Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Słucham czasem - Vashti Bunyan

Vashti zadebiutowała jako piosenkarka w latach 60. Będąc jeszcze nastolatką próbowała swoich sił w tworzeniu i śpiewaniu własnych tekstów, czym zwróciła uwagę menadżera Andrewa Looga Oldhama, szerzej znanego jako producent Rolling Stonesów. Wyławiał on różne takie obiecujące osóbki umożliwiając rejestrację próbnych singli, dla sprawdzenia, czy chwycą. Pierwszy wydany "Some Things Just Stick In Your Mind" z 1965 przeszedł bez większego echa, bardziej znane stały się wersje innych wykonawców. W kolejnych latach czasem pojawiała się w chórkach albo podłączano ją do innych debiutujących zespołów, aż wreszcie zdecydowała się spróbować wydać płytę z własnymi piosenkami.
Wydana w 1970 roku płyta "Just Another Daymond Day", utrzymana w bardzo łagodnym, folkowym tonie, okazała się jednak finansową klapą, więc zniechęcona Vashti wyjechała do Szkocji, gdzie przez kolejne lata założyła rodzinę.

Ale dobra muzyka potrafiła się obronić. Pod koniec lat 90. dotarły do niej informacje, że nieliczne egzemplarze debiutanckiego albumu są bardzo poszukiwane na rynku muzycznym. Na aukcjach schodziły za spore pieniądze. Dochodziły też do niej opinie od innych twórców, którzy inspirowali się jej stylem, traktując ją jako zapomnianą klasyczkę. Zebrawszy się w sobie postanowiła zaryzykować i w 2000 roku wydała reedycję płyty na dysku CD. Mimo upływu 30 lat płyta została odebrana bardzo dobrze, otrzymując pozytywne recenzje. Skoro więc po tylu latach wreszcie znalazło się dla niej miejsce na rynku, mogła kontynuować karierę.
W 2005 roku ukazała się płyta "Lookaftering" pomyślana jako kontynuacja debiutu. Głos Bunyan niemal wcale się nie zmienił przez te lata. W 2007 roku wyszła kompilacja niepublikowanych starych nagrań, w tym demów i wersji akustycznych. Ostatnią płytą jest "Heartleap" z 2014 roku. Od tego czasu ponad 70-letnia Vashti raczej nie nagrywa nowych utworów.
Niektóre zdobyły sobie większą popularność. "Train Song" dorobiła się coverów i wykorzystania w reklamach, "Winter is blue" znalazła się w soundtracku serialu "True Detective".
Specyfiką jej stylu jest bardzo łagodny wokal, prawie pozbawiony ozdobników, śpiewany cicho, z ustami tuż przy mikrofonie, niczym melodyjny szept. Teksty w zasadzie proste, choć nie pozbawione refleksji. Bardzo lubię tego rodzaju spokój.

piątek, 9 marca 2018

Słucham czasem - Stevie Reich

Skoro blog jest o wszystkim, to teraz będzie także o muzyce.

Na kompozycje Steviego Reicha mogliście się przypadkiem natknąć, gdy zostały użyte w filmach lub serialach. Należą do najbardziej znanych kompozycji muzyki współczesnej, będąc przy tym bardziej przystępnymi niż wiele utworów uczestników Warszawskiej Jesieni.

Jeśli chodzi o muzyczny gatunek, Reich startował z pozycji muzyki minimalistycznej, opartej o proste motywy, które w ramach kompozycji są wielokrotnie powtarzane. Efekty muzyczne są tworzone poprzez stopniowe modyfikowanie fraz lub dodawanie nowych instrumentów, przez zmiany rytmiki czy techniki w rodzaju przesunięć fazowych czy wykorzystania wspólnych wielokrotności. Ponieważ muzycy z tej grupy, która ukształtowała się jako nurt w latach 60. w większości odebrali klasyczne wykształcenie kompozytorskie, początkowo były to kompozycje na klasyczne instrumenty: fortepian, skrzypce, czy na orkiestrę symfoniczną. Z czasem wielu z nich zainteresowało się efektami elektronicznymi, natomiast Reich zajął się wykorzystaniem efektów perkusyjnych.
Do najbardziej znanych minimalistów należy Philip Glass, zajmujący się też tworzeniem muzyki filmowej, oraz Terry Rilley.

Ostatecznie styl Reicha przyjął charakterystyczną formę, w której krótkie powtarzalne frazy nakładają się na siebie w dość szybkim rytmie, komponuje w tym stylu do dziś ( ma 82 lata).
Nie wszystkie utwory są udane.
"Four Organs" z 1970 to niezbyt urozmaicona kompozycja oparta o stałe powtarzanie tej samej frazy, tylko granej coraz wolniej, na czterech organach elektronicznych. Wydłużanie akordu granego z pewnym przesunięciem przez wszystkich czterech grających z czasem rozbija melodię, kończąc się nieprzerwanym dźwiękiem. Nie dziwię się opisywanym reakcjom publiczności, która po kilku minutach zaczynała wołać, żeby już skończyli.
Znana "Pendulum music" to raczej zabawa - utwór został skomponowana na cztery mikrofony, zawieszone na kablach różnej długości nad głośnikami; wychylone i puszczone, w różnym momencie sprzęgają się z głośnikami a za wszystkie efekty odpowiada nakładanie się okresów.

Najbardziej podobają mi się utwory bardziej rozbudowane, z wyczuwalną kompozycją. Prosty "Violin Phase" oparty głownie o przesunięcia fazowe frazy granej na dwóch skrzypcach (tu w dodatku wdzięcznie zilustrowany tanecznie):

"Eight Lines" w którym pewna fraza jest przekształcana i rozbijana na fragmenty przez osiem instrumentów:

Bardziej rozbudowany "Sextet" rozpisany na fortepiany, bębny i ksylofony:

"Electric Counterpoint" na gitarę elektryczną:
I najbardziej rozbudowana kompozycja, łącząca w pewnym sensie dwie poprzednie "Music for 18 musicians":
Miłego słuchania.

wtorek, 27 czerwca 2017

Od Syracuse do Cheetaway... - czyli właściwie gdzie?

Jedna z najbardziej znanych wczesnych piosenek Maryli Rodowicz opowiada o długiej ale najwyraźniej zachwycającej podróży między dwiema amerykańskimi miejscowościami. I zapewne już od samego początku nasuwała słuchaczom pytanie - o jakich właściwie miejscowościach mowa?

Osiecka napisała tekst pod wpływem wrażeń z pobytu w USA, jednak z pewnością dobrała miejscowości głównie ze względu na dobrze brzmiące nazwy. Załóżmy jednak, że mają one jakieś znaczenie. Miejscowości Syracuse jest w Stanach Zjednoczonych kilka, najbardziej znane i największe w stanie Nowy Jork. Z drugim jest natomiast kłopot, bo tak pisanej miejscowości w USA nie ma. Widziałem rozważania, że może to być przerobiona nazwa miasteczka Cheektowaga, na linii kolejowej z Syracuse do Buffalo.[1]

A może druga nazwa jest symboliczna? Albo przy podobnej wymowie, pisze się ją jednak inaczej?
Złożenie "cheet-away" nie ma specjalnego sensu; "cheet" to wedle Urban Dictionary  pył przypraw pozostający na palcach po jedzeniu czipsów.[2] Więcej sensu miałaby wersja "cheat-away" co można by oddać jako "oszukana dal" czy w nawiązaniu do klasyki poezji śpiewanej jako "złudne manowce". Byłaby to więc podróż od jakiegoś znanego kawałka Ameryki, aż po wymarzony bezkres, nierealny i jeszcze nie osiągnięty.
Druga wersja jaka nasunęła mi się na myśl, to "cheetah-way" czyli dosłownie "droga geparda". Z symbolicznego znaczenia tej nazwy trudno wyciągnąć coś konkretnego, ale z pomocą przychodzi nam bardziej dosłowne - Google Maps odnotowuje trzy takie miejsca w Stanach Zjednoczonych, wszystkie to chyba ulice lub drogi nazwane w ten sposób, jedno w stanie Utah, drugie w stanie Nevada a trzecie w stanie California.
To trzecie jest chyba najciekawsze. To ulica w mieście Palmdale, leżącym w pobliżu Los Angeles. Z Syracuse do LA prowadzi linia kolejowa:

To jedna z najdłuższych tras jakie można sobie wyobrazić - bezpośredni pociąg pokonuje około 2600 mil jadąc 2 dni i 14 godzin. Jest więc czas na podziwianie krajobrazów, i wypytywanie jedynych trzech pasażerów o to skąd pochodzą.
Byłaby to zatem w tej wersji po prostu "podróż wskroś przez Amerykę" a piosenka byłaly zachwytem nad tym dziwacznym kawałkiem globu. I tęsknotą cudzoziemca za tą przestrzenią, gdzieś pomiędzy Cheetah Way a Syracuse.


-------
[1] http://artu-variousposition.blogspot.com/2010/09/od-syracuse-do-cheetaway.html
[2] http://www.urbandictionary.com/define.php?term=Cheet

sobota, 20 października 2012

Daj spać

Siedzę wieczorem i słucham Nosowską. "8". Daj spać.

To piosenka o człowieku, który nie wytrzymuje szalonego, zagmatwanego świata, wysysającego "miąższ" emocji, chęci, prawdy. Od samego ranka po najpóźniejszy wieczór. Ze ścieku telewizora płyną szumowiny w studnie oczu, aż wypłuczą wszelką myśl. Każdy zabiega o uwagę aby widz coś mu dał, coś kupił, sprzedał, zrobił lub poniechał.

Zastanowił mnie tam fragment z refrenu:

Będę podpalać się na placach stolic
Skakać z wież kościelnych na anteny

To bardzo ciekawe. Płytę wydano w 2011 roku. W tym samym roku nagrodę World Press Photo w kategorii zdjęcie pojedyncze wygrała ta fotografia:
22 maja 2010 roku w Budapeszcie pewien mężczyzna wspiął się na ozdobioną figurą sokoła wieżyczkę Mostu Wolności. Gdy strażacy wyciągali drabinę aby go zdjąć, oblał się benzyną, podpalił i skoczył. Zginął na miejscu.[1] Skok na żywo nadano na antenie telewizji.


Jak to się czasem wątki plączą...


-----
[1] http://vasnepe.hu/belfoldi/20100522_leugrott_a_szabadsag_hidrol

niedziela, 12 lutego 2012

Somebody used

Zaczęło się (dla mnie) gdy w którejś z radiowych audycji puszczono nowość - utwór zupełnie mi nie znanego Gotye. Muzyka bardzo fajna, teledysk świetny i oparty na ciekawym pomyśle wizualnym, parę dni sobie jej słuchałem i cieszyłem się, że puszczają co jakiś czas w radiu. Ale po pewnym czasie zainteresowanie minęło (zdaje się że zacząłem akurat słuchać Joplin i wyparło).


Nieco później natknąłem się na parodię teledysku, wykonaną przez chłopaków z Former Love w której w zasadzie aż do połowy wszystko dzieje się tak samo jak w oryginale, aż okazuje się że część śpiewaną przez Kimbrę odgrywa pomalowany chłopak a w finale towarzyszy im pomalowany chórek.

Pojawiła się też wersja anatomiczna, z namalowanymi organami wewnętrznymi i wersja "Pollock". Jest też wersja że tak powiem gejowska (jakoś tak się kojarzy). Parodia piosenki przerobiona na wulgaryzmy nie zbyt mi się natomiast spodobała, w odróżnieniu od podobnej graficznie wersji niemieckojęzycznej. Parodia będąca satyrą na internet (Somebody That I Used to Troll) też niczego sobie.
Są też wykonania amatorskie, jak uroczo okropna wersja dwóch nastolatek, pełna pasji wersja przedszkolaków, wersja w domowym salonie gdzie córce akompaniuje na pianinie matka (całkiem nieźle) i kilkadziesiąt wersji "w moim pokoju".

Jakoś tak po paru miesiącach znajomy zwrócił moją uwagę na interesujący cover grupy Walking off the Earth, specjalizującej się w zabawnych wideoklipach do swoich wersji innych piosenek. Całość opiera się na intrygującym pomyśle wizualnym, aby pięć osób zagrało na jednej gitarze:

Uwagę zwraca stojący przy samym gryfie, który wprawdzie jedynie od czasu do czasu trąca jedną strunkę ale ma minę jakby to on był tu najważniejszy. Ich wersja spodobała się internautom nie gorzej od oryginału - pierwszy wrzucony klip ma już 51 mln odsłon. Nic więc dziwnego, że pojawiły się wykonania tego wykonania.

Aż wreszcie parodie, na przykład "wersja przebierankowa" nawiązująca w tekście do popularności klipu, dalej zaś wedle grup wiekowych i krajów: parodia paru dorosłych ludzi grana na rakiecie tenisowej i dużej rybie , parodia studencka; wersja nastolatków (nawet na prawdę grają!); parodia ojca z małymi dziećmi, co do których można mieć podejrzenie, że nie są zupełnie obecne umysłem; parodia orientalna odgrywana na miotle; parodia latynoska z odwróconą gitarą, wersja na dziewięć osób, wersja barowa na ukulele; polska parodia w stylu "domowa balanga po 1 w nocy". Można by jeszcze długo wyliczać. Utwór Gotye stał się internetowym fenomenem, czego dowodzi liczba 68 milionów wyświetleń pierwszego klipu. Jest to rzeczywiście dobry utwór, z nie najgorszym tekstem i muzyką, ale chyba sami przyznacie, że po pewnym czasie odechciewa się słuchać.

Co do parodii i przeróbek, można mówić już o Efekcie Gotye - każda przeróbka, nawet najmarniejsza, może liczyć na co najmniej kilkanaście tysięcy wejść tylko dlatego, że pojawia się w pasku podobnych filmów, zaś zachęceni internauci będą klikać choćby tylko dla sprawdzenia co też nowego ludzie na świecie wymyślili. Całe to zjawisko dowodzi moim zdaniem, że są na świecie tysiące ludzi o całkiem przyzwoitym poczuciu humoru, którzy chcą dzielić się tym odczuciem. W polskim internecie jest to nurt prawie niezauważalny - właściwie większość "parodii" to przeróbki gdzie pod ruch warg podstawiano różne wulgaryzmy (aczkolwiek ostatnio pojawiła się pełna, wraz z klipem, parodia "Ostatniej nocki" Maleńczuka).


I na koniec pojawił się całkiem interesujący cower Army of 3 w wykonaniu Ingrid Michaelson które wcale nie naśladuje Gotye a raczej dodaje do piosenki całkiem inny klimat. Wersja jest zresztą ciekawie zmontowana i niewykluczone, że pojawi się jakaś tego klipu parodia.

--------
Ps. a może wobec tego zrobię własną parodię?
Niestety co do swych zdolności wokalnych mam powątpiewanie, więc raczej się na to nie poważę, ale może posklejam co zabawniejsze wykonania w jakąś małą kompilację...