czwartek, 12 maja 2016

50 nazw śniegu?

Wśród popularnych mitów, przekazywanych z ust do ust faktoidów i ciekawostek, zaszczytne miejsce zajmuje przekonanie o niesamowitej ilości słów określających różne rodzaje śniegu u Eskimosów. Zwykle służy do uwypuklenia różnic kulturowych lub do potępienia współczesnego Europejczyka, który oderwał się od rytmu przyrody i jego ubogość duchową ma unaoczniać porównanie "eskimosi mają X słów na określenie śniegu a my tylko jedno - jak to o nas świadczy?".


Ile wynosi to X to już zależy od źródła, na zachodzie w krajach anglojęzycznych utrwaliła się formuła z 50 słowami, w polskim internecie panuje duża dowolność; jest mowa o 40-50 ale bardzo popularna jest wersja ze 100 słowami a niektóre portale chcące olśnić czytelnika piszą o 250-400 słowach.

Mit ten jest bardzo stary. Jego początki można znaleźć w pracy Franza Boasa na temat Inuitów z roku 1911. Zauważa on tam, że warunki lokalne mają duży wpływ na język i dla przykładu podaje, że Inuici mają trzy słowa na określenie śniegu: aput czyli śnieg na ziemi, quana czyli śnieg padający i piqsirpoq czyli śnieg zwiewany oraz qimuqsuq czyli zaspa  - a Anglicy tylko jedno.
Pogląd ten został zacytowany w popularnym artykule Benjamina Whorofa z 1940 roku w wersji, że Eskimosi mają wiele określeń odmian śniegu, z czego podał 7 ale nie podał tych słów tylko co miały znaczyć. Nie precyzyjne określenie "wiele słów" zaowocowało tym, że kolejni autorzy opisujący to przekonanie podawali coraz większe liczby aż w latach 70. utrwaliła się wersja z 50 słowami, choć czasem pojawiała się liczba 100 słów.[1]

Warto zauważyć, że w tym przekonaniu czają się pewne ukryte założenia - pierwsze, że istnieje jeden język eskimoski, a drugie że chodzi o takie słowa jak w znanych nam językach, zaś kolejne to założenie, że chodzi o nazwy rodzajów śniegu. Tymczasem po pierwsze wyróżnia się pewną ilość języków eskimo-aleuckich i liczne lokalne dialekty. Jeśli brać znaczące to samo ale różniące się między sobą słowa z poszczególnych języków, to rzeczywiście otrzymamy poważną ilość, ale to trochę tak jakby mówić o języku "słowiańskim" i na dowód zróżnicowanej leksyki zbierać do kupy słowa z języków polskiego, czeskiego, białoruskiego etc.

Problemem jest też założenie, że odnalezione różne wyrazy są różnymi słowami. W odróżnieniu od języka angielskiego języki eskimoskie są aglutynacyjne, a więc posiadają pewną liczbę rdzeni do których dodaje się końcówki, przedrostki, przyrostki oraz często łączy się rdzenie tworząc wyraz, zastępujący szersze wyrażenie. W efekcie otrzymujemy pozornie odmienne "słowa" będące właściwie gramatycznymi formami rzeczowników i czasowników, czasem ich złożeniami.
Ślad takiej cechy widać zresztą w języku polskim, charakteryzującym się silną fleksją. Odmiana czasownika wygląda tak, że w słowie zawiera się temat, do którego dodaje się końcówki, a czasem następuje też rozszerzenie tematu (temat+ końcówka traktowany jak osobny temat, do którego dodaje się nową końcówkę). Takim aglutującym przypadkiem może być "widziałybyśmy" - temat "widzia" z cechą czasu przeszłego "ł" i końcówką określająca rodzaj żeński "y" tworzą temat rozszerzony "widziały" który może funkcjonować jak osobne słowo; do tego partykuła określająca tryb niedokonany "by" i końcówka osobowa "śmy" precyzująca, że dana osoba mówi o więcej jak jednej osobie, ale w tym o sobie. Taka wersja czasownika zastępuje równoważne stwierdzenie "my byśmy widziały".[2]

W językach eskimoskich zlepianie może zachodzić jeszcze dalej, tak że tworzone wyrazy łączą w sobie wiele rdzeni i stają się równoważne dłuższym wyrażeniom. Wyraz "Pariliarumaniralauqsimanngittunga" to w rzeczywistości jedno zdanie, znaczące "Nigdy nie powiedziałem, że chcę jechać do Paryża"[3] Na podobnej zasadzie tworzone są wyrazy będące opisami form lub zjawisk związanych jakoś ze śniegiem czy lodem. Mieszkańcy wschodniej Grenlandii używają jednego słowa "siku" aby nazwać lód na morzu. Słowo to jest używane potem we wszystkich określeniach typu "lód jaki" zapisywanych zgodnie z gramatyką jako jeden wyraz. Cienki lód to "sikuaqu", topniejący lód to "sikurluk", pak lodowy to "sikursuit".
Oznacza to zatem, że liczba eskimoskich słów zależy od tego co uznamy za słowo.

Kolejny problem to zakładanie, że nazwy dotyczą śniegu jako takiego, a nie form jakie on przybiera. W języku polskim istnieje dużo słów na określenie form śniegowych i lodowych, inną formą jest zaspa, inną nawis, inną półka śnieżna, inną deska śniegowa; czym innym jest zawieja, czym innym zamieć, czym innym lawina. trudno jednak wliczać te słowa jako "nazwy różnych rodzajów śniegu" bo nie różnicują one materiału wedle jego właściwości tylko wedle miejsca i postaci występowania, a w przypadku zjawisk także wedle sposobu zachowania. Wyliczane przez słowniki i cytowane w niektórych powtarzających mit artykułach dziesiątki eskimoskich słów śniegopochodnych to zatem w większości złożenia, nazwy form śnieżnych, formy gramatyczne i nazwy zjawisk śnieżnych.

Mit ten od samego początku funkcjonuje w formie, która przeciwstawia eskimoskiej wielości angielską ubogość. Już pierwszy autor mówiący o trzech słowach na określenie śniegu, twierdził że w języku angielskim funkcjonuje tylko jedno słowo "snow" i dowodzi to wpływu warunków lokalnych na język. W rzeczywistości w języku angielskim znaleźć można wiele słów na określenie różnych rodzajów śniegu. Forma podstawowa to "snow"; deszcz ze śniegiem to "sleet" (zwłaszcza w odmianie australijskiej i kanadyjskiej), suchy zgranulowany śnieg to "corn", ziarnisty ale świeży śnieg, który przeszedł nadtopienie i przemarznięcie to "névé ", który po przetrwaniu sezonu tworzy utrzymujący się w górach bardziej zbity "firn". Błoto śniegowe to "slush". Brudny, nadtopniały śnieg, zwłaszcza miejski to "snirt". [4]
Podobny mit funkcjonuje na temat słowa "miłość" które ponoć ma wiele odmian w języku greckim (słyszałem też wersję z francuskim) a ponoć tylko jedną w angielskim, co ponoć ma odzwierciedlać jak mało romantyczni są anglofoni.

A jak rzecz wygląda w języku polskim? Ze względu na klimat mamy do czynienia ze śniegiem wystarczająco często, aby powstały dla niego różne określenia. Jedną z prób podsumowania polskich nazw śniegu jest praca Joanny Szadury, którą będę tu cytował, wybierając pojedyncze słowa [5].

Powszechnie znanych jest kilka nazw opadów śnieżnych lub rodzajów pokrywy śnieżnej (niezależnie od nazw form ukształtowanych ze śniegu). Podstawowa to po prostu śnieg, opad atmosferyczny w formie drobnych kryształków lodu i ich nie zbitych skupień. Ale śnieg może padać w różnych formach - w formie pojedynczych lub częściowo zlepionych ale płaskich cząstek jest nazywany płatkami; drobne białe kulki o porowatym wnętrzu, odbijające się od podłoża to krupa (czyli kasza).
Śnieg świeżo spadły, bardzo miękki i napowietrzony to puch, puchem lub puszkami nazywane są też bardzo miękkie spadające płatki.
Jeśli chodzi o rodzaje pokrywy śnieżnej, poza świeżo spadłym puchem, znany jest jeszcze firn to jest śnieg zleżały, częściowo nadtopiony i złożony z małych nie połączonych grudek, narciarze i taternicy mówią też o gipsie czyli zleżałym, twardym, suchym śniegu, zaś pokrywa z twardą, częściowo zlodowaciałą warstwą na powierzchni to szreń. Przypadkiem na granicy między formą śniegu a formą lodową jest lepa, czyli warstwa śniegu który spadł do wody i nie roztopił się ani nie zamarzł (tej nazwy Szadura nie wymienia).
Myśliwi dodatkowo wyróżniają ponowę to jest warstwę śniegu świeżo spadłego, gładkiego, na której dobrze odciskają się tropy zwierzyny.
Pozostałe pospolite nazwy to określenia złożone z dwóch lub trzech słów, na zasadzie "śnieg x-owy" lub "y śnieżny", na przykład "czerwony śnieg", "śnieg zleżały", "śnieg suchy" "zaspa śnieżna" itp.

Oprócz tych pospolitych, często spotykanych, wyróżniono też słowa pochodzące z gwar i dialektów języka polskiego*. Tak jak posługujący się mitem o 50 słowach traktują języki eskimoskie jako całość, tak też i my możemy uznać, że nazwy z poszczególnych regionów są słowami przynależnymi ogółem do języka polskiego. A wówczas, gdyby je dokładnie policzyć, okazałoby się że jest ich również całkiem sporo. Wymienię tylko te które są pojedynczymi słowami:

- mąknisko, piarzëdło, polatawa, przëpruszka, miałczëzna - sypki, drobny, suchy śnieg
-  pióra, fledry, szatory (czyli szmaty), szwatoły, flafory, flachcie, fafeły (czyli kudły włosów), lopy, bałwany, chochoły, baby - lepkie płaty padającego śniegu
- żelãzniãk, mrozicha - zlodowaciały, twardy śnieg
- macz, mokrawa, trzap, ćpa, plusk, pluskotnica, brëzy, gizdraga - mokry, rozpryskujący się śnieg padający z deszczem
- chlapa, chlapanina, chlapaczka, chlaptaczka, chlaptula, szląp, cap, cziaplecka, czaplec, mitka - mokry, topniejący śnieg
- przypirsek - pierwszy śnieg

Jak widać jest tego sporo. Wraz z wymienionymi wcześniej nazwami ogólnymi mamy tutaj 46 słów na określenie samego tylko śniegu, gdyby dodać jeszcze rzadsze określenia narciarskie, typu "boraks" czy "sztruks" (śnieg ubity ratrakiem) doszlibyśmy do 50. W większości są to synonimy, czyli różne słowa na określenie tego samego. 
-----------------
* Szadura cytuje dużo nazw kaszubskich, przy czym jedni językoznawcy uznają kaszubski za język zbliżony do polskiego a inni za dialekt. 

[1] http://users.utu.fi/freder/Pullum-Eskimo-VocabHoax.pdf
[2]  http://free.of.pl/g/grzegorj/gram/koniugp.html
[3]  https://pl.wikipedia.org/wiki/Inuktitut
[4] https://en.wikipedia.org/wiki/Types_of_snow
[5] Joanna Szadura, Sposoby nazywania przedmiotu jako narzędzie profilowania jego wyobrażenia bazowego,  Etnolingwistyka (27) 2015, s. 129-145 (PDF)

poniedziałek, 9 maja 2016

Tranzyt Merkurego przez tarczę Słońca

Będą tu dodawał zdjęcia z aktualnych obserwacji. Tranzyt będzie trwał aż do wieczora.

Parę minut temu:
Malutki jest, myślałem że będzie większy od plamy słonecznej pośrodku.

Nieco wcześniej nie widząc że już się zaczęło uchwyciłem pierwszy kontakt:

13:40
Teraz widać dużo lepiej. Tylko chmury co chwila zasłaniają.

około 15:
Ostatnie zdjęcie przed zachodem:

A teraz jeszcze księżyc się napatoczył:

środa, 20 kwietnia 2016

1992 - Trąba powietrzna w Rakowie

Ten przypadek nie jest aż tak stary, w porównaniu z już omawianymi, ale wystarczająco zapomniany aby warto było go przypominać.

24 marca 1992 roku był ponoć pierwszym na prawdę ciepłym dniem w Rakowie Starym koło Łomży. Po południu pojawiła się nieduża chmura z której spadł krótki, nie zbyt intensywny deszcz, dwa razy zagrzmiało. Gdy zaczęło się przejaśniać, gospodarze wrócili do swoich czynności. Jednak zanim zupełnie się przejaśniło na południe od wsi, w okolicach żwirowni, zauważyli ciemny, wirujący słup, który szybko objął zabudowania, zrywając dachy, łamiąc drzewa i powodując zawalenie się niektórych budynków. Na szczęście poważne obrażenia odniosła tylko jedna osoba, Alfred Chaberek który został przygnieciony ścianą zawalonej stodoły. Zmiażdżoną nogę trzeba było amputować. Kilka zostało lekko rannych szkłem z wybitych szyb.
Z niespełna 30 gospodarstw tylko w jednym nie zanotowano szkód.

Artykuły wspominają jeszcze przy okazji że podobny kataklizm miał zdarzyć się we wsi w roku 1939 ale tutaj brak bliższych szczegółów.
--------
* Trybuna Śląska nr. 75 28-29.03.1992 ŚBC Katowice
* Trybuna Śląska "Zawirował czarny słup" nr.80 03.04.1992 ŚBC Katowice

niedziela, 3 kwietnia 2016

Roślina, która rośnie wszędzie

Człowiek przenosząc się na nowe terytoria i podróżując między krajami staje się, zwykle nieświadomym, czynnikiem roznoszącym po świecie gatunki nieraz daleko poza zasięg naturalnego występowania. Gatunki wrażliwe, o wyspecjalizowanych upodobaniach i mało płodne, nie utrzymają się w nowym środowisku i bądź w ogóle nie przeżyją, bądź będą utrzymywały krótkotrwałą populację w pobliżu miejsca uwolnienia, która wyginie w ciągu jednego-kilku pokoleń. Jednak te płodne i elastyczne w wymaganiach będą miały szansę zasiedlić nowe obszary, nieraz przybierając formę masową.

Tego rodzaju gatunki nazywamy inwazyjnymi, często stają się one zagrożeniem dla lokalnej flory i fauny konkurując z nią i wypierając z wygodnych nisz. Żółw czerwonolicy, pochodzący z Ameryki i będący najczęstszym gatunkiem w sklepach zoologicznych, po wypuszczeniu lub zagubieniu wypiera ze stanowisk rodzimego żółwia błotnego. Niecierpek gruczołowaty pochodzący z Himalajów, po ucieczce z ogródków zarasta wilgotne tereny jednolitymi płatami zagłuszającymi wszystko inne. Niektóre rdestowce są tak uciążliwe, że w wielu krajach za posadzenie ich w ogródku można dostać wysoki mandat.

W przypadku takich kosmopolitycznych roślin, które są w stanie wyrosnąć wszędzie, często spotykamy się z opisem "rośnie na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy". Co tworzy dość oczywiste pytanie - czy jest roślina która rośnie na wszystkich kontynentach, z Antarktydą włącznie?

Choć kontynent Antarktydy w większości pokryty jest lądolodem, to jednak około 1% powierzchni jest od niego wolne i może w cieplejszym okresie nadawać się do wzrostu roślin. Najłatwiej o to na terenie półwyspu antarktycznego, który będąc najbardziej na północ wysuniętym skrawkiem kontynentu doświadcza w trakcie lata roztopów i tam też znajdują się największe stanowiska rodzimych roślin. Oprócz około 100 gatunków mchów i 25 gatunków wątrobowców, rosną tam tylko dwa gatunki roślin naczyniowych - trawa śmiałek antarktyczny i kolobant antarktyczny, roślina z rodziny goździkowatych zakwitająca drobnymi, żółtymi kwiatkami.
Są gatunkami dość młodymi, ze względu na dawny zasięg lodowca nie mogą rosnąć na Antarktydzie od więcej niż 5-6 tysięcy lat.

Trzeci gatunek rośliny naczyniowej jaki został tam znaleziony, to już zupełnie świeże zawleczenie - chodzi o pospolitą trawę wiechlinę roczną (Poa annua) jedną z pospolitszych traw Europy, w wielu miejscach uważaną za uciążliwy chwast, zwłaszcza na polach golfowych, gdzie jej kępki niekorzystnie zmieniają strukturę darni. Na Antarktydzie znalazła się ukryta w transporcie sprzętu i ludzi do stracji arktycznych, w czym co ciekawe swój udział mieli polscy naukowcy.

Pierwsze osobniki tworzące trwałą populację* odnaleziono koło budynku Polskiej Stacji Antarktycznej im. Arctowskiego, założonej w latach 70. na Wyspie Króla Jerzego u wybrzeży głównego półwyspu. W sezonie 1985/86 kilka kępek pojawiło się pod kratownicą przy wejściu głównego budynku służącą do obtupywania butów ze śniegu, co nasuwało drogę zawleczenia - kilka nasion musiało ukryć się w zagłębieniach zelówek butów i dopiero tam odpaść. Niewykluczone też, że źródłem była ziemia w szklarni działającej przy stacji, gdzie znaleźć mogło się trochę przeoczonych nasion z Polski.
Tych kilka pierwszych roślin rozsiało się na okolicę. Obecnie wiechlina tworzy rzadkie zbiorowiska na obrzeżach terenu stacji, miejscami na terenie obszaru podmokłego nazywanego Ogrodami Jasnorzewskiego a pojedyncze osobniki na stoku u podnóża lodowca. Ponieważ teren jest mały i ograniczony lodowcem i morzem, pracownicy stacji nie tępią trawy obserwując jej rozrost i badając zmiany jakie wywołuje w niej skrajne środowisko.[1]

W kolejnych latach na podobnej zasadzie wiechlina pojawiła się koło innych stacji na wyspach Szetlandów Południowych, aż wreszcie obfity płat wyrósł na lądzie koło stacji Paradise Bay[2].
 Spekuluje się, że jej dalsze rozprzestrzenianie się może zagrozić populacjom roślin rodzimych, ta kwestia jest jednak wciąż badana. Ocieplenie klimatu i wydłużenie okresu wegetacji powoduje, że także rodzime rośliny arktyczne rozprzestrzeniają się na nowe terytoria, osiągając większe zagęszczenie i wzrost, niekoniecznie więc domieszanie nowego gatunku musi stwarzać tak duże zagrożenie.

Wiechlina jest w stanie poradzić sobie na tych terenach z powodu dużej zmienności i zdolności dostosowania. Dobrze radzi sobie w niskich temperaturach gromadząc cukry zapobiegające przemarzaniu, jej korzenie wytrzymując przemarzanie gleby. W ciągu roku wydaje kilka tysięcy nasion, długo zachowujących zdolność do kiełkowania. W trudnych warunkach niskich temperatur i krótkiego okresu wegetacyjnego potrafi przestawić się na rozmnażanie apomiktyczne, to jest wytwarza nasiona bez zapylenia, oraz rozrasta się wegetatywnie przez odrosty korzeniowe.[1]

Z drugiej strony na wyspach o chłodnym lecz łagodniejszym klimacie, wiechlina potrafi dość znacznie wpłynąć na warunki lokalne - na przyanarktycznych wyspach Macquarie, Heart i McDonald, gdzie zimy są dość łagodne, samotne kępy trawy osiągają 2 metry średnicy, przewyższając wszystkie inne rośliny.
 Oprócz Eurazji i Antarktydy, wiechlina pojawia się też w Ameryce Północnej i Południowej, w Afryce, Australii, na subkontynencie Indii, w Indonezji i na wielu wysepkach oceanicznych. Bez wątpienia jest zatem rośliną, która rośnie wszędzie.
------------
* Aczkolwiek wcześniej niż koło stacji Arctowskiego, w latach 40 wiechlina pojawiła się też na Deception Island. Tamtejszą populację zniszczył wybuch wulkanu.

[1] Maria Olech, Katarzyna Chwedorzewska, Wiechlina roczna (Poa annua) gatunek inwazyjny we florze naczyniowej Antaktyki, Kosmos nr.3, t. 62 2013, s.359-364 (PDF)
[2] Marco A. Molina-Montenegro et al. , A recolonization record of the invasive Poa annua in Paradise Bay, Antarctic Peninsula: modeling of the potential spreading risk, Polar Biol (2015) 38:1091–1096

czwartek, 24 marca 2016

Tajemnica nadwieprzańskich traw

Przeglądając stare gazety w poszukiwaniu ciekawostek, natknąłem się na sprawę bardzo starą, bardzo ciekawą a zarazem tajemniczą. Wedle doniesienia czytelnika jednej z XIX wiecznych gazet, swego czasu polski chemik odkrył że możliwa jest produkcja cukru z pewnego gatunku trawy:

List Obywatela Woiewództwa Lubelskiego,
do Redakcyi
Pamiętnika Technologicznego Piast.

Wyczytawszy w gazetach Warszawskich wyiątek z pism publicznych Niemieckich, iakoby w Wiedniu, więzień wynalazł sposób robienia cukru z siana, spieszę z doniesieniem do publicznéy wiadomości, za pośrednictwem peryodycznego pisma Piasta, iż przed lat 30 nasz rodak Strasser wielki chemik, mnie osobiście dobrze znany, czas nieiaki mieszkając w okolicach Lublina, robił syrop i cukier z trawy nad Wieprznéy.
Trawa ta nigdzie indziey nie znana, rośnie obficie nad brzegami Wieprza, w mieyscach niskich, na wiosnę od wody zalewanych; iest osobliwszego rodzaiu, trzyma ona środek między trawą a trzciną do które'y iest więcey grubością i kolorem podobna , rośnie na półtora i więcéy łokcia wysokości, iest ostra i twarda a iednakże iest od bydła i koni nadzwyczaynie lubiona, tak, że nieraz zdarzyło mi się widzieć naydelikatnieysze konie porzucaiącę owies a łakomie tę trzcinę pożeraiące.
Nie iest mi wiadome nazwisko botaniczne tey trzciny; my ią zowiemy zwykle siano nad wieprzne, wieśniacy polscy zowią ią Szuwarem miodowym a ruscy Sołodycia, oba te gminne nazwiska dowodzą własności rośliny. To pewna, iż badyl téy trawy urwany i zgnieciony w palcach, wydaie z siebie miazgę lepką i mocno słodką bez żadnego obrzazgu.

Robił Strasser wiele z tą trawą doświadczeń których lubo w owym czasie obecny, teraz nie pomnę: ile mogę spamiętać powtarzał często:
1) iż mało co mniéy by wydała cukru od trzciny Amerykańskiéy,
2) iż nie trzeba iéy kosić po wiośnie, iak się to zwykle robi, lecz czekać zupełnéy w iesieni doyrzałości, to iest aż, łodyga czyli badyl ciemnego koloru nabierze.
3) iżby może do większéy ieszcze daleko doskonałości doszła, gdyby stosownie uprawiana była.

Miał ieszcze Strasser więcéy wtéy mierze robić doświadczeń, a nawet machinę do gniecenia łodyg zrobić rozkazał, gdy wyiazd iego do Lwowa, a wkrótce przypadła śmierć, przerwały pasmo tak ciekawych i korzystnych dla kraiu doświadczeń, które ia teraz sądzę bydź moim obowiązkiem,do publiczney podać wiadomości , azaliż ta kraiowa roślina nie będzie nam mogła, lepiey niż trudne do uprawy buraki stać się źródłem słodyczy i kraiowych skarbów. [pisownia oryginalna] [1]
 Informacja bez wątpienia ciekawa. W tym czasie pogląd że buraki cukrowe są najlepszą alternatywą dla cukru trzcinowego nie był jeszcze ugruntowany, próbowano produkować cukier z różnych źródeł, nawet wytwarzano syrop ze skrobi ziemniaczanej zawierający głównie glukozę. Choć pierwszą cukrownię bazującą na burakach założono w 1801 roku w Konarach, to jednak produkcja na na tyle dużą skalę, że można było zastąpić drogi zamorski cukier krajowym nastąpiła dopiero w drugiej połowie XIX wieku.

W związku z tą informacją nasuwa się dość oczywiste pytanie - o jaką "trawę" chodzi?
Skoro był to gatunek podobny lecz mniejszy od trzciny i rosnący nad rzeką na terenach okresowo zalewanych, to najprawdopodobniej jest to jakaś turzyca.
Z opisu wartości przyrodniczych doliny Wieprza wynika, że okresowo zalewane łąki porasta turzyca zaostrzona, oraz zbiorowiska turzycy pęcherzykowej, ponadto trafia się turzyca prosowa i tunikowa.[2] Mogłaby jeszcze pasować mozga, ale ta jest wyższa, dorównuje trzcinie.
Nie znalazłem jednak informacji czy turzyce te faktycznie mają słodki miąższ, nie sposób więc potwierdzić relacji.

Jeśli chodzi o tego chemika, to najprawdopodobniej był to Ludwik Strasser, właściwie lekarz ale z żyłką przemysłowca, który zajmował się między innymi eksploatacją słonych źródeł. Miał nawet zakładać wraz z Hugonem Kołłątajem kopalnię soli ale interes nie wypalił.[3] Zmarł w roku 1804 co mniejwięcej pasowałoby do opisu z listu, wedle którego miał zająć się produkcją cukru "przed trzydziestu laty" ale nie rozbudował produkcji bo zmarł.

Byłoby ciekawie zbadać czy faktycznie nadwieprzańskie turzyce zawierają dostatecznie dużo cukru aby produkować z nich syrop. Nie miało by to raczej zastosowania przemysłowego, ale może jakiś ekologiczny produkt regionalny?
----------
[1] Przewodnik Polski 16 marca 1829, EBUW
[2] http://wieprz.ekolublin.pl/03a_dzie/bog_prz.php
[3] http://ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/ludwik-strasser-h-wlasnego

niedziela, 20 marca 2016

Dwa rekordowo bliskie spotkania z kometami

To zaskakujące, że choć media ostatnio obszernie rozpisywały się o bliskich przelotach asteroid, niezwykle bliski przelot obok Ziemi dwóch komet pozostaje nie wzmiankowany.

Kometa 252P/Linear została odkryta w roku 2000 w ramach poszukiwaniu obiektów bliskich Ziemi. Jest to mała i zazwyczaj niezbyt jasna kometa krótkookresowa należąca do rodziny Jowisza, o okresie obiegu 5,3 roku. Jej peryhelium, czyli punkt największego zbliżenia do Słońca, leży w odległości 1,001 j.a., co oznacza, że niemal dociera do orbity Ziemi (średnia odległość z Ziemi do Słońca to właśnie jednostka astronomiczna j.a.).
Z wyliczeń wynika, że jeszcze niedawno była kometą o dłuższym okresie ale w 1987 roku bliskie spotkanie z Jowiszem skróciło jej orbitę i skierowało w pobliże Ziemi. I tak się akurat składa że w tym roku kometa znalazła się w swoim peryhelium w momencie gdy mija je ziemia.

15 marca kometa osiągnęła peryhelium, teraz zbliża się do naszej planety aby 21 marca niemal ją musnąć, przechodząc w odległości zaledwie 0,036 j.a., czyli 14 razy dalej niż Księżyc. Będzie to piąty najbliższy przelot komety w historii obserwacji.
Jest ciałem niewielkim, nie wytworzyła ogona a na zdjęciach widoczna jest tylko rzadka intensywnie zielona koma. Początkowe symulacje sugerowały, że będzie obiektem teleskopowym, o jasności maksymalnej 11 magnitudo, jednak niedawno gwałtownie pojaśniała osiągając aktualnie 6 mag. i mając potencjał pojaśnieć jeszcze odrobinę. Oznaczałoby to, że mogłaby być zauważalna już w lornetkach przy ciemnym niebie.



Niestety dla obserwatorów z Europy, kometa znajduje się teraz poniżej płaszczyzny ziemskiej orbity i widoczna jest tylko z półkuli południowej na tle gwiazdozbiorów Trójkąta Południowego, Pawia i Ołtarza. Stopniowo przesuwa się na północ i na terenie Polski powinna być widoczna dopiero na przełomie marca i kwietnia w gwiazdozbiorze Wężownika z jasnością około 6-7 mag. Wtedy jednak w obserwacjach może przeszkadzać księżyc.

Nie będzie to jednak koniec atrakcji. W styczniu tego roku odkryto niewielki obiekt sklasyfikowany początkowo jako asteroida, lecz po zauważeniu formującej się komy przekwalifikowano go na kometę P / 2016 BA14 Pan-STARRS. Jest niewielka, może mieć średnicę do 200 metrów. Podąża po orbicie bardzo podobnej do komety 252 P i niewykluczone że jest po prostu fragmentem oderwanym od jej jądra. Symulacje wskazują że orbity obu ciał łączą się w roku 1860 i wówczas prawdopodobnie doszło do rozpadu.
Jej okres obiegu jest nieco krótszy, wynosi 5,24 lat, natomiast peryhelium w podobnej odległości 1,008 j.a., tak się jednak składa, że przybywa do nad praktycznie w tym samym momencie co ciało macierzyste, osiągając peryhelium 15 marca.
Największe zbliżenie P/2016 BA14 nastąpi kilka godzin później niż dla komety macierzystej 22 marca o godzinie 14 UTC w odległości zaledwie 0,024 j.a. to jest dziewięć razy dalej niż Księżyc. Tym samym stanie się trzecią najbliższą kometą w historii. Ale w odróżnieniu od komety macierzystej, ta przeleci nad Ziemią i będzie widoczna na półkuli północnej. W następnych dniach prześmignie przez Psy Gończe i gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy, osiągając pozorną prędkość do 20 stopni kątowych na dobę, co oznacza że jej ruch w teleskopach będzie łatwo zauważalny. Niestety tak małe i mało aktywne ciało będzie też bardzo ciemne. Powinna osiągnąć jasność 12 magnitudo, co oznacza że potrzeba przynajmniej 110 mm teleskopu aby ją zobaczyć. Miejmy nadzieję, że trochę pojaśnieje.

W pewnym sensie ziemia została wzięta w kleszcze między dwie komety.

Interesujące jest także czy przelatujące komety wywołają deszcze meteorów. Wyliczenia wskazują na to, że 27-28 marca Ziemia przejdzie przez obłok pyłu po komecie 252/P, ze względu na niedawną zmianę orbity będą to pyły dość rozproszone, trudno ocenić na ile duża może być ich aktywność.
Ruch 252/P Linear na przełomie marca i kwietnia
Natomiast 21-22 marca Ziemia może wejść w obłok pyłu komety P/2015 BA14, nie będzie jednak zbyt gęsty ze względu na mały rozmiar ciała i zmiany orbity w przeszłości, można spodziewać się najwyżej kilku meteorów na godzinę. Wybiegać będą z okolic gwiazdozbioru Gołębia, leżącego jeszcze bardziej na południe od Oriona.
Ruch 2016/P BA14 w okolicach maksymalnego zbliżenia
--------------
Źródła:
* http://phys.org/news/2016-03-252p-linear-brightens-ba14-panstarrs.html
* http://www.skyandtelescope.com/observing/p2016-ba14-closest-comet-in-almost-250-years03162016/
* https://it.wikipedia.org/wiki/P/2016_BA14_Pan-STARRS
* https://en.wikipedia.org/wiki/252P/LINEAR

wtorek, 15 marca 2016

Lepiężnik różowy

Ostatnia niedziela okazała się bardzo przyjemna i słoneczna. Zachęcony wybrałem się na dłuższy spacer, zażyć przedwiośnia. Idąc wypatrywałem czy w parkach i na łąkach pojawiają się pierwsze dzikie wiosenne kwiaty i  nad brzegiem małej rzeczki znalazłem taką oto roślinę:
Był to nie zupełnie jeszcze rozwinięty kwiat jednego z najwcześniejszych kwiatów wiosennych - lepiężnika różowego.

Lepieżnik wiosną jest generalnie dość niepozorny. Nawet rozwinięte kwiatostany osiągają jakieś dziesięć centymetrów wysokości i mogą chować się wśród zrudziałej trawy. Z bliska kwiaty też nie wyglądają szczególnie efektownie - wydają się składać z różowawych strzępek:
Dopiero z naprawdę bliska widać, że te strzępki to okółek bardzo małych kwiatków o łuskowatych, różowych kwiatkach i białym słupku:
W późniejszym czasie kwiaty przekwitną a na ich miejsce pojawi się puch z nasionami, podobny do miniaturowych dmuchawców. Wysychające i brązowiejące kwiatostany są wówczas zdecydowanie wyższe. To wtedy najczęściej zwracamy uwagę na tą roślinę, o ile owocujących pędów nie zasłonią wyrastające pod koniec wiosny potężne liście.

Lepiężnik różowy należy do krajowych roślin o największych liściach. W sprzyjających warunkach rozrastają się do średnicy niemal metra; równie duże wytwarza niekiedy łopian. Szybko pokrywają porastaną powierzchnię zagłuszając inne rośliny, dlatego lepiężnik może być dobrą rośliną okrywową do wilgotnych, bardziej zacienionych miejsc, gdzie w innym przypadku wyrosłyby pokrzywy.

Lepiężnik jest także ziołem leczniczym. Preparaty z korzenia i liści polecane są przy przeziębieniach i zapaleniach a także alergiach. Rzeczywiście, badania sugerują antyhistaminowe działanie niektórych składników rośliny, być może przydatne przy alergiach sezonowych [1]

W kraju rośnie jeszcze rzadziej spotykany na nizinach lepiężnik biały, którego kwiatostany są blado-zielone z białymi płatkami.
-----------
[1] http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12188041