Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

Dziewice konsystorskie

Gdy pod koniec 1928 roku publicysta „Boy" Żeleński pisał recenzję „Kwadratury koła" Katajewa po jej premierze w nowym teatrze Ateneum[1], nie przewidywał, jak żywy wzbudzi oddźwięk. Omawiając historię dwóch małżeństw, które ze względu na warunki socjalne zakwaterowano w jednym pokoju i w których nieoczekiwanie rozkwitły nowe uczucia zauważa, że w Polsce podane ostatecznie rozwiązanie: dwa szybkie rozwody i dwa nowe śluby byłoby niemożliwe, a utwór o lekkim charakterze zamieniłby się w tragedię. Po czym sprecyzował – byłoby to rozwiązanie niemożliwe dla ludzi biednych, bogatsi mogliby załatwić sobie konwersję na inne wyznanie lub nawet kościelny rozwód, po opłaceniu wygodnych dla siebie zeznań świadków.

Po tej skromnej uwadze, będącej wciąż delikatną krytyką aktualnych wówczas stosunków prawno-społecznych, został zasypany lawiną listów, od chwalących rozgłaszanie nieprawości szerzącej się w sądach kościelnych po ganiące takie przedstawianie sprawy jako godzenie w dobre imię Kościoła. Idąc za tym tropem, Boy przedstawił szerzej swoje zdanie w felietonie „Biedne prababki". Wywołał on podobnie żywą reakcję, czego owocem były kolejne felietony i polemiki. Książka zbiera wszystkie te teksty, które łącznie obrazują zastanawiającą sytuację w II RP.

W państwie polskim w tym czasie funkcjonowały trzy różne podejścia do spraw małżeństwa i rozwodu. Na terenach dawnego zaboru pruskiego uznawano śluby cywilne, które siłą rzeczy mogły kończyć się rozwodem. Na terenach dawnego zaboru austriackiego równoważnie traktowano śluby kościelne i cywilne. Na terenach dawnego Królestwa Polskiego, to jest zaboru rosyjskiego, wyłączne prawo do stanowienia małżeństwa miały zarejestrowane związki wyznaniowe, toteż katolik mógł brać wyłącznie ślub kościelny w swoim obrządku (wyznawcy związków religijnych niezarejestrowanych i niewierzący nie mogli uzyskać ślubu!). Co w sytuacji, gdy Kościół katolicki nie uznawał instytucji rozwodu, skazywało nieszczęśliwie poślubionych wiernych bądź na wieczne udawanie związku, bądź na skomplikowaną i kosztowną procedurę unieważnienia go.

Żeleński stara się w felietonach piętnować nie tyle samo podejście Kościoła do małżeństwa, ile raczej powiązaną z nim obłudę i bardzo nieczystą formę przeprowadzania unieważnienia. Zgodnie z prawem kanonicznym związek małżeński został w istocie zawarty wobec Boga, zaś co boskie, tego człowiek nie jest w stanie rozdzielić, dlatego rozwód po ślubie kościelnym nie istnieje. Możliwe jest jednak zbadanie zawarcia i przebiegu małżeństwa, i jeśli małżonkowie nie spełnili pewnych podstawowych warunków bądź nie zostały do końca dopełnione pewne formalności proceduralne, uznaje się, że do „świętego złączenia wobec Boga" w istocie nie doszło, w związku z czym nie są małżeństwem właściwie od samego początku. Jeśli jednak nie ma naprawdę mocnych powodów bądź unieważnienia chce tylko jedna ze stron, proces zamienia się w pranie brudów i wywlekanie grzechów lub też w oszukiwanie i udawanie. Boy opisuje, jak to często świadkowie po złożeniu zeznań na procesie udawali się do spowiedzi, aby uzyskać rozgrzeszenie z krzywoprzysięstwa.

Wśród ulubionych sposobów adwokatów konsystorskich pojawiały się takie sztuczki, jak wyciągnięte nie wiadomo skąd stare listy, w których panna młoda zwierza się z braku miłości do poślubionego, czy zeznania przyjaciółek, jak to mężatka jeszcze przed ślubem nie zamierzała mieć dzieci. Można też było powołać się na nieprawidłowość w rodzaju braku obrączki czy niedostarczenia jakichś papierów. W skrajnej sytuacji, gdy trudno było liczyć na tak proste środki, pozostawało jeszcze wykazanie, że małżeństwo nie zostało skonsumowane. Wystarczało dodatkowo opłacić lekarza, który stwierdzi dziewictwo oraz świadków, którzy na własne uszy słyszeli narzekania, jak to mąż przechrapał całą noc poślubną. Mniej majętni mogli natomiast zmienić wiarę na luterańską, w której rozwód jak najbardziej istnieje – autor twierdzi nawet, że doprowadziło to do nienotowanego nigdzie indziej paradoksu, że połowa najzaciętszych prasowych obrońców katolickiej moralności i nierozerwalności aktu małżeńskiego była takimi właśnie „rozwodowymi lutrami".

Boy trafił ze swoimi felietonami w idealny moment. Właśnie w 1929 roku komisja pod przewodnictwem Karola Lutostańskiego ogłosiła projekt nowego prawa małżeńskiego, mającego obowiązywać na terenie całego kraju, a zawierającego między innymi wprowadzenie ślubów cywilnych oraz równouprawnienie majątkowe małżonków. Oboje mogliby dysponować wspólnym majątkiem, który w razie rozwodu bądź unieważnienia małżeństwa byłby dzielony po połowie, co miało powstrzymać (opisane zresztą w książce) przypadki pozbawiania byłej żony całego majątku. Małżeństwo cywilne mogłoby się oczywiście kończyć rozwodem, po spełnieniu pewnych zasad w rodzaju odpowiednio długiej separacji. Reakcja Kościoła i sprzyjających mu kręgów była jednak gwałtowna, a oskarżenia o chęć doprowadzenia do upadku cywilizacji i ogólnej rozpusty na tyle mocne, że rząd polski, bojąc się cokolwiek w tej sprawie przedsięwziąć, odłożył projekt ad acta i sprawa pozostała nieuregulowana aż do wybuchu II wojny światowej.

Oprócz wartości publicystycznych znajdziemy w tej książce wiele zabawnych anegdot, najciekawsza wydawała mi się opowieść o tym, jak to masoni nie chcieli przyjąć Żeleńskiego w swoje szeregi, gdy wypytywał o taką możliwość.

Czy jednak „Dziewice konsystorskie" to już tylko obrazek z przeszłości, który nie przystaje do współczesności? Wprawdzie państwa europejskie uznają dziś śluby cywilne i, co za tym idzie, rozwody (niedawno, bo w 2011 roku zalegalizowała je ultrareligijna Malta), toteż problem wielu małżeństw jest dużo prostszy do rozwiązania, lecz ci, którzy chcą choćby formalnie spełniać reguły swego wyznania, nadal nie mają łatwej sytuacji. A sprawy o unieważnienie nie stały się ponoć o wiele czystsze niż niemal 90 lat temu.[2] Procesy nadal stanowią pranie brudów przed komisją księży i zakonnic, ciągną się wiele lat i nie są specjalnie tanie. Czy spowiedzi świadków zaraz po procesie nadal są praktykowane, nie sposób się jednak dowiedzieć.

Dziewice Konsystorskie on line, na stronie portalu Wolne Lektury
-----------
[1] Recenzowana sztuka miała premierę 7 grudnia 1928, jak podaje teatr Ateneum w spisie premier na swojej stronie internetowej: https://teatrateneum.pl/?page_id=372

[2] Cezary Pazura już dwa razy uzyskał unieważnienie kościelnego ślubu, za pierwszym razem głównym powodem było to, że jego żona przed ślubem chodziła do psychologa. Zgodnie z niedawno wprowadzonymi przepisami, bliżej nieokreślona niedojrzałość psychiczna może być powodem unieważnienia. Aktor Jacek Borkowski w zasadzie przyznał w prasie, że na procesie opisał swój rzekomo rozwiązły tryb życia na prośbę żony, która koniecznie chciała rozwodu a adwokat twierdził, że przy takim powodzie będzie łatwiej go uzyskać.
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/jak-wziac-koscielny-rozwod/q1zp6f4
Po kościelnym rozwodzie są też Cejrowski, Majdan, Katarzyna Skrzynecka i Dariusz Kordek.

[Tekst ukazał się jako recenzja na Biblionetce, ale uznałem, że dotyczy tak ciekawej sprawy, że warto go wkleić i tutaj]
https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=1040683

środa, 1 października 2014

1932 - Ukrzyżowanie z własnej woli

Dawno nie wrzucałem tu ciekawostek z dawnej prasy. Teraz więc wklejam absolutnie niesamowitą historię:

Fanatycy religijni chcieli ukrzyżować starca

Białystok.
We wsi Grzybowszczyzna zamieszkuje niejaki Eljach Klimowicz, który w swoim czasie spieniężył cały swój majątek i wybudował cerkiew. W okolicy, wśród fanatyków, których jest sporo, Klimowicz słynie jako święty człowiek.
Onegdaj przybył do Grzybowszczyzny jakiś starzec w towarzystwie kobiety, dźwigając na plecach wielki krzyż drewniany. Na krzyżu owym, z własnej i nieprzymuszonej woli, miał być ukrzyżowany starzec, chcąc umrzeć śmiercią męczeńską, na wzór Chrystusa. Ukrzyżowanie miało się odbyć w pobliżu cerkwi, wzniesionej przez Klimowicza.

Przed cerkwią zebrał się wielki tłum fanatyków, którzy rozebrali staruszka do naga i mieli przystąpić do wbijania mu gwoździ w ciało, gdy nagle zjawił się Klimowicz który zgromił i rozpędził tłum.
Całe to zdarzenie wywołało duże wrażenie w okolicy.

[Goniec Wielkopolski , Poznań 17 grudnia 1932 r. WBC]
Chodzi o wieś Stara Grzybowszczyzna niedaleko Krynek, zaraz przy granicy. Pochodzący z niej Eljasz Klimkowicz, niepiśmienny chłop, ogłosił się w latach 20. prorokiem. Zdołał przekonać do siebie wielką grupę wyznawców. To z ich datków w 1930 roku zbudował cerkiew pod wezwaniem Narodzenia św. Jana Chrzciciela, stojącą we wsi do dziś i służącą prawosławnym. Założył też opodal osadę Wierszalin, która miała stanowić w przyszłości centrum świata, nowy Rzym, zaś pobliska dolinka miała stanowić Dolinę Józefata gdzie wyznawcy mieli przetrwać koniec świata.
W artykułach na jego temat pojawia się też opowieść o próbie ukrzyżowania samego proroka, która skończyła się bądź ucieczką bądź tym że wyznawcy nie mieli odwagi tego dokonać. Niewykluczone że jest to mocno zniekształcony przekaz powyższej historii, która miała się nieco inaczej.
Mówiono o dokonywanych przezeń cudach a przybyłym z daleka opowiadano, że cerkiew wyrosła z ziemi w jedną noc. Podobno modlono się do obrazków z jego wizerunkiem.

Wszystko skończyło się w 1939 roku, gdy proroka zaaresztowało NKWD i po oskarżeniu o działalność antysowiecką, wywieziono do łagru pod Irkuckiem.
Prawdopodobnie po wielu latach jako wyniszczony starzec wyszedł z łagru i umarł w rosyjskim przytułku dla starców.

Wieś Wierszalin została opuszczona. Widać tam jeszcze pozostałości domów wyznawców. Dom proroka dobrze się zachował - najpierw mieszkali tam dawni wyznawcy, potem używało go nadleśnictwo, nie wiem czy nie zrobią tam jakiegoś muzeum.
---------
* http://www.zielonewrota.pl/index.php?art=2743&k=59&p=50
* http://www.mapakultury.pl/art,pl,mapa-kultury,95829.html

niedziela, 22 czerwca 2014

Allah dba o twoje zdrowie

Po ostatnim wpisie na temat "naukowych" potwierdzeń prawdziwości Koranu, zajmę się inną osobliwością z cytowanej strony - "naukowym" potwierdzeniem że zasady halal są bardzo zdrowe i zostały zesłane przez Allaha dla wspomożenia ludzkości.

Halal a koszer
Religijne tabu żywieniowe zarówno w Judaizmie jak i islamie jest bardzo podobne, opierając się oczywiście na poleceniach ze świętych ksiąg. Samo określenie Halal znaczy tyle co "nakazane" i rozciąga się na wszystkie dziedziny życia, dotycząc czynów, modlitw, oraz jedzenia. Zasadniczo w obu grupach nakazy są takie same - zakaz spożywania krwi i mięsa niewykrwawionych zwierząt, mięsa wieprzowego i zwierząt nieczystych, do czego zaliczają się też owoce morza. Zwierzęta muszą być zabite w sposób rytualny, przez poderżnięcie gardła w obecności duchownego recytującego modlitwy; co do szczegółów, islam wymaga aby zabijane zwierzę było zwrócone głową w stronę Mekki. Co ważniejsze, zabijane zwierzę nie może być ogłuszone lub zabite tuż przed cięciem w jakiś inny sposób. Jeśli zwierzę zabije się bolcem wstrzeliwanym w czaszkę na minutę przed podcięciem gardła, to już będzie traktowane jak padlina, a padliny spożywać też nie wolno.
Stąd właśnie te wszystkie kontrowersje wokół uboju rytualnego.

Ta nie zdrowa wieprzowina
Kwestie złego wpływu alkoholu, lichwy, nałogu czy cudzołóstwa na razie pominę, i skupię się na najobszerniej omówionej wieprzowinie, której niespożywanie ma wynikać z jej szczególnych właściwości; a więc po kolei:

a.Kwas moczowy
Jak poucza Way to Allah, wieprzowina jest niezdrowa z powodu nasycenia kwasem moczowym:

1. Świnia wydala tylko 2% kwasu moczowego z orga­nizmu.

98% tego związku pozostaje w jej tkankach. Nadmiar kwasu moczowego w organizmie człowieka jest przyczyną wielu chorób, na przykład dna mo­czanowej, kamicy nerek.[1]
To ciekawe... Gdyby tak było roczny świniak w większości składałby się z kwasu moczowego i miał wygląd zeskorupiałej bryły. Skąd te liczby trudno dociec. Wieprzowina faktycznie zawiera kwas moczowy i nie jest polecana podagrykom, ale to co tu podano to gruba przesada.

b. pasożyty nie do zabicia
[mięso] jest źródłem zakażenia włośniem krętym’Trichinella spiralis’. Pasożyt ten występuje tylko u świń i dzików(ryjących we własnych odchodach) i co najważniejsze (w przeciwieństwie do pasożytów występujących u innych np.krów),że jego larwy nie niszczy proces gotowania i smażenia. Pasożyt ten powoduje wiele chorób m.in.zatrucia pokarmowe, zaburzenia metaboliczne,zmiany skórne.

 istnieje możliwość zakażenia pasożytem ‘Taenia Solum’ występującym tylko w wieprzowinie i powodującym w ciele człowieka zaburzenia trawienia,zaparcia,brak apetytu,biegunki.[1]
Rzeczywiście, włosień nazywany trychiną stanowi  najpoważniejszy problem związany ze spożyciem wieprzowiny. Świnia jest ich głównym żywicielem, z niej włośnie mogą dostać się do organizmu człowieka, wywołując poważną chorobę, która może nawet kończyć się śmiercią lub uszkodzeniami ważnych narządów. 
Jednak świńskie włośnie, podobnie jak wszystkie inne, giną podczas gotowania, smażenia oraz zamrażania, więc tłumaczenie że są niezniszczalne i dlatego powinno się unikać wieprzowiny wszelkiej to brzydkie oszustwo. Tak na prawdę niebezpieczeństwo pojawia się tylko gdy spożywa się mięso niedogotowane, pochodzące od zwierzęcia nieprzebadanego. Notabene dobrym sposobem który zabija włośnie, jest pieczenie w mikrofalówce.

Taenia Solum to inaczej Soliter, czyli tasiemiec uzbrojony. Pasożytuje w jelitach gdzie wchłania składniki pokarmowe, rozwija się w długą na kilka metrów wstęgę i nieustannie produkuje jaja wydalane wraz z kałem. Niekiedy larwy formują torbiele w innych organach wewnętrznych. Zasadniczo jednak drogami zakażenia jest kontakt z kałem, ewentualnie zjedzenie niedogotowanych podrobów. Aby się w stu procentach przed nim uchronić, należy nie jeść mięsa, występuje bowiem u wszystkich kręgowców, a więc świń, owiec, krów itp. Zatem mamy kolejne kłamstwo - nie jest to pasożyt występujący tylko w wieprzowinie.

c. tajemnicze substancje


badania wykryły obecność substancji ‘mukopolysic’ bogatej w siarkę ,wywołującej choroby stawów także wykryto duże stężenie hormonu wzrostu(GH) co doprowadza do deformacji tkanki organizmu człowieka i eliminuje z organizmu witaminy E i A powodując hipowitaminozę[1].
Miałem problem ze znalezieniem co to za substancja, właściwie określenie to występuje tylko w kopiach tego artykułu. Podejrzewam że chodzi tu o  glikozaminoglikany, których gromadzenie się w organizmie wywołuje mukopolisacharydozę. Te zawierające siarkę to heparyna i siarczan heparanu. Ich nadmiar w organizmie wywołuje szereg chorób rozwojowych, mogących prowadzić do śmierci, ale tylko u osób z pwnymi mutacjami, jest to bowiem choroba genetyczna.
Substancje te są wytwarzane przez nasz organizm, stanowiąc lepiszcze decydujące o powiązaniu tkanek i będące substancją tkanki łącznej. Są też składnikiem mazi stawowej, zatem raczej chronią stawy niż wywolują ich choroby.
U zdrowych ludzi bez zmutowanych genów, ich spożycie nie wywołuje negatywnych skutków, zatem i ten powód nie jest uzasadnieniem dla Halal.

Pozostałe uzasadnienia dlaczego nakazy religijne są zdrowe, sformułowano w równie naciągany sposób - nakaz rytualnych ablucji ma tłumaczyć potrzeba nawilżania skóry, modlitwa i codzienne recytowanie sur wzmacnia pamięć, ramadan jest dobry bo to zdrowotna głodówka, picie wody jest dobre ale najlepsza woda to ta ze świętej studni w Mekce którą odwiedzają pielgrzymi.

Niestety duża część medycznych wskazań Koranu nie przedstawie dziś dużej wartości. Zdaniem Koranu na gorączkę nie potrzebna jest aspiryna, albowiem gorączka bierze się z ogni piekielnych i trzeba ją zwalczać woda, jest jednak jeszcze jeden środek, który Prorok polecał na wszystko.

Wielbłądzi mocz
Mocz wielbłąda jako lek na wszystkie choroby wystepuje w Koranie kilkukrotnie, zazwyczaj w formie: do Proroka przybył chory z pytaniem o radę, Prorok powiedzial mu aby pił wielbłądzi mocz i ten człowiek wyzdrowiał.
Od tego czasu pobożny muzułmanin nie śmie stwierdzić że to nie prawda, w efekcie "islamscy naukowcy" starają się usilnie wykazać jaki to wspaniały środek. Znalazłem na ten temat zabawną stronę[2] gdzie jako dowód potwierdzenia mocy moczu najpierw podawane są cytaty duchownych powołujących się na Koran, potem cytaty lekarzy powołujących się na tych duchownych a na koniec lekarzy powołujących się na tamtych lekarzy. Następnie mamy garść anegdot o jakiśtam badaniach klinicznych opisanych w pacy magisterskiej z lat 50. i nieco ogólników o bakteriobójczym działaniu wielbłądziego moczu.
Mocz jest bakteriobójczy, ale każdy. Nawet świński.
Literalny odczyt świętych ksiąg napisanych wieki temu musi prowadzić do takich absurdów.
------
[1] http://www.way-to-allah.com/pol/topics/Gesundheit_pl.html
[2] https://sites.google.com/site/bankfatw/Home/MEDYCYNA/wielbladzi-mocz-jako-lekarstwo

wtorek, 15 kwietnia 2014

Klątwa krwawych księżyców?

Inspiracją artykułu był ten oto film z Youtube:


(oh jejku, przez pomyłkę zamieściłem nie dokończony wpis)

Teoria przedstawia się następująco: co pewien czas następuje niezwykłe zjawisko czterech zaćmień księżyca w ciągu dwóch lat. Księżyc przybiera wówczas czerwoną, krwawą barwę, zgodną z opisem Czasów Ostatecznych w księdze Joela i księdze Apokalipsy, wobec czego cztery takie Krawawe Księżyce muszą stanowić znak od Boga. Zjawisko to następuje niezwykle rzadko, bo trzy razy na ostatnich 500 lat, przy czym zawsze jego następowanie miało związek z ważnymi wydarzeniami dla narodu żydowskiego. Były to:
- Wygnanie Żydów z Portugalii
- Powstanie państwa Izrael
- Wojna Sześciodniowa


Następna tetrada nastąpi w latach 2014-2015 a pierwsze zaćmienie nastąpiło przedwczoraj. Wobec tego należy spodziewać się gwałtownych zmian w Izraelu, oraz być może następującej po tym paruzji Chrystusa - czyli końca świata. Tak w każdym razie rzecz przedstawił Mark Blitz w bestsellerowej książce "Cztery krwawe Księżyce" z 2008 roku. Ale czy to na pewno prawda?


Zaćmienia księżyca następują w sytuacji, gdy księżyc znajdzie się dokładnie po drugiej stronie Ziemi niż Słońce. Wchodzi wówczas w cioeń planety i staje się niewidoczny. Załamywanie światła w atmosferze powoduje jednak doświetlenie tej przestrzeni, co zabarwia tarczę księżyca czerwonym blaskiem, tej samej natury co czerwień zachodów słońca.
Zaćmienia nie następują podczas każdej pełni, gdyż płaszczyzna orbity Księżyca jest nieco przekrzywiona względem orbity ziemskiej, przez co zwykle przechodzi nieco nad lub pod cieniem. Aby nasunąć się dokładnie, musi znaleźć się w jednym z dwóch punktów w których jego przekrzywiona orbita przecina się z płaszczyzną orbity ziemskiej - są to punkty węzłowe, nazywane też smoczymi:

Jeśli linia łącząca te punkty zbliży się do linii Ziemia - Słońce, to podczas pełni nastąpi zaćmienie księzyca a podczas nowiu zaćmienie Słońca. Trzeba więc trafu aby te czynniki nastąpiłu równocześnie, bowiem punkty węzłowe nie zajmują stałego położenia w przestrzeni, lecz wędrują ruchem precesyjnym. Okresy precesji i czasu okrążeń księżyca wokol ziemi i ziemi wokol słońca składają się w pewnej wielokrotności, stanowiącej czas, w którym liczba i kolejność zaćmień powtarza się - tak zwany Saros trwający 18 lat i 11 dni.
 Wbrew pozorom zaćmienia słoneczne zdarzają się częściej niż księżycowe - stosunek wynosi ok 3:2. W ciągu roku wystąpić może maksymalnie 4 a minimalnie 2 zaćmienia słońca, i maksymalnie 3 zaćmienia księżyca. Zdarza się też, że w danym roku księżyc nie zaćmi się ani razu. Zazwyczaj jednak w okresie 2 lat następuje od 2 do 4 zaćmień księżycowych.

Czy ta liczba wam czegoś nie przypomina? Jeśli normalną częstością roczną jest do 3 zaćmień księżyca, to siłą rzeczy cztery Krwawe Księżyce w ciągu dwóch lat, nie mogą być taką rzadkością. Zajrzałem sobie na listę zaćmień w XX wieku i znalazłem następujące tetrady:
*1902 - 22 kwietnia i 17 października oba całkowite
*1903 - 14 kwietnia i 6 października, oba częściowe  

*1905 - 19 lutego i 15 sierpnia, oba częściowe
*1906 - 9 lutego i 4 sierpnia, oba całkowite

*1909 - 4 czerwca i 27 listopada, oba całkowite
*1910 - 24 maja i 17 listopada, oba całkowite

*1913 - 22 marca i 15 września, oba całkowite
*1914 - 12 marca i 4 września, oba częściowe

Nie chce mi się tu dalej wypisywać, ale kolejne tetrady zaćmień miały miejsce w latach 1916-1917, 1920-1921, 2924-1925, 1927-1928, 1930-1931, 1935-1936, 1938-1939, 1941-1942, 1945-1946, 1949-1950, 1953-1954, 1956-1957, 1960-1961, 1963-1964, 1967-1968, 1971-1972, 1974-1975, 1978-1979, 1982-1983, 1985-1986, 1989-1990, 1992-1993, 1996-1997, 1999-2000... (pogrubiłem tetrady z tylko całkowitymi)
Czy to aż tak rzadkie zjawisko?


Wygląda na to że autorzy wybrali sobie z setek tetrad trzy które pasowały im do koncepcji "coś się dzieje z Izraelem". A jak jest z tymi świętami żydowskimi - czy nakładanie się zaćmień i świąt to jakaś rzadkość?

Religijny kalendarz Hebrajski jest kalendarzem księżycowym przystosowanym do słonecznego przez wprowadzenie przestępnych miesięcy. Zanim okresy obu cykli się wyrównają mija trochę czasu, dlatego prawie wszystkie święta judaistyczne są ruchome. Świętem porządkującym jest Pasha, zaczynająca się podczas pierwszej pełni księżyca po przesileniu wiosennym. 163 dni po tym święcie w nów księzyca następuje Rosz Haszana czyli żydowski Nowy Rok.. Początek każdego miesiąca nastepuje tuż po nowiu, gdy po raz pierwszy pojawia się cienki sierp młodego księżyca, co też stanowi mały dzień świąteczny. Święto Sukkot ma następować 14 dnia pierwszego miesiąca - a że miesiąc zaczyna się tuż po nowiu, dzień ten często przypada podczas pełni. Tubi-szat jest odprawiane 15 dnia miesiąca Szwat i też często przypada podczas pełni. Purim jest obchodzone 14 dnia miesiąca Adar i też może zdarzyć się w pełnię.

To powiązanie dat świąt z cyklami księżyca powoduje, że często wypadają one podczas pełni, a tylko w pełnię księżyca następują zaćmienia. Wobec czego święta i zaćmienia mogą się na siebie nasuwać i to dosyć często. Podczas ostatniej tetrady z lat 1996-1997 dwa zaćmienia przypadały w Paschę a dwa w Sukkot. Z 230 zaćmień księzyca w XX wieku, 39 miało miejsce w czasie któregoś ze świąt hebrajskich[1] Dotyczy to także wypisanych wcześniej tetrad

Skoro zaś tak to cała teza "czterech krwiawych księżyców podczas świąt żydowskich, bardzo rzadkiego zjawiska" które ma coś tam zapowiadać, bierze w łeb.
Niestety chrześcijanie dają się na to nabrać, choć powinni pamiętać, że nikt nie zna "dnia ani godziny".

Boże - widzisz te głupoty w twoje imię, i nie grzmisz!
Bo cię pewnie nie ma...
------

sobota, 14 grudnia 2013

1930 - Opętanie pani Michaliny

Kobieta opętana przez djabła. 
W tych dniach doszło do wiadomości Policji w 
Sieradzu niesamowite doniesienie, a mianowicie, że 
w Żelisławie gm. Gruszczyce pow. Sieradzkiego miał 
miejsce okropny wypadek nawiedzenia włościanki 
przez djabła, który całkowicie opętał kobietą i mimo 
wszelkich zabiegów wytrawnego znachora nie chciał 
wyjść z niewiasty. 
Zaintrygowany doniesieniem komendat powiato- 
wy w Sieradzu delegował na miejsce Kilku funkcjo- 
narjuszów P. P., którzy - po przybyciu do Żelisła- 
wia ustalili co następuje : 
Przed kilku dniami miejscowa wieśniaczka Mi- 
chalina Klimek zasłabła, czując gwałtowne bóle głowy. 
Wkrótce po zasłabnięciu Klimkowa zaczęła mówić "od 
rzeczy" ,czem zaniepokojeni domownicy chorej zwró- 
cili się do znachora ze wsi i gm. Wójków, Mateusza 
Siątczaka, o poradą i pomoc. 
Siątczak po krótkiej djagnozie ustalił, iż Klimko- 
wa jest nawiedziona przez djabła. Znachor podjął się 
uwolnić «opętaną" od nieporządanego gościa, który 
"siedząc w niej" powodował, iż mówiła różne głup- 
stwa. Opłata za wykurowanie z tak ciężkiej choroby 
była, jak na ogrom nieszczęścia bardzo nieznaczna. 
Znachor zaaplikował chorej lekarstwo, poczem kazał 
jej związać włosy w węzeł i wysmarować głowę naftą. 
Następnie polecił znachor wysmarować kota ole- 
jem poczem, obróciwszy go trzy razy dookoła głowy 
chorej - kazał go przywiązać w nogach na tak dłu- 
go, aż djabeł z chorej nie wyjdzie, przyczem gdyby 
kot zdechł - miało to być dowodem, iż djabeł po- 
szedł sobie zupełnie. 
Kot po paru dniach bezsilnych prób uwolnienia 
się z uwięzi, wśród przeraźliwych wrzasków zdechł 
istotnie, lecz chora mimo to nie wyzdrowiała, a na- 
wet - po zażyciu lekarstwa znachorowego, gorączka 
wzmogła się jeszcze.  
Stwierdziwszy powyższe funkcjonariusze P. P. 
przywołali bezzwłocznie lekarza, który ustalił, iż Klim- 
kowa jest chora na zapalenie mózgu. W bardzo cięż- 
kim stanie przewieziono chorą do szpitala Sw. Józefa 
w Sieradzu. Znachora przytrzymano do szczegóło- 
wego ustalenia, jakiemi środkami leczył on chorą. - 
Jaki też ten świat jeszcze zacofany. 
Kurjer Zachodni, 1930.10.04 nr. 80 Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Komentarz nie potrzebny.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Różaniec kontra bomba atomowa - cuda w Nagasaki i Hiroshimie

Jeśli myślicie, że będzie to wpis ewangelizacyjny, to grubo się mylicie.

Chrześcijaństwo przybyło do Japonii wraz z pierwszymi europejczykami, spotkało się z dosyć entuzjastycznym przyjęciem - praca misyjna Franciszka Ksawerego i innych Jezuitów doprowadziła do konwersji tysiące Japończyków. Jednak oficjalne władze odnosiły się do chrześcijaństwa chłodno. Nowa religia godziła w wielowiekowe tradycje. Japońscy bogowie mieli zarówno dobre jak i złe cechy, katolicyzm zrównywał wszystkich nazywając ich demonami, w dodatku ówczesna ostra interpretacja "poza nami nic" w zasadzie spychała wszystkich nieochrzczonych przodków, czczonych w domowych ołtarzykach, do piekła. Inną kwestią były polityczne wpływy chrześcijan - Europa ostrzyła sobie zęby na Azję, szukając miejsc do kolonizacji. Japonia wprawdzie stawiała temu opór, ale wraz z działalnością misyjną rosły wpływy europejczyków. Misje stały się też centrami handlu między kontynentami, co z czasem doprowadziło do sporu między Portugalią a Hiszpanią o to czyi duchowni mają prawdo do kontynuowania działalności (a tym samym który kraj ma utrzymywać handel). Ostatecznie prawa wyłączności przypadły Portugalii.
Jedną z pierwszych utworzonych diecezji, była ta w portowym mieście Funai, dziś znanym jako Nagasaki. Przez pewien czas jezuici pełnili w nim rzeczywistą władzę polityczną, zaś z całej Japonii ściągały tam rzesze chrześcijan. Ale taki spokojny stan nie mógł trwać długo.
Gdy generał Hideyoshi przejął władzę nad dopiero co zjednoczonym krajem, zwrócił uwagę na chrześcijan stanowiących zagrożenie dla stabilnych rządów. Nie tylko rozbijali strukturę klasową i wnosili elementy obce kulturowo, ale też zdobywali realną władzą zależną od Europy, pozwalając sobie na handel niewolnikami czy też podobno przymusowe chrzty. Wykorzystując za pretekst wieść, że kapitan rozbitego europejskiego statku rzekomo wyjawił, iż chrześcijanie przygotowują się do inwazji na Japonię, wydał edykt zakazujący nowych chrztów i nakazujący misjonarzom opuścić wyspy. Gdy ci nie podporządkowali się, nakazał ich schwytać i pokazowo zamęczyć przez przybijanie do krzyży i dźganie włóczniami. Zmarli stali się znani jako 26 męczenników z Nagasaki, zaś chrześcijaństwo zeszło do podziemia.

Japońscy chrześcijanie, oderwani od europy i zmuszeni do ukrywania się (za czasów Szogunatu ujawnieni chrześcijanie byli więzieni i torturowani), przyjęli ciekawą formułę, będącą w pewnym stopniu połączeniem pewnych dawnych elementów i maskowania się, stając się znani jako Kakure Krishitan.
Aby móc praktykować obrządek ale nie być zadenuncjowanymi, umieszczali w domach buddyjskie ołtarzyki, na odwrotnej stronie, obracanej na co dzień do ściany, mające wyryty krzyż i Chrystusa. Figury świętych i Maryi z dzieciątkiem odlewano w takiej formie, aby były zbliżone do wyglądu świętych buddyjskich. Modlitwy upodobniono w brzmieniu do mantr. Biblię przekazywano ustnie, tłumacząc pewne elementy na japońskie odpowiedniki.

Równocześnie jednak zmianie uległ obrządek. W europejskie kanony wpleciono dużą ilość elementów tradycji, przez co ukryte chrześcijaństwo zbliżyło się do kultu przodków, gdzie zamiast zmarłych członków rodziny kultem obdarzano pierwszych męczenników. Kult w takiej formie przetrwał bardzo długo, koncentrując się w okolicach Nagasaki, aż do połowy XIX wieku kiedy to poluzowano zakazy i pozwolono chrześcijanom wyjść z podziemia.
W tym samym czasie z europy przybyli misjonarze zarówno katoliccy, jak i protestanccy czy prawosławni. Pod koniec tego wieku w niemal w całości chrześcijańskiej wsi Urakami na obrzeżach Nagasaki, zbudowano pierwszą katedrę w stylu europejskim z dwiema wieżami.
W latach 30. do Japonii przybył Ojciec Kolbe, który przyczynił się do odnowy i wzrostu wspólnoty. Dziś chrześcijanie stanowią jednak ok. 1% ludności Japonii.

Uczestnictwo Japonii w II wojnie światowej oraz ataki na amerykańską flotę doprowadziły do jednych z najgorszych ataków w historii wojen. Najpierw naloty dywanowe wywołały pożar Tokio, zabijając około 120 tysięcy osób, aż wreszcie użyto najpotężniejszej broni - bomby atomowej.
Na Hiroshimę spadła niewielka i jak na późniejsze osiągi, raczej słaba bomba, nazwana żartobliwie Little Boy. Eksplodując 6 sierpnia 1945 roku, na wysokości 500 metrów nad centrum miasta, w jednej chwili burzyła i spaliła większość, przeważnie drewnianych budynków w mieście, zabijając ponad 70 tysięcy osób, a wielu skazując na ciężkie obrażenia i chorobę popromienną. Trzy dni po tym bomba Fat Man eksploduje nad miastem Nagasaki, zabijając co najmniej drugie tyle osób. Przerażony cesarz kilka dni później decyduje się wycofać z działań wojennych. Najkrwawsza wojna w historii świata wkrótce ma się zakończyć.

Wokół tego czy ataki na prawdę były potrzebne, i czy nalezy uznać je za uzasadnione działania czy raczej zbrodnię wojenną, do dziś trwają zażarte spory. Ja jednak skupię się na innym wątku - podczas ataków zginęło wielu chrześcijan, wielu też przetrwało go. Tymczasem na rozmaitych stronach internetowych krąży opowieść o cudzie niewytłumaczalnego przetrwania katolików odmawiających różaniec. Wpis będzie próbował zweryfikować te popularne twierdzenia i porównać ze zdarzeniami rzeczywistymi.

Hiroshima
Cud w Hiroszimie jest o tyle szczególny, że w miarę upływu czasu staje się coraz cudowniejszy. W podstawowej wersji przedstawiua się następująco - po wybuchu bomby atomowej wszyscy znajdujący się w pobliżu centrum zginęli. Ale zdarzył się cud - niedaleko epicentrum przetrwało ośmiu duchownych katolickich, którzy w tym czasie odmawiali różaniec. Zwykli Japończycy zginęli, katolicy odmawiający różaniec przetrwali - zatem obroniła ich modlitwa. Przykładową formułę cytuję poniżej:

Na sześć miesięcy przed atomowym atakiem lotnictwa USA w Hiroszimie i Nagasaki pojawiło się dwóch mistyków, którzy trzem milionom katolików głosili konieczność nawrócenia, odmawiania Różańca i pokuty jako jedynego ratunku przed czekającymi dniami nieszczęść. Nawoływali oni japońskich katolików, aby przygotowali się, żyli w stanie Łaski Uświęcającej, często przyjmowali Sakramenty Święte, nosili sakramentalia, byli ostrożni z kim obcują, a w swoich domach trzymali poświęconą wodę i świecę (gromnicę) i odmawiali codziennie Różaniec (przynajmniej jedna część).
    Po atomowym ataku okazało się, że:

- w Hiroszimie bomba została zrzucona o 5 mil od zaplanowanego celu i wylądowała w samym centrum społeczności katolickiej; (...)


Rankiem, 6 sierpnia 1945 r., po odprawionej Mszy Św. ojciec Schiffer właśnie zabierał się do śniadania. Kiedy zanurzył łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo duchowny pomyślał, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem, jak powiedział ojciec Schiffer: "Nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy."
    Gdy ojciec znalazł się na ziemi i otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że wokół jego domu nie ma nic. Wszystko zostało zniszczone. Tymczasem on miał zaledwie niewielkie zadrapania z tyłu szyi.

    Nieliczna wspólnota, licząca ośmiu jezuitów, do której należał ojciec Schiffer, mieszkała w domu blisko kościoła parafialnego, oddalonego jedynie o osiem budynków od centrum wybuchu. W tym czasie, kiedy Hiroszima była pustoszona przez bombę atomową, wszyscy jezuici zdołali uciec nietknięci, podczas gdy każda inna osoba znajdująca się w odległości do półtora kilometra od centrum wybuchu natychmiast umierała.

    Dom, w którym mieszkali katoliccy duchowni, stał na swoim miejscu, podczas gdy wszystkie inne budynki rozpadły się niczym domki z kart.

    W czasie, kiedy to się zdarzyło, ojciec Schiffer miał 30 lat. Ten jezuita nie tylko przeżył, ale cieszył się również dobrym zdrowiem przez następne 33 lata.

    W jaki sposób kapłan i pozostali misjonarze mogli przeżyć wybuch atomowy, który spowodował śmierć wszystkich innych w promilu dziesięciu kilometrów od epicentrum wybuchu, a katoliccy duchowni byli oddaleni od niego zaledwie o jeden kilometr? Jest to absolutnie niewytłumaczalne z naukowego punktu widzenia.[1]
 Kolejne wersje dodają jeszcze inne cudowne szczegóły - budynek w którym mieszkali duchowni był nietknięty, nie pękła żadna szyba, nie spadła żadna dachówka, trawa nie spaliła się, nie zwiędły pomidory w ogródku, nawet kot siedzacy na ganku nie doznał żadnych obrażeń. Po prostu szklany klosz. A jak było?

Na początek rozprawię się z pierwszą nieprawdziwą informacją - bomba spadła dokładnie tam gdzie miała. Na przepływającej przez Hiroshimę rzece znajduje się wyspa, przez którą poprowadzono szeroki most Aioi oryginalnej konstrukcji - w kształcie litery T, a więc oparty na dwóch brzegach i z odchodzącą od środka odnogą na wyspę. Jego kształt jest dobrze widoczny z dużej wysokości i dlatego został ustalony jako punkt orientacyjny. Bomba wybuchła nad szpitalem w dzielnicy na brzegu rzeki 170 metrów od mostu; nie było żadnego nieplanowanego zboczenia o 5 mil.

Czy na prawdę każdy kto był bliżej niż półtora kilometra od centrum musiał zginąć?
Osoby które zostały dotknięte atakami jądrowymi są znane w Japonii jako Hibakusha, i zazwyczaj przysługują in renty lub wsparcie leczenia chorób związanych z doznaniami, są też żywymi świadkami historii dlatego stara się zebrać ich relacje aby odtworzyć tamte zdarzenia. Dzięki takim projektom dysponujemy opisami przypadków osób które przetrwały wybuch, często ze znaną odległością od miejsca wybuchu. Ostatnie badanie na ten temat, gdzie porównywano zeznania ze zdjęciami lotniczymi po wybuchu, pozwoliły określić położenie 540 osób będących w chwili wybuchu bliżej niż kilometr od epicentrum! [2]
20-letnia Akiko Takakura pracowała w banku zaledwie 300 metrów od epicentrum. Podmuch który wpadł przez okno przerzucił ją na drugi koniec pomieszczenia. Gdy odzyskała przytomność, pomogła kilku rannym pracownicom. Na ulicach miasta niemal została wessana przez ogniste tornado, które przebiegło tuż obok, opalając jej jedno ucho. Poza tym i oprócz pokaleczenia pleców szkłem, nic więcej się jej nie stało.[3]
15-letnia Taeko Temarae była w centrali telefonicznej pół kilometra od wybuchu, gdzie w ramach mobilizacji skierowano uczniów. Po wybuchu została przygnieciona ścianą, udało się jej jednak wyczołgać na zewnątrz. Wraz z grupą kilku innych uczennic i z nauczycielem przepłynęła przez rzekę do osiedla gdzie miał stać jej dom. Doznała drobnych ran na nogach i ramionach, oraz stłuczeń na twarzy.[4]
Znanym przykładem wręcz zbiorowego przetrwania, są pasażerowie tramwaju jadącego około 750 metrów od epicentrum. Z prawie setki, przeżyło dziesięć osób, spośród których znane są relacje siedmiu.[5]

16-letnia Akira Onogi mieszkała 1,2 km od epicentrum. Ich dom stał bardzo blisko murowanego magazynu, którego wysokie mury osłoniły dom przed falą uderzeniową. Gdy zaskoczona pięcioosobowa rodzina wyszła na zewnątrz, zobaczyli że wszystkie inne domy na ich ulicy zostały zniszczone.[6]
17-letnia Hiroko Fukada pracowała w biurze komunikacji pocztowej 1 km od epicentrum. Pamięta jasny rozbłysk i huk od którego wyleciały szyby. Gdy wraz z pracownicami wyszła na zewnątrz, zobaczyła zniszczenia i wielu rannych ludzi. Poczuła się nawet zakłopotana tym, że sama nie została choćby draśnięta. Pożar miasta był tak intensywny, że wraz z innymi udała się w stronę rzeki - nie było to zbyt bezpieczne miejsce, woda była ciepła a po powierzchni pływały na wpół spalone ciała. Próbowała wpław dostać się do dzielnicy w której mieszkała. Gdy była już na środku rzeki zaczęły na nią opadać gorące przedmioty uniesione silnym prądem pożaru. Zanurzyła więc twarz w wodzie i wówczas woda zaczęła wirować, niemal jej nie topiąc. Jak się potem okazało przez rzekę przeszło wtedy ogniste tornado zrodzone z burzy ogniowej nad zniszczonymi dzielnicami. Ostatecznie dopłynęła na miejsce i zaczęła szukać rodziny. Wybuch przeżył też jej starszy brat, który podczas akcji wyburzania budynków dla poszerzenia ulic, w trakcie eksplozji przebywał pod betonowym dachem, zaś młodszy przeżył pod gruzami zawalonej szkoły podstawowej.[7]

Zatem tak blisko wybuchu można było przeżyć - warunkiem było jednak posiadać jakąś osłonę, a więc dach, mur osłaniający o strony wybuchu, budynek czy nawet innych ludzi obok. W tej sytuacji historia duchownych nadal jest niezwykla, ale przestaje być tak cudowna. Ale idźmy dalej.
W którym dokładnie miejscu znajdowali się duchowni? W Hiroshimie było wówczas kilka kościołów, ale szukając po nazwiskach odnalazłem informację, że ojciec LaSalle przetrwał wybuch w kościele parafii Nobori-Cho, położonym 1,5 km od epicentrum[8] Kościół został po wojnie odbudowany w stylu modernistycznym z elementami sztuki japońskiej i dziś znany jest jako Katedra Pokoju .
Chm... Jeśli do kilometra od epicentrum przeżyło 500 osób, a ojcowie znajdowali się 1,5 km od tego miejsca, to mieli całkiem spore szanse.
Jest kilka źródeł, które mogą pomóc nam ustalić rzeczywisty przebieg wydarzeń. Najlepsze są oczywiście relacje samych duchownych. Jednym z nich był Ojciec Kleinsorge.

 Jest on znany na całym świecie jako jeden z bohaterów reportażu "Hiroshima" Johna Hersey'a. Ta niewielka, wydana w 1946 roku, opowiadała w  częściowo fabularyzowanej formie historie sześciu ocalonych, opracowane na podstawie wywiadów. Szybko stała się bestsellerem i do dziś ma nowe wydania. Jest także dostępna w wersji elektronicznej, dzięki czemu możemy dowiedzieć się jak przebiegały zdarzenia z punktu widzenia jednego z ocalonych duchownych.
Reporter opisuje go jako chudego człowieka i chłopięcym wyglądzie i słabej kondycji, nie mogącego przyzwyczaić się do orientalnej diety. Rankiem w dniu wybuchu sprawował mszę w niedużej kaplicy misyjnej, tego bowiem dnia przybyło niespełna trzech wiernych, w tym student teologii mieszkający opodal. Gdy już kończył mszę modlitwą dziękczynną, rozległ się alarm przeciwlotniczy, toteż z pozostałymi ojcami udał się do większego budynku. Tam przebrał się w wojskowy mundur, który nosił w trakcie nalotów (?). Po alarmie udał się z pozostałymi na śniadanie, podczas którego ogłoszono sygnał, że niebezpieczeństwo nalotów minęło - to tylko jeden samolot przeleciał nad miastem. Każdy udał się więc do swojego pokoju - Kleinsorge do pokoju na poddaszu, gdzie przebrał się i zaczął czytać, ojciec Cieslik do swojego pokoju, ojciec Schiffer usiadł, zamierzając napisać list, ojciec przełożony Lasalle stanął przy oknie. Tego co się stało w trakcie wybuchu, nie pamiętał, musiał zapaść się na niego dach, potem zapewne wyszedł na zewnątrz. Gdy ocknął się stał w ogrodzie czegoś szukając. Budynki dookoła zostały zniszczone, ich dom, o konstrukcji wzmocnionej na wypadek trzęsienia ziemi, ocalał.
Ojciec La Salle widząc błysk odwrócił się od okna, toteż wypchnięte szkło zraniło go tylko w plecy. Ojciec Cieslik wyszedł bez szwanku - zaraz po rozbłysku uciekł z pokoju, stając za drzwiami, które osłoniły go od szczątków. Ojciec Schiffer miał rozcięcie na głowie z którego bardzo krwawił. Wszyscy jednak żyli.
Wtedy przybiegła do nich jedna z katachetek prosząc o pomoc - dom jej rodziny opodal misji zawalił się, przysypując matkę i córkę. Kleinsorge zdołał odkopać przysypane. Tymczasem okazało się że dom mieszkającego najbliżej lekarza zawalił się i spłonął. Ogień z dzielnicy przybliżał się tak szybko, że niewiele zostało czasu na ratunek. Ojcowie szybko spakowali się i odeszli w stronę parku, zabierając ze sobą pana Fukai, który zajmował się finansami misji, a po eksplozji nie chciał opuścić domu, chciał zostać i umrzeć. Gdy dotarli do parku Fukai wyrwał się i odbiegł. Początkowo pobiegł w stronę mostu, ale zaraz zawrócił i wbiegł między płonące domy. Tyle go widzieli.
Ojcowie wysłali studenta teologii do nowicjatu na obrzeżach miasta, aby sprowadził pomoc. Gdy ojcowie z nowicjatu przybyli, przetransportowali rannych łodzią. Kleinsorge miesiąc po ataku zachorował, prawdopodobnie na chorobę popromienną, ale objawy cofnęły się po kilku miesiącach. Powróciły w postaci wysypki i spadku odporności w latach 70.[9]

Na temat tego zdarzenia mamy jeszcze jedno bardzo dobre źródło - relację księdza Johna Siemesa który był wówczas w mieście, i która jest dostępna w całości w ramach cyfrowego projektu Avalon biblioteki w Yale. Nie będę tłumaczył całego tekstu, który jest dosyć długi, a jedynie streszczę najważniejszy wątek.

Duchowny opisuje ten ranek, gdy cała dolina w której leżało miasto rozbłysła niesamowitym blaskiem, po którym całą okolicą wstrząsnął katastrofalny podmuch. Znajdował się on wówczas w Nowicjacie - zapewne chodzi o seminarium duchowne - należącym do Jezuitów i leżącym na przedmieściach, dwa kilometry od miasta. Podmuch dosłownie wdmuchuje szybę do środka, raniąc go szkłem. Wielu innych ludzi w budynku zostało zranionych w podobny sposób. Wkrótce do nowicjatu przybywają ranni i spragnieni ludzie z miasta, którym wszyscy starają się pomagać.
W ten sposób przybywa z miasta ojciec Kopp, który był w klasztorze w mieście, jest ranny w głowę i plecy, oraz poważnie poparzony w dłoń - w chwili wybuchu wychodził z kaplicy, sięgając dłonią do zewnętrznej klamki.
Siemes w tym momencie zaczyna się obawiać o czterech duchownych, którzy byli w centrum miasta w domu parafialnym - trzech księży i ojciec przełożony. Centrum podobno zostało całkowicie zniszczone, ale jak na razie nikt z Nowicjatu nie był jeszcze w mieście. Wreszcie pod wieczór do seminarium dociera student teologii mieszkający niedaleko plebanii. Opowiada, że ojciec przełożony LaSalle i ojciec Schiffer zostali ciężko ranni, i że uciekając przed pożarem schronili się w parku nad rzeką. Ponieważ jasne było, że ocalali nie przedostaną się do Nowicjatu o własnych siłach, zorganizowano wyprawę mającą im pomóc - znalazł się w niej też ojciec Siemes.
Jeśli chodzi o obrażenia czterech duchownych, jak się okazało na miejscu ojciec Schiffer miał ranę ciętą głowy, w wyniku której stracił dużo krwi; ojciec przełożony LaSalle miał głęboką ranę podudzia. Pozostali, ojcowie Cieslik i Kleinsorge mieli tylko drobne rany. Wybuch zastał ich w plebanii przyległej do kościoła. Podmuch eksplozji wybił wszystkie okna i poprzewracał meble. Ojciec Schiffer został przygnieciony fragmentem przewróconej ściany, ojciec LaSalle został trafiony odłamkami szyby, które zraniły go w nogi i plecy. Jednak poza tymi uszkodzeniami, sztywna konstrukcja plebanii wytrzymała wybuch. Znajdująca się obok szkoła katolicka zawaliła się, podobnie jak sklepienie kościoła.
Gdy zastanawiano się jak przetransportować rannych, pomoc nadeszła z nieoczekiwanej strony - pastor lokalnego kościoła protestanckiego, który też przeżył wybuch, oferuje swoją łódź. Kolejne akapity opisują nędzę ocalałych mieszkańców, próby uratowania rannych, mimochodem wspominając że ojcowie Cieslik i Kleinsorge  dwa tygodnie po wybuchu doznali silnego osłabienia, trwającego jeszcze do września, gdy pisano relację. Wedle lekarzy przyczyną była leukopenia, jeden z objawów choroby popromiennej...[10]

Co zatem pozostaje z całej legendy? Plebania i jej otoczenie zostały uszkodzone, sami ojcowie poranieni, nawet dosyć ciężko, doznali też choroby popromiennej. Budynek przylegał do murowanego kościoła, który w dużym stopniu został zniszczony, i który jak można przypuszczać częściowo zasłonił plebanię przed podmuchem eksplozji - w podobny sposób w innej części miasta przetrwała rodzina Onogi, której dom osłonił murowany magazyn, o czym pisałem wyżej. Gdy ojcowie uciekli przed ogniem, plebania została w dużej części spalona - w relacji wspomina się że możliwe do odzyskania były tylko naczynia liturgiczne zakopane na dziedzińcu przed ucieczką.
Kościół po wybuchu przedstawia prawdopodobnie to zdjęcie:


Wspomnę jeszcze o jednym aspekcie sprawy, będącym dość przykrym oszustwem. Artykuły o cudzie zwykle piszą o ojcu Schifferze, nawet cytując jego własną relację w taki oto sposób:

Rankiem, 6 sierpnia 1945 r., po odprawionej Mszy Św. ojciec Schiffer właśnie zabierał się do śniadania. Kiedy zanurzył łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo duchowny pomyślał, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem, jak powiedział ojciec Schiffer: "Nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy."

Gdy ojciec znalazł się na ziemi i otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że wokół jego domu nie ma nic. Wszystko zostało zniszczone. Tymczasem on miał zaledwie niewielkie zadrapania z tyłu szyi.[1]

Jak jednak stwierdziłem szukając źródeł pierwotnych, nawet tą jego własną, osobistą relację zdarzeń autor artykułu musiał pociąć i ukrywając kontekst, dopasować do legendy o cudzie. Ojciec Schiffer, który był jednym spośród tych cudownie ocalałych wydał w 1957 roku broszurkę "The Rosary of Hiroshima", która oprócz wezwań do odmawiania różańca z intencją zachowania światowego pokoju, zawierała jego relację z tego dnia. Ponieważ skan oryginalnego wydania jest dostępny elektronicznie [11] zacytuję tu fragmenty w moim tłumaczeniu, a trzeba przyznać, opis ten jest bardzo ciekawy:



Bomba wybuchła nad miastem o 8:15 rano. Nadeszła jako zupełna niespodzianka ze słonecznego, błękitnego nieba. Nagle, między jednym a drugim oddechem, w mgnieniu oka nieziemska, nie do wytrzymania jasność zalała wszystko wokół mnie; niewyobrażalne, wspaniałe światło o oślepiającej intensywności. Nie mogłem patrzeć ani myśleć. W jednej krótkiej chwili wszystko stanęło w miejscu. Zostałem sam zanurzony w oceanie światła,  bezradny i przestraszony. Pokój zdawał się brać oddech w tej śmiertelnej ciszy. Nagle straszliwa eksplozja wstrząsnęła powietrzem w jednym grzmocie. Niewidoczna siła podniosła mnie z krzesła i rzucała w powietrzu wstrząsając mną, obijając, wirując  ze mną wciąż wokoło, jak podmuch jesiennym liściem.
Nagle światło zniknęło.  Wszystko było ciemnościami, ciszą, pustką. Nie byłem nieprzytomny, ponieważ starałem się myśleć o tym co się dzieje. Czułem swoje palce w otaczającej mnie całkowitej ciemności. Leżałem twarzą w dół na połamanych i rozbitych kawałkach drewna, niektóre ciężkie kawały wgniatały się w moje plecy, krew spływała mi po twarzy. Nie widziałem niczego, nie słyszałem dźwięków. Muszę być martwy – pomyślałem.
Wtedy usłyszałem swój własny głos. Było to najbardziej przerażające doświadczenie w tym wszystkim, bowiem przekonało mnie, że jeszcze żyję i że doszło do straszliwej katastrofy. Wybuch? Boże, to była Bomba! Bezpośrednie trafienie! Potem uświadomiłem sobie z przerażeniem - Hiroszima, dom połowy miliona osób, został zmazany z powierzchni ziemi. Pozostały tylko ciemności, krew, oparzenia, jęki, ogień i rozprzestrzeniający się strach. Czterech jezuitów było wówczas w kościele Wniebowzięcia Matki Bożej: ojciec Hugo Lasalle, ojciec przełożony całej jezuickiej misji w Japonii, ojcowie Kleinsoge, Cieslik i Schiffer. Spędziliśmy cały dzień w piekle płomieni i dymu, zanim ratownikom udało się do nas dotrzeć. Wszyscy czterej zostali ranni, ale dzięki łasce Bożej przeżyliśmy

Ktoś kto wycinał fragment z tej relacji musiał wiedzieć, że przedstawia ona całkiem inny obraz zdarzeń, niż legenda o "szklanym kloszu" pod którym z plebanii ani dachówka, ani szyba. A jednak to zrobił.

Nagasaki
Odnośnie cudu w Nagasaki, to nie byłem w stanie znaleźć informacji, na czym własciwie polegał. W tekstach zazwyczaj jednym tchem wymienia się oba miasta i informację o cudownym przetrwaniu katolików odmawiających różaniec, ale o ile cud w Hioroshimie zostaje obszernie omówiony, to o Nagasaki zaledwie się wspomina. W przypadku tego miasta prawdą jest, że doszło do nieplanowanego zboczenia, bowiem wskutek złej pogody piloci zrzucili bombę nie nad centrum miasta lecz na położoną na obrzeżach dzielnicę katolicką. Nie wiem jednak co ma być w tym fakcie tak cudownego. Inną często powtarzaną kwestią ma być niewytłumaczalne ocalenie figur w katedrze Urakami. O samej katedrze nie da się tego powiedzieć: .

W dniu eksplozji wewnątrz modlilo się kilkadziesiąt osób i dwóch kapłanów, w wyniku zawalenia się stropu i pożaru wszyscy zginęli. Z całej katedry we w miarę dobrym stanie zachowały się narożniki i front, odsunięty tyłem do miejsca wybuchu i tam, w niszy portalu wzorowanego na styl romański, przetrwały nietknięte dwie figury: Ale czy przetrwanie kamiennych figur w osłoniętym miejscu, to jakiś specjalny cud?
 Katedra została po wojnie odbudowana w mniej ozdobnym stylu, z dawnego budynku zachowano fragment muru w podstawie jednej z dwóch wieżyczek. Potrzaskane figury oraz szczątki hełmu wieży stoją obok jako jedna z licznych pamiątek. Fragment muru z narożnika ze szkarpami przyporowymi i częścią łuku wejścia, został przeniesiony do Parku Pamięci w pobliżu symbolicznie oznaczonego epicentrum.

Podsumowując:
Historia o cudownym ocaleniu czwórki księży, których dom przetrwał nienaruszony, którym nic się nie stało i którzy byli jedynymi ocalonymi tak blisko centrum wybuchu - bo odmawiali różaniec - okazała się punkt po punkcie nie prawdziwa. Duchowni zostali ranni, ich plebania została poważnie uszkodzona a kościół zawalił się; dwóch z nich zapadło nawet na chorobę popromienną. Znaleźli się w odległości 1,5 km od centrum wybuchu, tymczasem do kilometra od tego punktu znane są przypadki 540 Japończyków którzy także przeżyli eksplozję. Istnieją trzy zgodne ze sobą relacje pochodzące od ocalonych duchownych, jednak autorzy artykułów o tym "cudzie" zupełnie pomijają je, nie pasują one bowiem do zmyślonej historii.
I tak fakt okazał się fałszem.


--------
http://www.lazyboysreststop.org/mary25.htm - strona chrześcijanina piszącego na temat Biblii i Kościoła, ale sceptycznie odnoszącego się do historii "cudu w Hiroszimie", dzięki niej odnalazłem większość cytowanych tekstów

[1]  http://www.tajemnicamilosci.pl/cudowne-zjawiska/cudowne-ocalenia-po-wybuchu-bomby-atomowej-hiroszima-nagasaki.html
[2] http://sciencelinks.jp/j-east/article/200414/000020041404A0349052.php
[3] http://www.inicom.com/hibakusha/akiko.html
[4] http://www.inicom.com/hibakusha/taeko.html
[5] http://www.inicom.com/hibakusha/hatchobori.html
[6] http://www.inicom.com/hibakusha/akira.html
[7] http://www.inicom.com/hibakusha/hiroko.html
[8] http://hiroshima.catholic.jp/~pcaph/cathedral/?page_id=2
[9] http://archive.org/stream/hiroshima035082mbp/hiroshima035082mbp_djvu.txt
[10] http://avalon.law.yale.edu/20th_century/mp25.asp
[11]  http://digitalcommons.sacredheart.edu/cgi/viewcontent.cgi?article=1001&context=library_specialcollections

niedziela, 13 października 2013

Cuda Islamu

Z pewnością wielu czytelników spotkało się z wywodami chrześcijańskich kreacjonistów na temat niesamowitej zgodności Biblii z odkryciami naukowymi.Zawiła i metaforyczna budowa świętych ksiąg sprzyja luźniej interpretacji - w ten sposób wykazywano już że opis "ciemności między gwiazdami" z księgi Hioba to ciemna materia, zaś opis słonia wzięto za przedstawienie dinozaurów.
Pewnym zaskoczeniem może być jednak fakt istnienia dotychczas niezauważalnych kreacjonistów Islamskich, których wywody o zgodności Koranu z Nauką, są tak samo ścisłe i zabawne. Znalazłem właśnie taką zabawną stronę "Way to Allah" prowadzoną przez niemieckich muzułmanów, ale z polską wersją językową, gdzie podawano bardzo dziwaczne "naukowe dowody" prawdziwości Koranu. Myślę że na początek, aby móc zorientować się w typie rozumowania, zacytuję taki fragment o tym, jak odleżyny dowodzą że Koran jest posłaniem od Allaha:

Ważkość ruchu podczas snu
Mógłbyś uważać ich za czuwających, podczas gdy oni byli pogrążeni we śnie; My odwracaliśmy ich na prawo i lewo, a pies ich znajdował się na progu z wyciągniętymi przednimi łapami. Gdybyś ich zobaczył, to z pewnością odwróciłbyś się od nich, uciekając, i zapewne ogarnąłby cię strach na ich widok.(Sura Grota, werset 18)


Werset opowiada fragment historii o uśpionych na 309 lat młodzieńcach. Podczas snu byli oni odwracani na prawo i lewo. O tym, jak ważny jest ruch podczas snu wiemy z badań przeprowadzonych w ostatnich latach przez naukowców.
Podczas leżenia w bezruchu mogą pojawić się poważne kłopoty zdrowotne: komplikacje krążenia, odleżyny, pęcherze, siniaki i inne zmiany skórne. Na zmiany te istnieje określenie „rany ciśnieniowe”. W przypadku leżenia bez możliwości zmiany pozycji, w niektórych partiach ciała ciśnienie krwi może doprowadzić do zatorów w żyłach, czego efektem jest niedotlenienie i niedostarczenie substancji odżywczych do tych części a w rezultacie powstanie ran, które, nie leczone, mogą doprowadzić do obumarcia tkanek i mięśni.
Nieleczenie zaatakowanych chorobą tkanek i mięśni może doprowadzić do poważnych powikłań, a w ekstremalnych przypadkach nawet do śmierci. Aby nie dopuścić do powstawania zatorów, należy zmieniać pozycję raz na piętnaście minut. Osoby sparaliżowane lub niezdolne do wykonywania ruchów, powinny być pod stałą opieką pielęgniarską a ich pozycje powinno się zmieniać przynajmniej raz na dwie godziny.
Przekazanie tej mądrości w Koranie jest dowodem na to, iż jest to cudowna Księga, zesłana nam przez wszechwiedzącego Allaha[1].
Autor najwyraźniej zakłada, że powstawanie odleżyn u chorujących długi czas jest zjawiskiem możliwym do odkrycia dopiero przy użyciu zaawansowanej techniki, w związku z czym jeśli rzecz opisano przed wiekami w Koranie, to ta nie możliwa do zdobycia wiedza musiała być zesłana w sposób nadnaturalny. Jest to oczywista bzdura a samo rozumowanie raczej ośmiesza Islam niż go wspiera.
Odleżyny nie są trudne do zauważenia dla tych, którzy zajmują się chorymi. Opisał je już Hipokrates żyjący w V-IV wieku n.e.. To że zapobiega się im zmieniając pozycję pacjenta też nie jest wielką nowością. Abstrahując jednak od kwestii medycznych - czy w surze na pewno opisano sposób postępowania z odleżynami?

Al-Kahf to 18 sura, będąca połączeniem kilku przypowieści. Pierwsza opisuje luźno historię kilku młodzieńców, wyznawców jednego boga, którzy prześladowani za swą wiarę schronili się w jaskini i tam podczas modlitw zasnęli. Spali tam i spali aż przespali tak 309 lat, po czym zbudzili się, myśląc że minął tylko jeden dzień. Gdy jeden z nich udał się do miasta po jedzenie, zdumiał się widząc świątynie zakazanego wcześniej kultu jedynego boga, zaś mieszkańców zdumiało, że posiada stare monety. Wkrótce po ujawnieniu cudu, młodzieńcy umarli a mieszkańcy zbudowali przy jaskini świątynię.
Historia raczej nie brzmi zbyt wiarygodnie. Z kontekstu można się domyśleć, że całe to "przewracanie z boku na bok" miało obrazować tyle tylko, że byli podczas snu całkiem bezwładni i nie dawało się ich obudzić. Wymysł autora strony jest więc naginaniem byle znaleźć niesamowite potwierdzenie nauki. A to przecież dopiero początek:

Objętość płuc
Kolejnym zabawnym "dowodem" jest mające jakoby następować przy wspinaczkach górskich ścieśnianie się płuc:

Człowiek, aby przeżyć, potrzebuje przede wszystkim tlenu i ciśnienia atmosferycznego. Wdychanie zawartego w powietrzu tlenu możliwe jest dzięki układowi oddechowemu i płucom. Po przekroczeniu pewnej wysokości zmniejsza się jednak zawartość tlenu w powietrzu a ciśnienie atmosferyczne spada. Do organizmu dostaje się więc mniej tlenu, czego wynikiem są kłopoty z oddychaniem i w następstwie tego kłopoty ze zdrowiem.
Jeżeli dostarczymy organizmowi mniej tlenu niż potrzeba, pojawią się takie objawy jak przemęczenie, bóle i zawroty głowy, mdłości i rozstrój żołądka oraz wiele innych schorzeń. W wysokich partiach gór oddychanie bez użycia specjalnego sprzętu i masek tlenowych może stać się niemożliwe. Istnieje duże prawdopodobieństwom że na wysokości 5.000 do 7.000 m n.p.m. osoba bez takiego specjalistycznego oprzyrządowania zemdleje a następnie zapadnie w śpiączkę. Samoloty zaopatrzone są w specjalne maski tlenowe, włączające się w przypadku nagłej zmiany ciśnienia w kabinie. Aparatura kontrolująca ciśnienie w samolocie włącza się na wysokości 9.000 m n.p.m.

Niedotlenienie jest przyczyną schorzenia znanego pod nazwą anoksja. Pojawia się ono u ludzi przebywających na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów n.p.m. i może doprowadzić do utraty świadomości, w celu reanimacji należy podać tlen.
W Koranie znajduje się werset poświęcony zmianom w płucach dokonujących się podczas zmian wysokości:

Kogo Bóg chce prowadzić drogą prostą,
rozszerza jego pierś dla islamu,
a kogo chce sprowadzić z drogi,
czyni jego pierś ciasną, udręczoną,
jak gdyby on chciał wznieść się do nieba.
W ten sposób Bóg daje odczuć swój gniew
tym, którzy nie wierzą.
( Sura Trzody, werset 125)[2]
Nie trudno wyłapać, że owo "wznoszenie się do nieba" to po prostu metafora śmierci, zatem Bóg "ścieśnia pierś niczym umierającym" po raz kolejny więc interpretacja idzie w stronę znalezienia jakiegokolwiek podobieństwa do odkryć naukowych. Niestety wśród objawów choroby wysokościowej mamy obrzęk i rozedmę płuc, a więc skutek odwrotny. U ludów żyjących na dużych wysokościach, następuje zwiększenie objętości płuc często wraz z beczkowatym poszerzeniem piersi. Zatem ta interpretacja też jest bzdurą.



Niezniszczalna kość ogonowa 

  Ten "cud" jest tak kuriozalny, że przebija wszystko. Otóż w Koranie napisali, że kość ogonowa jest niezniszczalna, i islamscy naukowcy mają to potwierdzać:

Kość ogonowa, która jest ostatnią kością (kość szczątkowa) kręgosłupa, jest częścią człowieka, która nigdy nie zniknie. Nawet zakopana w ziemi nigdy nie ulegnie do końca rozkładowi.

W wielu świętych przekazach naszego Proroka Muhammeda (niech pokój będzie z Nim) jest mowa o tym, że kość ogonowa jest pierwotną częścią człowieka. W Dniu Zmartwychwstania Allah wskrzesi człowieka właśnie z tej części.
święte przekazy (Hadżis) podają:
    1) Według Abu Hourayra, Prorok (niech pokój będzie z Nim) powiedział:
„Wszystko wywodzące się od synów Adama ulegnie w ziemi rozkładowi oprócz kości ogonowej. Z niej człowiek powstał i z niej będzie wskrzeszony w Dniu Zmartwychwstania”.
Przekazane przez Al-Boukhari, Abou Dawoud, Al-Nisaali, Ibn Maajeh i Ahmeda w jego książce Il-Mosnad i przez Malek w jego książce Il-Mouwataa.
    2) Według Abu Hourayra, Prorok (niech pokój będzie z Nim) powiedział:
„Człowiek posiada kość, która w ziemi nigdy nie ulegnie rozkładowi i z której  będzie on wskrzeszony w Dniu Sądu Ostatecznego. Oni spytali Proroka: Która to kość? On odpowiedział: kość ogonowa.”
Przekazane przez Al-Boukhari, Abou Dawoud, Al-Nisaali, Ibn Maajeh i Ahmeda w jego książce Il-Mosnad i przez Malek w jego ksiązce Il-Mouwataa.
Przekazy te zawieraja jednoznaczne stwierdzenia i fakty:
  1. Człowiek powstał z kości ogonowej
  2. Kość ogonowa nigdy nie ulegnie rozkładowi
  3. Dzięki tej kości człowiek zostanie wskrzeszony w Dniu Sądu Ostatecznego[3]
Cóż. Śmiała teza, zobaczmy natomiast jak uzasadniona:


Formowanie się zarodka zaczyna się w momencie, gdy plemnik natrafi na komórkę jajową. Zapłodniona komórka jajowa zaczyna się dzielić: z jednej komórki powstają dwie, następnie cztery itd. W wyniku dalszego podziału i pomnażania się komórek powstaje tarcza zarodkowa, która posiada dwie warstwy:

1) Substancja zewnętrzna lub epiblast:
Zawiera cytotrophoblast, dzięki któremu embrion zakotwicza się w macicy, aby móc

2) Substancja wewnętrzna lub hypoblast:
Z której ukształtował się embrion w wyniku woli Allaha Wszechmocnego.
15-ego dnia pojawia się w tylnej części zarodka włókno nerwowe, które jest nazwane „włóknem pierwotnym”. Włókno to ma ostre zakończenie i pierwszy węzeł, nazwany „węzłem pierwotnym”.
Strona, po której się to włókno pojwi, jest znane jako tylna część tarczy zarodkowej. Z włókna pierwotnego i węzła pierwotnego kształtują się wszystkie organy i tkanki zarodka, czyli:

    warstwa ektodermy: tworzy skórę i układ nerwowy
    warstwa mezodermy: tworzy mięśnie gładkie układu trawiennego, serce, układ krążenia, kości, system płciowo-moczowy, tkanki podskórne, system limfatyczny, śledzionę.
    warstwa endodermy: z której kształtuje się tkanka wewnętrzna układu trawiennego, układ oddechowy, inne organy układu trawiennego, pęcherz moczowy, tarczyca i kanał słuchu.
W końcu dochodzi do cofania się włókna pierwotnego i węzła pierwotnego, który stabilizuje się na poziomie ostatniego kręgu w celu utworzenia kości ogonowej.

Wniosek: Kość ogonowa zawiera zatem włókno pierwotne i węzeł pierwotny, które są w stanie powiększać się i formować trzy warstwy, z których kształtuje się embrion: warstwa ektodermy, mezodermy i endodermy.
Na dowód ważności włókna pierwotnego w rozwoju zarodka brytyjska komisja WARNEK (odpowiedzialna za ludzkie zapłodnienie i genetykę) zakazała lekarzom i naukowcom kontynuowania doświadczeń na embrionach otrzymanych sztucznie w probówce, które już uformowały węzeł pierwotny.

2/ Mutacje embrionu jako dowód, że kość ogonowa zawiera komórki macierzyste człowieka
Po przeobrażeniu i ukształtowaniu się embrionu z włókna pierwotnego i węzła pierwotnego, które cofają się i stabilizują na poziomie ostatniej kości kręgosłupa, włókno i węzeł zachowują swoje właściwości. Jeśli uległyby one mutacji, to w tym samym czasie co embrion utworzyłby się dodatkowy guz – terakoma - który wyglądałby jak zniekształcony (wadliwy) zarodek z niektórymi całkowicie wykształconymi organami (np. zębami, włosami, rękoma i stopami z paznokciami). Jeśli chirurg otworzyłby ten guz, mógłby w nim znaleźć wszystkie te organy (istnieją zdjęcia, których nie będziemy tutaj publikować). Dzięki temu wiadomo, że kość ogonowa zawiera naprawdę komórki macierzyste.

3/ Doświadczenia Hansa Spemanna

Naukowcy odkryli, że formowanie się komórek i budowa embrionu ma swój początek we włóknie pierwotnym i węźle pierwotnym. Przed powstaniem tych części nie rozpocznie się dalszy podział komórek. Hans Spemann, niemiecki uczony, jest jednym ze znanych naukowców, którzy tego dowiedli.
W rezultacie swych eksperymentów nad włóknem i węzłem pierwotnym odkrył on, że to właśnie one determinują formowanie się zarodka i nazwał je „organizatorem pierwotnym” (Primary Organizer).
Uczony niemiecki rozpoczął swoje eksperymenty na płazach-skrzekach, biorąc w tym celu organizatora pierwotnego i przeszczepiając go do drugiego zarodka, będącego w tym samym wieku, pod warstwę epiblast (embrion był w stadium trzeciego lub czwartego tygodnia rozwoju zarodka).
To spowodowało formowanie się drugiego zarodka w „nowym środowisku” z części przeszczepionej. Ta wszczepiona część wywarła wpływ na komórki otaczające „nowego środowiska”. Tym sposobem uformował się drugi zarodek w ciele pierwszego.



4/ Komórki kości ogonowej nie mogą ulec rozkładowi ani zostać uszkodzone.

W 1931 r. zmielił Spemann organizatora pierwotnego i przeszczepił go na nowo. Fakt ten nie jmiał jednak wpływu na wynik eksperymentu, drugi zarodek znów się ukształtował.
W 1933 r. powtórzył Spemann wraz z innymi badaczami to samo doświadczenie, lecz tym razem ugotowal organizatora pierwotnego przed przeszczepieniem. Mimo tego drugi embrion się uformował. W ten sposób zostało udowodnione, że komórki te nie podlegają wpływom zewnętrznym.
W 1935 r. otrzymał Spemann nagrodę Nobla za odkrycie organizatora pierwotnego.
Podczas miesiąca Ramadan 1424/2003 wykonał Dr Othman Al Djilani i Sheik Majid Azzandani eksperyment na kości ogonowej w domu Sheik Majid Azzandani w Sanaa (Jemen).Jeden z dwóch kręgów z 5 kości ogonowych przypalano na kamieniu przez 10 minut przy użyciu płomienia gazowego do momentu, aż stały się czerwone a następnie czarne.
Potem umieszczono je w wysterylizowanych pojemnikach i oddano do najbardziej znanego laboratorium w Sanaa (Labor. El Awlaki). Dr Saleh al Olaki, profesor histologii i patologii na uniwersytecie w Sanaa dokonał badania szczątek i stwierdził, że komórki tkanek kości ogonowej nie uległy zmianom i przetrwały proces spalania. (Spaleniu uległy jedynie mięśnie, tkanki tłuszczowe i rdzeń kręgowy, podczas gdy komórki kości ogonowej zostały nienaruszone.)[3]
Długi wywód, nie ma co. Jak natomiast z weryfikacją? To "włókno pierwotne" czy raczej w polskiej literaturze "bruzda pierwotna" tworzy się w zarodku wyznaczając osiową budowę ciała. Jedna cześć zarodka uwypukla się do pustego pęcherzyka z którego powstanie łożysko a druga różnicuje tworząc ów "węzeł pierwotny" z którego powstanie cała reszta, czyli wszystkie tkanki ciała. Ale czy węzeł pierwotny to kość ogonowa?
Jeśli wszystko w embrionie powstaje z tego zgrupowania komórek, to kość ogonowa też, ale nie można powiedzieć że ów węzeł zamienia się wprost w tą kość. Bruzda pierwotna zamienia się z czasem w strunę grzbietową, cechę charakterystyczną dla strunowców, wyznaczającą główną oś ciała, jednak utożsamianie jej z kręgosłupem a jej końcówki z kości ogonową jest błędne.
To co powstaje jako struna w zarodku, ostatecznie zamienia się w jądra krążków międzykręgowych (nazywanych pospolicie dyskami, tymi od wypadania dysku). Krążki te pojawiają się między kręgami aż do kości krzyżowej, gdzie zanikają. W kości ogonowej człowieka już ich nie ma, a poszczególne kręgi są ze sobą w mniejszym lub większym stopniu zrośnięte. Same kręgi powstają z całkiem innej tkanki, z somitów powstających z mezodermy gdy struna grzbietowa już istnieje. Jeśli kość ogonowa nie zawiera krążków - pozostałości po strunie - a jej kręgi powstały z całkiem innej niż struna tkanki, to nie można jej utożsamiać z ostrą końcówką struny.       
Pierwszy argument jest zatem błędny.

Potworniaki to nowotwory powstające z linii komórek zarodkowych, które w wyniku zaburzeń próbują tworzyć jak gdyby nowy zarodek, zawierający zwykle tylko zdeformowane tkanki powstające z jednej z warstw zarodkowych. Dojrzały guz może zawierać przemieszane tkanki skóry i włosów, czasem innych organów, często zamieniając się w nowotwory złośliwe. Guzy te zazwyczaj grupują się wzdłuż linii dawnej struny pomiędzy dawnymi somitami, a więc na kości krzyżowej, guzicznej, kręgosłupie lędźwiowym, piersiowym, w śródpiersiu, otrzewnej, na szyi, w jamie nosowej, pod językiem, w szwach między kościami czaszki a czasem i w mózgu. Kość ogonowa nie jest tu zatem wyjątkiem. Jedynym co wyróżnia tą okolicę jest to, że najczęstszym umiejscowieniem potworniaka wrodzonego jest obszar między kością ogonową a krzyżową, co jednak wynika prawdopodobnie stąd, że jest to miejsce w którym ze względu na brak rdzenia kręgowego rozwój teratomy nie powoduje szybkiej śmierci płodu. Czy jednak powstawanie takiego guza w tej okolicy mówi nam coś o istnieniu komórek macierzystych w samej kości ogonowej? Jedno z drugim nie ma związku.

Doświadczenia Spermana też nie stanowią podstawy o wyróżnieniu kości ogonowej, zważywszy zresztą że utożsamianie z nią węzła pierwotnego jest błędne. Same zarodki są bardzo plastyczne jeśli chodzi o manipulacje - naukowcom udawały się już takie rzeczy jak dzielenie zarodków na połowy albo ćwiartki, i z tak powstałych części mogły potem powstawać dojrzałe organizmy, albo sklejanie dwóch zarodków do utworzenia organizmu mozajkowego.
Jeśli zaś chodzi o doświadczenie z wypalaniem kości ogonowej - "komórki tkanki kostnej" czyli osteocyty, są rozproszone w zbitej masie tworzonej przez kolagen i substancję mineralną. Jeśli wypalimy kość to po komórkach pozostaną w tej masie jamki oddające ich kształt. To zaś nie jest to samo co żywe, nienaruszone komórki.

Weryfikację praktyczną "cudu" dają nam wykopaliska archeologiczne, podczas których często znajdowane są szkielety o różnym stopniu zachowania. Gdyby kość ogonowa była niezniszczalna, powinna być najczęściej odnajdywaną pozostałością po człowieku, tymczasem w wielu przypadkach z całego szkieletu zachowują się tylko kości długie, jak kość udowa, części miednicy i czaszki. Wyjątkowo niesprzyjające dla zachowania kości są warunki bagienne - wprawdzie kwaśne, beztlenowe środowisko sprzyja zachowaniu tkanek miękkich w zaskakującym stopniu, ale zwykle towarzyszy temu zupełna degradacja szkieletu - z kością ogonową włącznie. Tutaj mamy przykład "Człowieka z Bremervörde" który utonął w bagnie w VI wieku naszej ery:
W przypadku dziewczyny z Ucher Moor zachowała się duża część szkieletu i prawie wszystkie kręgi aż do kości krzyżowej, kość ogonowa natomiast nie:
Bywało że miękkie części takich naturalnych mumii zachowywały się całkowicie, zaś szkielet w ogóle.

Takich "cudów" jest jeszcze więcej, jak choćby wzmianka o korzeniach gór która potwierdza się w budowie skorupy ziemskiej, ale już następującego potem twierdzenia że góry stabilizują ziemię i zapobiegają trzęsieniom geologia nie potwierdza (większość trzęsień w rejonach poza granicami płyt powstaje w wyniku wypiętrzania łańcuchów górskich). Fragment mówiący o tym że Bóg podtrzymuje ciągłość życia na ziemi i "wyprowadza żywe z martwego a martwe z żywego" został uznany za potwierdzenie cykli obiegu materii, choć mi brzmi raczej jak opis samorództwa. W innym miejscu opisuje się, że Allach wyznaczył los człowieka i "uczynił jego drogę łatwą " - przy czym interpretator uważa że chodzi tu o drogi rodne które są w sam raz tyle szerokie aby dziecko mogło się przecisnąć. Niestety przypadki gdy ta droga jest tak niełatwa, że konieczne jest cesarskie cięcie, znane są medycynie aż nadto.
W kilku miejscach koranu powtarza się stwierdzenie, że Bóg dał ludziom "słuch, wzrok i mózg" zawsze w tej samej kolejności. Muzułmański embriolog Keith Moore udowadniał ma łamach muzułmańskiego periodyku medycznego, że w rozwoju embriona najpierw rozwija się ucho wewnętrzne, potem zalążki oka a dopiero na końcu mózg - faktycznie, pęcherzyki uszne będące zalążkami ucha pojawiają się już u 40 dniowego embriona, choć reakcja na dźwięki pojawia się dopiero w czwartym miesiącu; tylko że zalążek mózgu pojawia się pierwszy. W trzecim tygodniu na górnej części bruzdy pierwotnej formuje się cewa nerwowa, która wygina się i rozrasta w śródmózgowie, kresomózgowie i przodomózgowie, które są już wyraźne w czwartym tygodniu. Dopiero gdy te trzy części są już wyróżnione zaczyna powstawać pęcherzyk optyczny będący zalążkiem oczu.[4]
Fragment sury opisującej zmartwychwstanie, gdzie powiedziane jest, że Bóg jest w stanie "ponownie ułożyć palec" został uznany za potwierdzenie wiedzy o unikalności odcisków palców, choć takie pojęcie nawet się tam nie pojawia. Również przenośne określenie "ciężkich chmur" zostało uzane za dowód nadnaturalej wiedzy, gdyż to że chmury zawierają setki ton wody nauka stwierdziła dopiero niedawno. Tyle że o ciężkich chmurach często mówiło się w dawnych wiekach w znaczeniu przenośnym, że są to chmury z których spadnie dużo deszczu.
 W innym miejscu Bóg tłumaczy ludziom, że wszystkie ptaki i zwierzęta tworzą społeczności podobne do ludzkich, czego potwierdzeniem mają być zwierzęta stadne i owady tworzące roje. Ponieważ zdaniem interpretatora niemożliwe jest aby dawni ludzie zauważyli, że zwierzęta żyją w stadach, a wiedza ta musiała być zesłana z nieba, co jest tak głupie że aż śmieszne O pszczołach-samotnicach nigdy nie tworzących kolonii się tu oczywiście zapomina. Gdzie indziej mówi się że Bóg kieruje wiatrami. Zdaniem interpretatora wiatry powstają w wyniku różnic temperatur, w czym częściowo ma rację, wobec czego pomiędzy biegunami a równikiem powinien stale wiać niszczycielsko silny wicher, uniemożliwiający życie. Tak się nie dzieje nie za sprawą konwekcji czy pasów atmosferycznych, tylko za sprawą miłosiernego Allaha który pokierował wiatrami.

I tak to jest z tymi dowodami - albo się coś wybiórczo interpretuje, albo doszukuje jakiegokolwiek podobieństwa do faktów, łącznie z przekręcaniem tychże faktów aby pasowały do świętego tekstu.

--------
[1] http://www.way-to-allah.com/pol/miracles/schlaf_polnisch.html
[2]http://www.way-to-allah.com/pol/miracles/hoehe_polnisch.html
[3] http://www.way-to-allah.com/pol/miracles/TheTailboneMiracle.html
[4]  http://en.wikipedia.org/wiki/Neural_development

* http://en.wikipedia.org/wiki/Bog_body