poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Całkowite zaćmienie słońca w Hiszpanii.

  


Pierwszy raz o tym, że byłoby fajnie wybrać się do Hiszpanii zobaczyć zaćmienie, pomyślałem jakieś 5 lat temu. O tym, że wtedy nastąpi najbliższe całkowite w Europie wiedziałem już od dłuższego czasu, ale wtedy ten horyzont czasowy zaczął wyglądać bardziej realistycznie i można było coś zaplanować. 

Przez ostatni rok oszczędzałem i w styczniu zacząłem przeglądać oferty wycieczek zorganizowanych. Niektóre opcje już się przedawniły. Wyjazd autokarowy organizowany przez Towarzystwo Miłośników Astronomii zamknął listę już w listopadzie. Grupa fotograficzna, organizująca wyjazdowe warsztaty, po kontakcie mailowym okazała się mieć komplet. Z drugiej strony niektóre aktywne opcje wyglądały bardzo drogo lub nie dawały pewności, że coś będzie widać. Odrzuciłem opcje jak pobyt na Majorce czy rejs katamaranem po Balearach, bo tam słońce miało się zaćmić tuż nad horyzontem i nie wiele trzeba było aby coś je zasłoniło. Wybrałem ostatecznie opcję polskiego biura podróży, które miało już w tym roku kilka wycieczek do Hiszpanii, ta po prostu wypadła w terminie i we właściwym regionie i nie była droższa. 

To była moja pierwsza wycieczka zagraniczna wymagająca lotu samolotem, a wcześniej nie latałem. Plan wycieczki prosty - lot do Bilbao, jazda do Tudeli, tam obserwacje zaćmienia. Przez kilka kolejnych dni standardowe zwiedzanie, plażowanie w San Sebastian i powrót.  Branie dużego teleskopu z domu wyglądało niezbyt praktycznie - tubus nie zmieści się w bagażu podręcznym, bagaż nadawany w większej skrzyni zwiększyłby koszty. Zamiast tego zdecydowałem się polecieć z czymś mniejszym - aparat Nicon z teleobiektywem do zdjęć i lunetka obserwacyjna mieszcząca się w walizce, aby móc obserwować też okiem. I oczywiście nakładane filtry słoneczne z folii baaderowskiej. 



Tudela to mniejsze miasto w prowincji Nawarra, położone na tyle daleko od wybrzeża, że panuje tam klimat półpustynny. Północna część Hiszpanii, pas wybrzeża od Pirenejów aż po północno-zachodni narożnik półwyspu, to region nazywany Zieloną Hiszpanią, gdzie wilgoć i bryza znad Atlantyku zapewniają stosunkowo wilgotną, chłodniejszą pogodę. Pas ten jest ograniczony pasmem Gór Kantabryjskich, stromych, w najwyższych partiach przypominających nasze Tatry. Wilgoć znad morza  spychana na południowy wschód ulega wykropleniu podczas podnoszenia się powietrza nad grzbietem górskim. Dlatego do obszarów po drugiej stronie gór dociera niewiele deszczu, miejscami rozciągają się tu stepy, obszary półpustynne i prawdziwie pustynne. Można więc było liczyć na to, że chmury będą mało prawdopodobne. 

Główna przeszkodą jaka mogła utrudnić obserwację były natomiast trapiące kraj pożary. Warstwa dostatecznie zadymionego powietrza mogła pogorszyć widoczność, a sam pożar mógł wymusić ewakuację lub zatrzymać ruch na drodze dojazdowej. Sprawdzałem sytuację na bieżąco na mapach ostrzeżeń pożarowych. W dniu obserwacji najbliższy większy pożar szalał 20 km dalej a jego dym był zwiewany w inną stronę. 

Lot przebiegł spokojnie, większość czasu wyglądałem przez okienko i robiłem zdjęcia.

Zalew Jeziorsko

Jakaś rzeka we Francji


Tudela okazała się ładnym miasteczkiem rozłożonym nad brzegami rzeki Ebro, która tworzyła swoistą oazę w spalonym, suchym krajobrazie. Wokół rozciągały się zielone pola; jak się okazało w większości są to pola ryżu, który dzięki dobrej irygacji dobrze się czuje w tak gorącym klimacie. 

Jako miejsce obserwacji wybraliśmy wzgórze z ruinami dawnego zamku Ruinas Castillo vieja. Szczyt był w zasięgu dwudziestominutowego spaceru od hotelu, słońce widziane z tego miejsca zachodziło za odległy horyzont i raczej nic nie powinno przeszkodzić. Jedyna trudność związana z tym wyborem była taka, że najpierw trzeba fizycznie się tam wspiąć a potem odstać na odsłoniętym obszarze dobrą godzinę, wszystko w temperaturach dochodzących tego dnia do +41. 

Figura Chrystusa stojąca na ocalonym narożniku murów

Widok na zakręt rzeki Ebro

Katedra w Tudeli

Na miejscu było już sporo ludzi, jednak spodziewałem się dużo większych tłumów. Większość ludzi z okularkami rozdawanymi w różnych miejscach, niektórzy z aparatami z filtrem, zauważyłem tylko kilka lunet. Miałem wrażenie, że w tym gronie było niewielu turystów, słyszało się głównie hiszpański, raczej większość stanowili po prostu mieszkańcy miasta, którzy przyszli tu spacerkiem. Część osób siedziała na kocykach popijając napoje. Atmosfera przypominała raczej piknik.

Tymczasem księżyc zaczął się nasuwać na tarczę słońca

Tuż po początku
Spojrzałem więc przez lunetkę ustawioną dwa kroki dalej na jedynym płaskim kamieniu jaki się trafił. Tarcza słońca zajmowała całe pole widzenia a mocny filtr pozwalał na zobaczenie plam słonecznych. Obserwowałem jak powoli tarcza księżyca, której brzeg posiadał drobne nierówności, zasłania po kolei pierwszą, drugą, trzecią plamę. 





Gdy faza zaćmienia była już głęboka, zauważalne było przyciemnienie światła. Fragment słońca nadal był oślepiający, jednak światło rozłożone na krajobrazie zaczęło być już szarawe, mniej wyraźne. Słońce wznosiło się nad horyzont na zaledwie 10 stopni kątowych i wpływ zapylonego powietrza był zauważalny. Obawiałem się, że będzie przez to słabo widać koronę słoneczną. 

Nie przewidziałem tego, że po niemal zupełnej ciszy, w trakcie zaćmienia pojawi się wiatr, a mój aparat stojący na piasku zacznie drgać. Dlatego niestety zdjęcia są mniej lub bardziej drgnięte.  Ale nie było też za bardzo czasu na poprawianie pozycji statywu i ponowne wcelowanie. Musiałem bardzo szybko spróbować zrobić zdjęcia najlepiej jak się dało. Słońce było już w fazie ostatniego przebłysku, nazywanego Perłami Bayleya lub Pierścieniem z Diamentem. Zdjąłem filtr z aparatu. Widać było zaledwie 1% tarczy ale nadal był on na tyle jasny, że zdjęcia wychodziły niemal prześwietlone.



Całkiem ostre zdjęcie w fazie pierścienia z diamentem


I wreszcie

Moment zaraz po całkowitym zakryciu był bardzo dziwny. Znałem już relacje i zdjęcia innych, ale zobaczenie tego na żywo było czymś zupełnie odmiennym. Po pierwsze zaskoczyło mnie jak jasna była korona słoneczna. Spodziewałem się, że oglądana gołym okiem będzie mniej wyraźna niż to wychodzi na fotografiach, i bezbarwna. Tymczasem okrąg wokół tarczy księżyca był całkiem jasny i miał żółtawy kolor. 

Bardzo drgnięty obraz oddający mniejwięcej widok gołym okiem

Część światła tego okręgu korony słonecznej rozpraszała się na tarczę księżyca, tworząc niesamowite wrażenia patrzenia na wypukłą i zdecydowanie blisko położoną bryłę. Niebo było szarawe, jak przy zmierzchu, jaśniała na nim wyraźnie Wenus ale miałem też wrażenie, że dostrzegam Merkurego. Nie rozglądałem się po najjaśniejszych gwiazdach. Lunetka stała trochę za daleko żeby szybko zerknąć czy widać protuberancje, gołym okiem ich nie zauważyłem, ale też bardziej byłem skupiony na ustawieniach aparatu.

W trakcie zaćmienia ludzie wokół wiwatowali, klaskali i wołali "Gracias!", dziękując za całe widowisko, jakby to właśnie bardzo utalentowany koszykarz trafił piłką księżyca w słoneczny kosz. Ja także czułem radość i wzniosłość tej chwili. Oto marzenie sprzed wielu lat spełniło się. Zobaczenie jednego z najwspanialszych widowisk kosmosu stało się faktem, i wiedziałem, że będę pamiętał ten moment na zawsze. 

Podczas odsłaniania


Skrawek słońca widoczny przez filtr
Słońce zaszło za las na sąsiednim wzgórzu jeszcze do połowy zaćmione. I wtedy przyszła pora zebrać się i pójść do hotelu. I to był koniec obserwacji.