ze źródeł, że pewną substancję wykryto po raz pierwszy w danej roślinie, to pewni siebie autorzy dopisują do listy zalet, że tę substancję się nadal z tej rośliny otrzymuje.
--------------
[1]  https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/4144899/ 
[2] https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0031942200844660
[3] https://pfaf.org/user/Plant.aspx?LatinName=Euonymus+europaeus
[4] https://academic.oup.com/rheumatology/article/49/10/1840/1773748
[5] https://miedzyrzec.info/artykuly/wyrosl-nowy-pomnik/

[6] "O gutaperkę z polskiego lasu", Życie Warszawy 5 czerwca 1952, CMB