Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Całkowite zaćmienie słońca w Hiszpanii.

  


Pierwszy raz o tym, że byłoby fajnie wybrać się do Hiszpanii zobaczyć zaćmienie, pomyślałem jakieś 5 lat temu. O tym, że wtedy nastąpi najbliższe całkowite w Europie wiedziałem już od dłuższego czasu, ale wtedy ten horyzont czasowy zaczął wyglądać bardziej realistycznie i można było coś zaplanować. 

Przez ostatni rok oszczędzałem i w styczniu zacząłem przeglądać oferty wycieczek zorganizowanych. Niektóre opcje już się przedawniły. Wyjazd autokarowy organizowany przez Towarzystwo Miłośników Astronomii zamknął listę już w listopadzie. Grupa fotograficzna, organizująca wyjazdowe warsztaty, po kontakcie mailowym okazała się mieć komplet. Z drugiej strony niektóre aktywne opcje wyglądały bardzo drogo lub nie dawały pewności, że coś będzie widać. Odrzuciłem opcje jak pobyt na Majorce czy rejs katamaranem po Balearach, bo tam słońce miało się zaćmić tuż nad horyzontem i nie wiele trzeba było aby coś je zasłoniło. Wybrałem ostatecznie opcję polskiego biura podróży, które miało już w tym roku kilka wycieczek do Hiszpanii, ta po prostu wypadła w terminie i we właściwym regionie i nie była droższa. 

To była moja pierwsza wycieczka zagraniczna wymagająca lotu samolotem, a wcześniej nie latałem. Plan wycieczki prosty - lot do Bilbao, jazda do Tudeli, tam obserwacje zaćmienia. Przez kilka kolejnych dni standardowe zwiedzanie, plażowanie w San Sebastian i powrót.  Branie dużego teleskopu z domu wyglądało niezbyt praktycznie - tubus nie zmieści się w bagażu podręcznym, bagaż nadawany w większej skrzyni zwiększyłby koszty. Zamiast tego zdecydowałem się polecieć z czymś mniejszym - aparat Nicon z teleobiektywem do zdjęć i lunetka obserwacyjna mieszcząca się w walizce, aby móc obserwować też okiem. I oczywiście nakładane filtry słoneczne z folii baaderowskiej. 



Tudela to mniejsze miasto w prowincji Nawarra, położone na tyle daleko od wybrzeża, że panuje tam klimat półpustynny. Północna część Hiszpanii, pas wybrzeża od Pirenejów aż po północno-zachodni narożnik półwyspu, to region nazywany Zieloną Hiszpanią, gdzie wilgoć i bryza znad Atlantyku zapewniają stosunkowo wilgotną, chłodniejszą pogodę. Pas ten jest ograniczony pasmem Gór Kantabryjskich, stromych, w najwyższych partiach przypominających nasze Tatry. Wilgoć znad morza  spychana na południowy wschód ulega wykropleniu podczas podnoszenia się powietrza nad grzbietem górskim. Dlatego do obszarów po drugiej stronie gór dociera niewiele deszczu, miejscami rozciągają się tu stepy, obszary półpustynne i prawdziwie pustynne. Można więc było liczyć na to, że chmury będą mało prawdopodobne. 

Główna przeszkodą jaka mogła utrudnić obserwację były natomiast trapiące kraj pożary. Warstwa dostatecznie zadymionego powietrza mogła pogorszyć widoczność, a sam pożar mógł wymusić ewakuację lub zatrzymać ruch na drodze dojazdowej. Sprawdzałem sytuację na bieżąco na mapach ostrzeżeń pożarowych. W dniu obserwacji najbliższy większy pożar szalał 20 km dalej a jego dym był zwiewany w inną stronę. 

Lot przebiegł spokojnie, większość czasu wyglądałem przez okienko i robiłem zdjęcia.

Zalew Jeziorsko

Jakaś rzeka we Francji


Tudela okazała się ładnym miasteczkiem rozłożonym nad brzegami rzeki Ebro, która tworzyła swoistą oazę w spalonym, suchym krajobrazie. Wokół rozciągały się zielone pola; jak się okazało w większości są to pola ryżu, który dzięki dobrej irygacji dobrze się czuje w tak gorącym klimacie. 

Jako miejsce obserwacji wybraliśmy wzgórze z ruinami dawnego zamku Ruinas Castillo vieja. Szczyt był w zasięgu dwudziestominutowego spaceru od hotelu, słońce widziane z tego miejsca zachodziło za odległy horyzont i raczej nic nie powinno przeszkodzić. Jedyna trudność związana z tym wyborem była taka, że najpierw trzeba fizycznie się tam wspiąć a potem odstać na odsłoniętym obszarze dobrą godzinę, wszystko w temperaturach dochodzących tego dnia do +41. 

Figura Chrystusa stojąca na ocalonym narożniku murów

Widok na zakręt rzeki Ebro

Katedra w Tudeli

Na miejscu było już sporo ludzi, jednak spodziewałem się dużo większych tłumów. Większość ludzi z okularkami rozdawanymi w różnych miejscach, niektórzy z aparatami z filtrem, zauważyłem tylko kilka lunet. Miałem wrażenie, że w tym gronie było niewielu turystów, słyszało się głównie hiszpański, raczej większość stanowili po prostu mieszkańcy miasta, którzy przyszli tu spacerkiem. Część osób siedziała na kocykach popijając napoje. Atmosfera przypominała raczej piknik.

Tymczasem księżyc zaczął się nasuwać na tarczę słońca

Tuż po początku
Spojrzałem więc przez lunetkę ustawioną dwa kroki dalej na jedynym płaskim kamieniu jaki się trafił. Tarcza słońca zajmowała całe pole widzenia a mocny filtr pozwalał na zobaczenie plam słonecznych. Obserwowałem jak powoli tarcza księżyca, której brzeg posiadał drobne nierówności, zasłania po kolei pierwszą, drugą, trzecią plamę. 





Gdy faza zaćmienia była już głęboka, zauważalne było przyciemnienie światła. Fragment słońca nadal był oślepiający, jednak światło rozłożone na krajobrazie zaczęło być już szarawe, mniej wyraźne. Słońce wznosiło się nad horyzont na zaledwie 10 stopni kątowych i wpływ zapylonego powietrza był zauważalny. Obawiałem się, że będzie przez to słabo widać koronę słoneczną. 

Nie przewidziałem tego, że po niemal zupełnej ciszy, w trakcie zaćmienia pojawi się wiatr, a mój aparat stojący na piasku zacznie drgać. Dlatego niestety zdjęcia są mniej lub bardziej drgnięte.  Ale nie było też za bardzo czasu na poprawianie pozycji statywu i ponowne wcelowanie. Musiałem bardzo szybko spróbować zrobić zdjęcia najlepiej jak się dało. Słońce było już w fazie ostatniego przebłysku, nazywanego Perłami Bayleya lub Pierścieniem z Diamentem. Zdjąłem filtr z aparatu. Widać było zaledwie 1% tarczy ale nadal był on na tyle jasny, że zdjęcia wychodziły niemal prześwietlone.



Całkiem ostre zdjęcie w fazie pierścienia z diamentem


I wreszcie

Moment zaraz po całkowitym zakryciu był bardzo dziwny. Znałem już relacje i zdjęcia innych, ale zobaczenie tego na żywo było czymś zupełnie odmiennym. Po pierwsze zaskoczyło mnie jak jasna była korona słoneczna. Spodziewałem się, że oglądana gołym okiem będzie mniej wyraźna niż to wychodzi na fotografiach, i bezbarwna. Tymczasem okrąg wokół tarczy księżyca był całkiem jasny i miał żółtawy kolor. 

Bardzo drgnięty obraz oddający mniejwięcej widok gołym okiem

Część światła tego okręgu korony słonecznej rozpraszała się na tarczę księżyca, tworząc niesamowite wrażenia patrzenia na wypukłą i zdecydowanie blisko położoną bryłę. Niebo było szarawe, jak przy zmierzchu, jaśniała na nim wyraźnie Wenus ale miałem też wrażenie, że dostrzegam Merkurego. Nie rozglądałem się po najjaśniejszych gwiazdach. Lunetka stała trochę za daleko żeby szybko zerknąć czy widać protuberancje, gołym okiem ich nie zauważyłem, ale też bardziej byłem skupiony na ustawieniach aparatu.

W trakcie zaćmienia ludzie wokół wiwatowali, klaskali i wołali "Gracias!", dziękując za całe widowisko, jakby to właśnie bardzo utalentowany koszykarz trafił piłką księżyca w słoneczny kosz. Ja także czułem radość i wzniosłość tej chwili. Oto marzenie sprzed wielu lat spełniło się. Zobaczenie jednego z najwspanialszych widowisk kosmosu stało się faktem, i wiedziałem, że będę pamiętał ten moment na zawsze. 

Podczas odsłaniania


Skrawek słońca widoczny przez filtr
Słońce zaszło za las na sąsiednim wzgórzu jeszcze do połowy zaćmione. I wtedy przyszła pora zebrać się i pójść do hotelu. I to był koniec obserwacji.



czwartek, 30 marca 2023

Zorza polarna 24.03

 Zorza polarna dająca się zobaczyć w Polski jest niezbyt częstym zjawiskiem.  Z uchwyceniem fotograficznym jest trochę łatwiej. Ze względu na znaczną wysokość na jakiej pojawia się zjawisko, nawet jeśli obszar występowania nie przesunął się wyjątkowo na południe, to przy mocniejszych burzach magnetycznych szczyt zorzy jest teoretycznie widoczny nisko nad horyzontem. Jednak znaczna odległość i efekty osłabienia światła przez mgły i zanieczyszczenia powodują, że łunę zorzową trudno jest wyróżnić gołym okiem z rozjaśnienia dalekich świateł i zwykle nie widać żadnych struktur. Wtedy jednak fotografia z dłuższą ekspozycją i dobrą czułością ujawnia charakterystyczne kolory i struktury.

Gdy więc zaczęły się pojawiać informacje, że są warunki zorzowe (na przykład na blogu astronomicznym https://www.polskiastrobloger.pl/2023/03/gotowosc-zorzowa-24.03.2023.html ) wyczekiwałem, czy trafią się dobre warunki. Z tym było jednak słabo. Całą noc z 23 na 24 marca było u mnie pochmurnie. Tymczasem z innych regionów kraju ludzie donosili, że świetnie wygląda, ci znad morza, że nawet gołym okiem coś się da zauważyć.

Gdy przyszła kolejna noc sytuacja się zaczęła powtarzać. U mnie chmury a z reszty regionów doniesienia, że super, świetnie wygląda. Było mi z tym niezbyt wesoło. Nawet jak już położyłem się do łózka, czasem wstawałem aby zobaczyć czy dalej są chmury czy nie. I gdy około 3:30 zobaczyłem, że coś się przejaśnia, postanowiłem nie czekać, narzuciłem ubranie na piżamę i poleciałem na drogę, dalej od domu, gdzie nie przeszkadzały mi drzewa. Zdjęcie próbne. Jest!

Warunki do fotografowania nieba po północnej stronie mam niezłe. Od tej strony są już tylko łąki i pastwiska, dalej Bug, po drugiej stronie, na Białorusi kolejny pas łąk i lasów i najbliższe miejscowości są jakieś 5 km dalej. Łuna dalekich świateł nie jest więc duża i nie ma problemu z kontrastem. 

Patrząc gołym okiem widziałem, że generalnie niebo nad horyzontem jest nieco rozjaśnione, bez szczegółłw. Jednak od czasu do czasu, po przywyknięciu wzroku do ciemności, dawało się zauważyć w tej poświacie nieco jaśniejsze pasma. Pojawiały się po zachodniej stronie, w pobliżu jasnej gwiazdy Capella i w momencie pojawienia się były nieco wyraźniejsze. na fotografiach widać, że pod nimi pojawia się słabo tutaj widoczna, zielonkawa poświata niższej zorzy.

 

Potem przesuwały na wschód aby po przebyciu 20-30 stopni zatrzymać się i tam wygasnąć. I często w tym ostatnim punkcie były najjaśniejsze i miały najbardziej kontrastową granicę. W pewnym momencie pasmo osiągnęło na tyle duże natężenie, że wyglądało gołym okiem jak oddalony snop światła z szerokiego reflektora, oraz dało się zauważyć, że światło jest lekko różowawe. Także na fotografiach zorza stała się w tamtej chwili wyraźna i ostro odgraniczona od tła.






Stopniowo niebo nad wschodnim horyzontem stawało się coraz jaśniejsze i różowa zorza zaczęła być widoczna na tle już bardziej granatowym niż czarnym. 




W końcu mimo kombinowania z przesłoną, ekspozycją i czułością zorza przestała być widoczna na niebie. Był tu już świt żeglarski.




Cieszę się, że udało się zobaczyć choć tyle.
 

piątek, 23 grudnia 2022

Najwcześniejszy zachód, najpóźniejszy wschód i wielka ósemka

Minęło Przesilenie zimowe, zaraz Boże Narodzenie, teraz narzekający na ciemne dni pocieszają się, że od tego momentu słońce wschodzi coraz wcześniej, a zachodzi coraz później. Tylko, że to akurat nieprawda.

Można to łatwo sprawdzić w kalendarzach podających godziny wschodów i zachodów słońca - w tym roku najwcześniejszy zachód słońca miał miejsce 12 grudnia, a wschód słońca opóźnia się nadal aż do 30 grudnia*. W zestawieniu z faktem, że najdłuższa noc ma miejsce 21 grudnia wydaje się to trochę nielogiczne.

Generalnie zmiany długości dni w roku wynikają z faktu, że oś Ziemi nie jest doskonale prostopadła do płaszczyzny jaką wyznacza orbita, a więc słońce jest widoczne z ziemi pod kątem. Ze względu na zjawisko żyroskopowe, oś ta jest nakierowana w przestrzeni stale w tym samym kierunku i w przeciągu roku nie następują istotne zmiany tego kierunku. Obecnie jest skierowana w okolice Gwiazdy Polarnej. Gdy kierunek w który odchylona jest ta oś, pokryje się z linią skierowaną do słońca, następują przesilenia. Na półkuli północnej w czerwcu oś ziemi jest skierowana w stronę słońca, jest więc widoczne wysoko na niebie a dzień trwa długo. W grudniu oś jest skierowana w przeciwną stronę, słońce jest więc nisko a dzień jest krótki. W dniu równonocy dzień i noc trwają równo 12 godzin, słońce wschodzi dokładnie na geograficznym wschodzie a linia osi jest prostopadła do kierunku z jakiego widać słońce.
Różnica drogi słońca na niebie w dniu przesilenia letniego, równonocy i przesilenia zimowego. 
Marcella Giulia Pace


 Nachylenie osi do orbity wynosi 23 stopnie, o tyle więc  wyżej latem zniesie się słońce nad wysokość w dniu równonocy, i o tyle samo się obniży zimą. Gdyby więc Ziemia krążyła wokół słońca po idealnie kołowej orbicie i jedynie miała to przekrzywienie osi, to co 24 godziny słońce górowałoby w punktach położonych na linii o długości 46 stopni kątowych. Gdybyśmy codzienne robili słońcu zdjęcie o tej samej godzinie i nałożyli na siebie 365 fotografii, to powstałaby jasna prosta krecha na niebie, bez żadnych dodatkowych efektów.

Ale ziemska orbita nie jest idealnie kołowa co skutkuje dodatkowym efektem. 


Przez część roku Ziemia jest dalej od słońca niż wynosi średnia odległość. Tak się składa, że wypada to w lipcu, czyli wtedy, gdy na półkuli północnej jest lato. Ze względu na większą odległość od słońca, na tym odcinku orbity krąży nieco wolniej niż średnia szybkość. Zimą jest odwrotnie; 3 lub 4 stycznia wypada moment największego zbliżenia ziemi do słońca, a planeta porusza się wtedy szybciej. 

Te drobne efekty powodują, że słońce nie trzyma się stale tego samego położenia co dobę. W czasie gdy ziemia porusza się szybciej, szybszy jest też widoczny z ziemi ruch słońca na tle nieba. Powoduje to, że słońce "nie trafia" dokładnie w to miejsce, w którym powinno się znaleźć. Gdy ziemia wykona cały pełny obrót, to słońce jest już nieco z boku. Zależnie od miesiąca ziemia albo musi wykonać jeszcze trochę obrotu aby swoją pozycją dogonić mknące słońce, albo już zdążyła zanim upłynął pełen obrót. Jeśli byśmy wykonywali o tej samej godzinie zdjęcia co miesiąc z nieruchomego aparatu i po roku nałożylibyśmy wszystkie zdjęcia na siebie, to okazałoby się, że słońce poruszając się po linii od najwyższego górowania do najniższego "chwieje się na boki" wykonując ruch podobny do dużej ósemki. Jest to tak zwana analemma i są miłośnicy fotografii, którzy starają się ten efekt uchwycić.

Na tym zdjęciu słońce fotografowano z tego samego miejsca co miesiąc o tej samej godzinie po południu. Dolna pętla to część roku, gdy ziemia jest bliżej słońca, wtedy wszystko dzieje się szybciej i efekty wpływające na przesunięcie słońca są większe. Górna pętla jest mniejsza, bo to ten czas gdy ziemia jest dalej. Na półkuli południowej mniejsza pętla jest widoczna niżej niż większa. Szerokość analemmy wynosi 6 stopni kątowych i jest niezależna od miejsca geograficznego.

Gdybyśmy rejestrowali analemmę w południe słoneczne, wybierając sobie godzinę, o której słońce góruje w równonoc, to odtworzona figura stałaby pionowo - większa pętla na dole, mniejsza na dole, z pionową linią między maksymalnymi wychyleniami. Im bliżej ranka lub zachodu, tym bardziej nachylona jest ta linia. Aż w końcu dochodzimy do sytuacji, gdy w pewnych dniach słońce o tej godzinie jest w części analemmy pod horyzontem, i jest noc. Łatwo zrozumiałe staje się więc, że od tego czy w danym miesiącu słońce jest bardziej po prawej czy lewej od linii punktów skrajnych, ten niewielki efekt wpływa na to czy zachód lub wschód są o parę minut przesunięte.

Nachylenie tego kształtu w porze zachodu słońca jest zależne od szerokości geograficznej. Na biegunach analemma jest pionowa, na równiku leży całkowicie na boku. W obszarach pomiędzy analemma "o godzinie zachodu" jest pochylona na ukos, tym bardziej, im bliżej jesteśmy równika. Zauważmy w tym momencie, że ze względu na zaokrąglony kształt końców tak przekrzywionej figury, najniższy punkt słońca na tej krzywej nie leży wcale w punkcie skrajnym, w położeniu słońca podczas przesilenia zimowego, lecz w rzeczywistości nieco z boku:

Oznacza to, że pomimo iż położenie słońca w południe jest najniższe w dniu przesilenia, to w godzinie zachodu i wschodu słońca może ono jeszcze opadać. A zmiany położenia w górę i w dół w tej szczególnej godzinie decydują o tym kiedy dokładnie minie horyzont.

Popatrzmy więc jeszcze na jedną ilustrację:

Kształt analemmy powoduje, że kilka dni przed przesileniem zimowym słońce osiąga horyzont kilka minut wcześniej niż w dniu przesilenia, mimo że jest jeszcze wtedy odrobinkę wyżej w południe. W godzinie wschodu słońca ten kształt jest obrócony i tego dnia, gdy następuje wcześniejszy zachód, słońce jest w niekorzystnym położeniu do tego aby wcześniej wzejść. Dopiero po minięciu punktu skrajnego w dniu przesilenia, zaczyna wyprzedzać swoje położenie z tego dnia aby dojść do punktu, w którym wschodzi kilka minut później, pomimo ogólnie wyższego górowania słońca. To wtedy następuje najpóźniejszy wschód słońca. 

Skutkuje to nietypowym przebiegiem godzin wschodu, zachodu i długości dnia. W miarę zbliżania się do końca grudnia długość dnia spada, coraz później następuje wschód a coraz wcześniej zachód. Oba efekty skracają dzień. Słońce zachodzi w Polsce najwcześniej w dniu 12 grudnia, po czym zaczyna zachodzić później, dodając sekundy i minuty do długości dnia. Ale efekt związany z coraz późniejszymi wschodami na razie jest szybszy i nadal skraca dzień. Stopniowo zaczyna on słabnąć i w dniu 21 grudnia jest taki sam jak efekt coraz późniejszych zachodów. Następuje najkrótszy dzień. Ale nie stopuje do zera i wciąż przez kolejny tydzień słońce wschodzi jeszcze trochę później aż do 30 grudnia. Od tego dnia zarówno późniejsze zachody jak i wcześniejsze wschody wydłużają dzień. 

Daty tych skrajnych dni podaję dla obszaru środka Polski 52*N, bo zależy on od tego jak bardzo nachylona jest analemma godziny zachodu, a to od szerokości geograficznej. Im bliżej bieguna, tym mniej daty skrajnych zachodów i wschodów są od siebie oddalone, bo punkty najniższe wypadają na zaokrąglonym końcu ósemki bliżej punktu przesilenia. Największe oddalenie dotyczy okolic równikowych, w których w godzinie zachodu analemma leży na boku. 

Śledząc samo tylko położenie słońca na niebie co miesiąc o tej samej godzinie można więc znaleźć dowód na tego, że ziemia jest okrągła, obraca się wokół osi i okrąża słońce. 

-------
* Różnice czasów zachodu i wschodów w grudniu w kolejnych dniach stają się tak małe, że przez kilka kolejnych dni zachód następuje o tej samej godzinie co do minuty, już tylko z sekundowymi różnicami 
http://www.sciquill.com/analemma/more.html

piątek, 24 lipca 2020

Kometa NEOWISE nad Polską

Po raz pierwszy od dekady zawitała do nas kometa widoczna gołym okiem, a już z pewnością najwyraźniejsza i najdłużej widoczna od czasu słynnej Halle-Boppa. Poprzednie okazje nie były tak efektowne i łatwo dostępne - kometa Mahcholtza z 2005 roku była widoczna krótko, z bardzo ciemnych miejsc, i miała formę okrągłego obłoczka, a kometa Holmesa z 2007 była położona bardzo nisko nad horyzontem. Kometa Lovejoy i McNaught były widoczne głównie z półkuli południowej.

Kometę odkryto w marcu podczas przeglądu nieba teleskopem w podczerwieni i już wtedy przewidywano, że może być jasna. Niepewne było tylko to, czy przetrwa spotkanie ze słońcem, co nie udało się dwóm innym tegorocznym kandydatkom na efektowne obiekty. Ostatecznie po minięciu z początkiem lipca aphelium stała się widoczna na niebie z jasnością 3,5 mag. Od tego czasu stopniowo słabnie, przechodząc przechodząc nisko po północnej stronie nieba. Obecnie przelatuje przez "nogi" Wielkiej Niedźwiedzicy i w miejscach o ciemnym północnym horyzoncie jest jeszcze z trudem zauważalna gołym okiem.

Oczywiście gdy tylko pojawiły się dobre zarunki zacząłem polować na ią z aparatem. Tutaj zdjęcie sprzed tygodnia, gdy była na tyle jasna, że bez problemu dało się zobaczyć jej odbicie w wodzie. Tutaj nad korytem Bugu.
W miarę upływu czasu ogon pyłowy coraz bardziej oddala się od prostego jak strzała niebieskawego ogona gazowego. Oba oddzielnie widać już na tym zdjęciu zrobionym trzy dni później:

Przy wyższej czułości (ale i większych szumach) widać tę cechę wyraźniej:

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Sezon na obłoki srebrzyste rozpoczęty

Wczoraj było je całkiem ładnie widać, spodziewam się, że dziś także się pojawią. Obłoków należy wypatrywać około dwie godziny po zachodzie, nad północno-zachodnim, północnym a później też północno-wschodnim horyzontem.
Obłoki to wyjątkowo wysoko się pojawiająca odmiana chmur, sięgają nawet do 100 km nad powierzchnię ziemi. Na tej wysokości podświetla je słońce a my obserwujemy z Europy ławicę chmur nad biegunem północnym. Pisałem o nich więcej w artykule (link)

Tutaj obłoki około godziny 1:30, sięgały do mniej więcej 15 stopni nad horyzont.







piątek, 12 kwietnia 2019

Planety nad piramidami

W roku 2012 oprócz oczywiście Końca Świata, media promowały jeszcze inną bzdurę - informację o niezwykle rzadkim, zdarzającym się co 2,5 tysiąca lat ustawieniu się na jednej linii trzech planet - Merkurego, Wenus i Saturna - i to jeszcze tuż nad piramidami w Gizie. Rzecz ilustrowała grafika komputerowa, która wraz z odpowiednim podpisem krążyła potem po całym internecie:

Od tego czasu minęło już sporo lat, ale internet posiada pewną wybiórczą pamięć, mianowicie zapamiętuje bzdury i zapomina o prawdzie. Dlatego też ostatnio grafika ta, brana za zdjęcie, zaczęła ponownie krążyć po internecie. O zjawisko pytało mnie już parę osób, które widziały obrazek na fejsie, warto więc może napisać co nieco o tej sprawie.

Czy taka koniunkcja (zbliżenie) miała miejsce? Owszem, miała. Czy jest czymś rzadkim że planety ustawiły się "na jednej linii"? Cóż, gdyby ustawiły się na jednej linii, to pozasłaniałyby się wzajemnie. W tym przypadku widzieliśmy je blisko na niebie, ułożone na jednej linii w przestrzeni, co jest kwestią perspektywy. To zaś że planety tworzą taką pozorną linię, nie jest niczym nadzwyczajnym - orbity planet wokół słońca mieszczą się z parostopniowym oddaleniem w z grubsza jednej płaszczyźnie. Leży w niej też orbita Ziemi, toteż z naszego punktu widzenia słońce przesuwa się na tle gwiazd po linii, którą podążają też wszystkie inne planety. Linię tą nazywamy ekliptyką.

Przy pomocy odpowiedniego programu symulującego widok nieba na danym miejscu na ziemi, możemy łatwo sprawdzić jak wyglądała tamta koniunkcja i czy była tak ładna jak na obrazku. Ja użyłem programu Stellarium.
Z punktu widzenia Egipcjan, całość prezentowała się nie tak zachwycająco:

Planety były widoczne wczesnym rankiem, w zasadzie już na rozjaśnionym niebie, najniżej leżał Merkury, który mógł być słabo widoczny. Przede wszystkim jednak tworzyły linię niemal pionową. Aby zobaczyć trójkę planet nachyloną pod takim łagodnym kątem jak na obrazku, trzebaby się chyba wybrać na Islandię. Przyczyny tego zjawiska są interesujące - ekliptyka, czyli linia płaszczyzny układu słonecznego, to w zasadzie prosta linia. To zaś, pod jakim kątem ją widzimy, zależy od dwóch czynników - dnia w roku, w związku z sezonowymi wahaniami nachylenia o 46 stopni, oraz szerokości geograficznej miejsca obserwacji. To pierwsze wynika z pochylenia osi Ziemi w przestrzeni, to drugie jest wynikiem tego, że Ziemia jest kulą.

Ze względu na duże rozmiary planety, linia horyzontu, wyznaczająca lokalny poziom, jest widoczna jako prosta. W rzeczywistości jest to krótki odcinek okręgu. Jego orientacja względem gwiazdowego tła odpowiada nachyleniu stycznej do okręgu. Na biegunach styczna do okręgu przekroju ziemi jest równoległa do płaszczyzny równika, przez co w dniu równonocy, gdy równik niebieski przecina ekliptykę, słońce jest widoczne cały dzień na horyzoncie, w trakcie nieustającego wschodo-zachodu. Im bardziej przybliżamy się do równika, tym większy kąt ekliptyki względem horyzontu. W strefie zwrotnikowej linia ta jest prawie pionowa, w niektóre dni idealnie pionowa; wówczas słońce w południe przechodzi przez zenit.
Kair leży na równoleżniku 30 N, dlatego linia ekliptyki nigdy nie jest za bardzo oddalona od pionu.

Czy taka koniunkcja to rzadkie zdarzenie? Nie bardzo. Wenus ma okres obiegu 224 dni  a Merkury 87 dni.  Z kolei Saturn przechodzi za Słońcem co roku. Nie trzeba specjalnie wyjątkowego trafu, aby te trzy planety znalazły się niedaleko siebie na niebie.

Podobna sytuacja miała miejsce w 2009 roku, wtedy koniunkcja była jeszcze bliższa, cała trójka mieściła się w obszarze około 10 stopni kątowych (szerokość pięści w wyciągniętej dłoni)
Koniunkcja w 2009 roku widziana z Egiptu
Inne podobne koniunkcje zdarzają się co kilka lat. W roku 2002 stosunkowo blisko (ćwiartka nieba) znalazły się Wenus, Saturn, Jowisz, Mars i Merkury,  podobny układ z tymi planetami powtórzył się w roku 2016.

sobota, 23 marca 2019

Nie, planetoida Apophis nie uderzy w Ziemię

Zbliża się Wielkanoc, tymczasem media wsiadły na swojego ulubionego konika, i jęły przypominać nam o kolejnym święcie ruchomym - końcu świata. Chodzi o planetoidę Apophis, która ma przelecieć blisko Ziemi, przy czym dziennikarze starają się tak nagiąć informacje w tytule  i pierwszym akapicie artykułu, aby wydawało się, że właśnie teraz jest jakieś ryzyko. Redakcje jedna po drugiej kopiują nagłówki o straszących sugestiach, w rodzaju twierdzenia, że NASA wydała jakieś ostrzeżenia, bądź z hasłem "koniec świata 2019" zakończonym zabezpieczającym przed pretensjami znakiem zapytania.
Aby stworzyć wrażenie, że chodzi o jakąś wciąż aktualną sprawę, niektóre redakcje już siódmy dzień podbijają te same artykuły, dodając nową datę (ostatnie takie podbicia zaczęły się pojawiać wczoraj wieczorem).

Pismacy, liczący na więcej klikań, nie są skorzy od razu ujawniać czytelnikowi, że asteroida ostatni raz minęła ziemię już dawno temu, zaś oni powtarzają jedynie odgrzewanego kotleta z amerykańskich mediów, które próbowały nakręcać taką panikę pod koniec stycznia. [1] Obecne nakręcanie zainteresowania jest wyłącznie produktem brukowców - resztą chyba wyłącznie polskim.
Co swoją drogą daje nam okazję do zaobserwowania, które redakcje posuwają się do manipulowania czytelnikami, i które lepiej zablokować na aplikacjach z wiadomościami. Co charakterystyczne - portale gazet regionalnych straszące tą informacją już od kilku dni, mają jednego właściciela. Obecnie "nowy" bo jedynie z dodaną datą artykuł na ten temat z wprowadzającymi w błąd tytułami ma Gazeta Lubuska, Express Bydgoski, Nowiny 24, Nowa Trybuna Opolska, Głos Koszaliński i Gazeta Współczesna. Pisała o tym też Gazeta Krakowska i kilka innych. Należą one do grupy wydawniczej Polska Press, należącej do koncernu Varlagsgruppe Passau.[2]
Artykuły powtarzają różnie nieprawdziwe twierdzenia, począwszy od kłamstwa, że planetoida mija ziemię 22 marca, po niedoprecyzowane stwierdzenie, że NASA ocenia szanse na zderzenie na 1:37 (taki był jeden z szacunków parę dni po odkryciu planetoidy, czyli w roku 2004).

Pierwsze artykuły na ten temat zaczęły się pojawiać w połowie lutego, po informacji od rosyjskich naukowców, która w zasadzie wyklucza możliwość zderzenia. Szanse na zderzenie z ziemią w roku 2029 oceniono na jeden do miliona, podczas kolejnych zbliżeń co kilkanaście lat podobne, największe ryzyko przypada w ich symulacji na rok 2062, gdzie szansa to około 1:100 000, czyli nadal bardzo mała. Media szukające fajnego newsa zinterpretowały te wyniki tak, że w ich wyliczeniach w tymże roku są duże szanse na zderzenie, co potem zmutowało w plotkę o tym, że na pewno do zderzenia w tymże roku za 40 lat dojdzie.
Potem, w połowie marca kilka większych portali (wp.pl; Wprost.pl) zdementowało pogłoski o rychłym zderzeniu[3]. Kolejne artykuły w powiązanych ze sobą mediach pojawiały się od tego czasu, modyfikując wieść w coś bardziej nośnego: w zasugerowanie, że nową informacją jest nie ryzyko zderzenia za kilkadziesiąt lat, tylko ryzyko zderzenia już za tydzień. Często czytana wieść była aktualizowana.  Na przykład artykuł z Nowiny24 pierwszy raz pojawił się 16 marca i był podbijany, z podaniem nowej daty, aż do wczoraj.

Z czego wynika niepokój? Asteroida Apophis, o orbicie przecinającą się z ziemską, została odkryta w 2004 roku. Stwierdzono wtedy, że obiekt ma ponad 300 metrów średnicy. Przez pierwsze dni po odkryciu dokładna orbita nie była zbyt dobrze znana, dlatego zależnie od ilości danych pojawiały się różne szacunki szansy na zderzenie. Sześć dni po odkryciu była to szansa 1:300, kolejnego dnia już 1:45 aż wreszcie po trzech dniach ryzyko wzrosło do 1:37. Wywołało to duży oddźwięk w mediach, który jak widać, nadal się utrzymuje. Stopniowo jednak coraz lepiej poznawaliśmy orbitę asteroidy i wreszcie po jednym okrążeniu i minięciu naszej planety, szacowane ryzyko szybko spadało. Obecnie uważa się, że ryzyko zderzenia podczas któregokolwiek zbliżenia w ciągu następnych stu lat jest rzędu 1:100 000.


Z Efemeryd na stronie projektu NEO, zajmującego się obserwacją takich ciał wynika, że aktualnie asteroida znajduje się dość daleko - obecnie jest w niemal takiej samej odległości od naszej planety, co Słońce (1,13 AU).  31 marca przejdzie pod orbitą Ziemi i będzie się od niej oddalać.

Kolejne przecięcie orbity Ziemi nastąpi około 17 lipca, ponieważ jednak wolniej lecąca asteroida goni szybszą Ziemię, odległość między nimi wzrośnie do 1,5 odległości do Słońca. Najbliższe zbliżenie obu obiektów nastąpi około 6 stycznia 2020, kiedy to będą się mijać w odległości 0,4 dystansu do słońca.
A co z tymi zbliżeniami, których się obawiamy? W roku 2029 asteroida zbliży się do ziemi na 35 tysięcy kilometrów, będzie więc bliżej niż Księżyc. Wedle tej symulacji nastąpi to 14 kwietnia o godzinie 5 UTC. Będzie to niezwykle blisko, ale jak na razie parametry orbity znamy na tyle dobrze, że realna szansa na zderzenie jest bardzo mała.
-----
* Symulacja orbity
[1] https://www.space.com/39440-asteroid-wont-hit-earth-in-february.html
[2]  https://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Press
[3] https://www.wprost.pl/swiat/10199438/asteroida-apophis-uderzy-w-ziemie-wyjasniamy-o-co-chodzi-w-kolejnej-teorii-o-koncu-swiata.html

czwartek, 2 listopada 2017

Jakie są najodleglejsze gwiazdy widoczne gołym okiem?

Tak mnie ostatnio zaciekawiło - jakie są najdalsze gwiazdy które jeszcze widać gołym okiem? Na początek postanowiłem przejrzeć "listy gwiazd w gwiazdozbiorze" na Wikipedii. Nie jest to może dobre źródło, ale wygodne do przeglądania bo listę można segregować wedle wybranych wartości. Wypisałem przykłady gwiazd o jasności do 6,5 magnitudo i o odległościach rzędu kilkunastu tysięcy lat świetlnych. Następnie zacząłem szukać potwierdzeń że faktycznie są położone w takiej odległości.
Tutaj pomocna okazała się strona universeguide.com która czerpie informacje z dwóch katalogów paralaks Hipparcosa - z 1997 i 2007 roku. Informacje z tabel Wikipedii najczęściej pochodziły z tego pierwszego przeglądu, drugi był więc jakąś weryfikacją, najczęściej ostro w dół.
Następnie przejrzałem podobne listy gwiazd w gwiazdozbiorach na universeguide.com, wypisując gwiazdy dla których w katalogu z 2007 roku podano kilkunatotysięcznolatoświetlną odległość.

Hipparcos to projekt sondy na orbicie okołoziemskiej, która robi zdjęcia gwiazd, porównując ich położenie na niebie w odstępach półrocznych. Mierzy ich ruchy własne względem tła, bada prędkość radialną, oraz mierzy zmiany położenia związane z paralaksą. Znając rozmiar ziemskiej orbity oraz wielkość kąta przesunięcia pozycji gwiazdy, można łatwo wyliczyć odległość do danej gwiazdy. Pierwszy katalog z 1997 roku opisywał parametry z dużą dokładnością dla 120 tysięcy gwiazd, i mniej dokładne dla ponad miliona. Dzięki lepszym technikom obróbki danych, z kolejnych obserwacji zestawiono w kolejnym katalogu dane dla 2,5 miliona gwiazd w zasięgu rozdzielczości kątowej.
Jego następczynią jest sonda Gaia, która ma obserwować odleglejsze gwiazdy z jeszcze większą rozdzielczością i dokładnością, ale jej katalogu odległości gwiazd jeszcze nie ma. Zapewne pomoże ona mocno poprawić poniższą listę.
 
Nie wykluczam, że w obu źródłach znalazły się jakieś błędy, w paru przypadkach wydaje się to wręcz oczywiste, niemniej w charakterze ciekawostki wrzucam tutaj listę bardzo odległych gwiazd które jeszcze widać gołym okiem. Pierwsza podana liczba to odległość z pierwszego źródła lub katalogu, a ta w nawiasie to wartość z nowszych źródeł.

* HD 8065 - Cefeusz - 32 616 ly - 6,0 M
- dla tej gwiazdy Hipparcos podał taką samą paralaksę w obu katalogach
 
*HD 188209 - Łabądź - 14 818 ly - 5,6 M
- Nie byłem w stanie potwierdzić tej odległości w innych źródłach. Gwiazda jest dość dobrze przebadana ze względu na zmienność która jest interesująca dla astrosejsmologów.
 
* TT Aquilae - Orzeł - 7955 (18 120) ly - 6,5-7,6 M
- gwiazda jest cefeidą więc aż prosiłaby się o zmierzenie odległości z zależności okres-jasność absolutna, ale takich danych nie znalazłem
 
* Chi Aurigae - Woźnica - 4077 (326 163) ly - 4,71
- podana w katalogu z 2007 roku odległość wydaje się absurdalnie wielka. Gwiazda w zasadzie znajdowałaby się poza galaktyką. Wyznaczona wtedy paralaksa leży jednak w granicy błędu pomiarowego, w zasadzie więc trudno powiedzieć jaka jest na prawdę. Może katalog paralaks z sondy Gaia rzecz rozstrzygnie.
 
* R Coronae Borealis - Korona Północna - 6040 (81 540) ly - 5,9
- Także tutaj druga zmierzona wartość wydaje się zbyt duża. Na podstawie szacunków jasności absolutnej dziś ocenia się odległość na bliższą tej pierwszej wartości.
 
Pozostałe:
* Chi2 Ori - Orion - 32 600 ly - (1800) 4,64 M
* HD 31327 - Woźnica - 11 643 *- 6,1 M
*HD 135591 - Cyrkiel -163 000 ly (3545) - 5,43
* HD 80558 (LR Velorum) - Żagiel - 19 176 ly (4291) - 5,83
* HD 191639 (BE Cap) - Koziorożec - 108 667 (2330)- 6,39
* HD 191877 - Lisek - 29 636 ly (6154) - 6,24
*HD 190603  (V 1768 Cyg) - Łabądź - 13 583 ly (5722) - 5,62
* Nu Aql - Orzeł - 11 643 (2835) - 4,64
* 9 Sge - Strzała - 14 174 * - 6,24
* P Cyg - Łabądź - 6272 (10 192) - 4,7
* 69 Cyg - Łabądź - 2764 (9060) - 5,93
* V 533 Car - Kil - 12 538 *- 4,59
* Teta Mus - Mucha - 108 667 (12 544) - 5,44
* Omicron Canis Majoris - Wielki Pies - 1976 (14 825) - 3,8
* Phi Cas (34 Cas) - Kasjopeja - 2329 (12 080) - 4,95
* Rho Cas (2 Cas) - Kasjopeja - 11 648 - 4,51
* V 731 Monocerotis - Jednorożec - 4796 (21 744) - 6,14
* 3 Gem - Bliźnięta - 6395 (14 181) - 5,75

poniedziałek, 3 lipca 2017

Obłoki srebrzyste

Ponieważ sezon na to zjawisko właśnie się rozpoczął, warto napisać coś na ten temat.

Obłoki srebrzyste to najwyższe obserwowane chmury. Pojawiają się na wysokości 75 - 80 km nad powierzchnią ziemi, w obrębie mezosfery, gdzie atmosfera jest bardzo rozrzedzona a temperatury dochodzą do -100 stopni. Ponieważ są cienkie i niezbyt gęste, nie obserwujemy ich w normalnych warunkach. Stają się możliwe do zaobserwowania pod odpowiednio małym kątem, ze sporego oddalenia, w sytuacji gdy słońce oświetla je a obserwator pozostaje w cieniu.
Warunki takie pojawiają się co roku w okolicach przesilenia letniego. Półkula północna jest wtedy skierowana bardziej do słońca, dlatego za kręgiem polarnym pojawia się dzień polarny, zaś w bardziej pośrednich szerokościach geograficznych pojawiają się "białe noce" z zauważalną poświatą od północnego horyzontu. Patrząc ze środkowej Europy obserwujemy wówczas nisko na północy oświetlone słońcem górne warstwy atmosfery, które ze względu na znaczne rozrzedzenie bardzo słabo rozpraszają światło, podczas gdy jej gęstsze, dolne sfery pozostają w cieniu.

Obłoki widziane pod kątem stają się wówczas widoczne jako błękitna, pofalowana warstewka, trochę podobna do położonych znacznie niżej cirrusów, świecąca delikatnym blaskiem na tle ciemniejszego nieba. Stąd zresztą wzięła się ich naukowa nazwa "noctilucent clouds" znaczy "obłoki świecące nocą".
Jest to w meteorologii zjawisko dość świeże. Po raz pierwszy jako osobny rodzaj chmur opisał je w czerwcu 1885 roku astronom Witold Ceraski, prowadzący obserwacje z obserwatorium moskiewskiego. Było to dwa lata po eksplozji wulkanu Krakatau, której popioły wpłynęły na klimat i wywoływały wyraźne efekty w atmosferze, sądzono zatem, że to skutek tego zdarzenia. Jednak z upływem lat zaczęły się pojawiać coraz częściej i coraz dłużej trwał okres ich obserwacji. Od 1887 zaczęto badać je fotograficznie; porównanie zdjęć wykonanych w tym samym czasie przez różnych obserwatorów pozwoliła przez triangulację wyliczyć wysokość i odległość w jakiej się pojawiają. Nie zauważono wyraźnego związku z dużymi erupcjami wulkanicznymi, więc ten związek musiano odrzucić. Zauważono natomiast, że lokalne obłoki o podobnym wyglądzie tworzą się do upadkach dużych meteorów.
Prawdopodobnie są złożone głównie z zamarzniętej wody osadzającej się na cząstkach pyłu kosmicznego i pyłu po spaleniu meteorów. Na taką możliwość wskazuje powstawanie podobnych obłoków podczas startów rakiet kosmicznych - fragmenty obłoków spalin po takim starcie, na odpowiednio dużej wysokości, rozwiane wiatrem tworzą świecące obłoki o cechach tych srebrzystych. W spalinach po starcie obecna jest woda i drobne cząstki stałe.
Obłoki srebrzyste widoczne z orbity

W normalnej sytuacji powietrze na tych wysokościach zawiera bardzo mało wody, ze względu na brak konwekcji w stratosferze atmosfera jest słabo wymieszana pionowo, ciśnienie rzędu 1 hPa (czyli właściwie "próżnia" osiągalna przy pomocy pompki wodnej). Prawdopodobnie woda tworząca obłoki jest w dużej mierze wytwarzana w wyniku reakcji docierającego tu metanu z ozonem wytwarzanym pod wpływem ultrafioletu. Przy tak niskiej prężności pary wodnej aby doszło do powstania kryształków lodu temperatura musi spaść poniżej -120 stopni co może tłumaczyć czemu zjawisko pojawia się głównie w okolicy przesilenia letniego - paradoksalnie latem nad lepiej doświetloną półkulą temperatura mezosfery spada, słońce bowiem świeci pod większym kątem, zatem promień przecina warstwę mezosfery na krótszym odcinku, mniej więc ciepła jest absorbowane. Mezosfera jest równocześnie generalnie najchłodniejsza nad biegunami, dlatego obłoki powstają tylko w strefach polarnych skąd są obserwowane w średnich szerokościach.

Interesująca i wciąż badana jest też chemia tych chmur. Balony meteorologiczne tam nie sięgają a satelity latają wyżej, dlatego warunki na tych wysokościach są słabo zbadane i opierają się głównie o metody spektroskopowe. Na pewno są zbudowane z cząstek lodu o rozmiarach kilku mikrometrów rozpraszających białe światło. Ich charakterystyczny niebieskawy kolor to efekt rozpraszania Tyndalla oraz bliskiej warstwy ozonowej. Podświetlające je światło najpierw przechodzi długą drogę przez górne warstwy atmosfery zawierające ozon a po rozproszeniu pokonuje równie długą drogą do obserwatora.
Inną ciekawą ich cechą jest to, że dość mocno odbijają fale radiowe. Mezosfera na tych wysokościach to część radiosfery,  więc warstwy umożliwiającej komunikację radiową na dużych dystansach. Obłoki srebrzyste odbijają fale radiowe dużo intensywniej. Jednym z ciekawszych wyjaśnień jest absorbowanie się na powierzchni ziaren atomów metali, bądź żelaza bądź sodu ze spalających się mikrometeorów. Atomy obojętnego sodu są obecne na tej wysokości w dość dużej ilości, zaś w tak ekstremalnie niskich temperaturach mogą osadzać się na powierzchni ziarna lodu nie reagując z wodą.

Jak wspomniałem wcześniej, odkryte jako osobne zjawisko w XIX wieku nocne obłoki świecące początkowo pojawiały się w pobliżu przesilenia letniego, lecz stopniowo zaczęto widywać je coraz częściej, z roku na rok, a czas ich pojawiania się poszerzył się. Częściowo może to wynikać z postępu wiedzy, dawniejsze pojawienia się mogły być po prostu brane za zorzę polarną, z zapisków angielskiego astronoma Thomasa Romney'a Robinsona, prowadzącego obserwacje z terenów Szkocji znamy dwie obserwacje mogące być tym zjawiskiem, pochodzące z lat 50 XIX wieku.
Po pracach Ceraskiego zaczęto tych obłoków wypatrywać i stąd więcej obserwacji. Jednak porównanie zapisków o czasie pojawienia się najwcześniejszych i najpóźniejszych obłoków wskazuje na poszerzanie zakresu obserwacji i zwiększenie częstości pojawienia. Z czegoś to musi wynikać.

Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że zwiększona częstość pojawiania obłoków w mezosferze to skutek globalnego ocieplenia i to na dwa sposoby - zatrzymywanie ciepła w troposferze przez gazy cieplarniane to mniejszy strumień ciepła od powierzchni ziemi, a zatem lepsze wychładzanie mezosfery. Drugi efekt to rosnące stężenie metanu który z pewnym opóźnieniem dociera aż tutaj i rozkłada się pod wpływem ozonu i ultrafioletu, wytwarzając wodę.

Jak obserwować?
Obłoki srebrzyste pojawiają się w zakresie kilku tygodni wokół przesilenia letniego, zwykle największe nasilenie osiągają dwa tygodnie po nim, na początku lipca. Pojawiają się wówczas gdy słońce jest od 6 do 16 stopni pod horyzontem, zatem w okolicach samego przesilenia mogą pojawiać się między 22 a 2 przez całą noc, najintensywniejsze są jednak wieczorem i przed świtem.
Można wypatrywać ich na północno-zachodnim niebie, nisko nad horyzontem od godziny po zachodzie do 23 lub będąc nocnym markiem, jak ja, od 1 do 3 w nocy bardziej na wschód. Z tego co zauważyłem, często jaśniejsze i wyraźniejsze pojawiają się w drugiej części nocy, co jest niestety powodem przez który mało ludzi je widziało.

Można je rozpoznać po niebieskawym kolorze odcinającym się na ciemnym tle. Są przezroczyste, widać przez nie gwiazdy. Najintensywniejszy jest zwykle pas wysoki do 15-20 stopni nad horyzont, bardziej białawy, przy większej intensywności u dołu podbarwiony na żółtawo a nawet pomarańczowo. Bliżej wschodu lub zachodu słońca sięgają wyżej, choć wówczas już na bardziej rozjaśnionym niebie. Zwykłe chmury, nawet cirrusy, są widoczne jako ciemne na ich tle, nie dosięga do nich bowiem światło. Bardzo jasne fragmenty mogą być widoczne także przy świecącym księżycu, choć w takie noce trzeba uważać aby nie pomylić ich z chmurami oświetlonymi księżycem.

Zwykle mają wygląd lekko sfalowanych płaszczyzn z przeplecionymi pojedynczymi pasmami. Istnieje klasyfikacja wzorów wymieniająca zamknięte pętle, ciemniejsze obszary, krzyżujące się pasy i inne rzadsze typy. Najlepiej znaleźć miejsce z odsłoniętym północnym horyzontem i bez świateł miejskich, choć jak pokażą zdjęcia całkiem nieźle da się je obserwować z miast. No i oczywiście trzeba mieć szczęście bo nie każdej nocy się pojawiają

Sam obserwuję je od około 2005 roku, początkowo rysowałem je w notatniku:
6 lipca 2006
Pamiętam, że jedne z najładniejszych pojawiły się w roku 2007, potem w 2009 kiedy to po raz pierwszy zrobiłem im zdjęcie:
13 lipca 2009


Następnych kilka lat było pod tym względem słabszych. Najlepsze pojawiły się w lipcu 2014. Najpierw wieczorem 3 lipca pojawiły się efektowne ale nie sięgające wysoko obłoki, które oglądałem z łąk poza osiedlem:
Gdy przed północą zanikły sądziłem, że to na dziś koniec. Jednak po pierwszej w nocy zauważyłem nisko bardzo intensywną ławicę:

Wzór stopniowo rozszerzał się i zwiększa się widoczny obszar:

Niebo było jeszcze całkiem ciemne, tymczasem jak widać obłok świecił jasno jak widoczny niżej blok oświetlony latarniami. Wyglądał jak przeklejony do nocy kawałek dziennego nieba. Na jego tle widać ciemniejszą smugę kondensacyjną (góra część jest podświetlona światłem bijącym od obłoku). W miarę upływu czasu widać było coraz większy podświetlony obszar, który ostatecznie rozciągał się do 60 stopni szerokości i miejscami tyleż wysokości, ujawniający bardzo ciekawy, skomplikowany wzór:
Około 2:30 obłoki były na tyle jasne, że rzucały słaby, rozproszony cień

Pod koniec, gdy niebo w tle zaczynało się już robić jasne, najwyższe fragmenty ujawniły ładną pofalowaną strukturę, niektóre pasma sięgały prawie do zenitu. Natomiast dolne rejony podbarwiły się na żółto:

To była piękna noc, napsztykałem wtedy prawie 50 zdjęć.

Ładne pojawiły się też 19 czerwca 2016, wybrałem się wtedy w plener aby uchwycić je w jakimś ładnym kadrze:

W tym roku dość długo czekałem aż się pojawią. Zwykle zaczynają być zauważalne na początku czerwca, czasem pod koniec maja, i są widoczne do końca lipca, raz widziałem je 1 sierpnia. Pierwsze tegoroczne obłoki srebrzyste pojawiły się 19 czerwca, czyli trzy dni przed przesileniem, były dosyć słabe, zauważyłem je przed świtem, w sumie przypadkowo.:
ładniejsze pojawiły się 20 czerwca:
Zdjęcie zostało zrobione z Mokotowa na północ, jak widać cała Warszawa z rozświetlonym Śródmieściem nie przeszkodziła ich oglądać.
Później widziałem je jeszcze 29 czerwca wieczorem:




Potem w obserwacjach przeszkadzały chmury ale podobno były dobrze widoczne przedwczoraj.

Tak więc gorąco zachęcam do obserwacji, na pewno jeszcze się trafią, a to na prawdę piękne zjawisko, rekompensujące nam rzadkie pojawianie się zórz polarnych.


-------
* https://en.wikipedia.org/wiki/Noctilucent_cloud