Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 września 2014

Bardarbunga i jej diabły

Eksplozja islandzkiego wulkanu Bardarbunga ze zrozumiałych względów budzi moje zainteresowanie - wulkany to ciekawy temat a ja lubię ciekawe tematy. Nieoczekiwanie jednak stwierdziłem, że ten przypadek może łączyć się z innym katastroficznym tematem, jaki opisuję na tym blogu - z trąbami powietrznymi.

Oglądając dziś przed południem wulkan na kamerze internetowej zauważyłem, że z terenu pokrytego gorącym popiołem niedaleko szczeliny erupcyjnej podrywają się wirujące kolumny pyłu, cienkie i gnące się pod wpływem wiatru, na tyle jednak wysokie aby sięgnąć podstawy chmur, tak że musiały osiągać wysokość kilkuset metrów:



 
Podgląd wulkanu na żywo możecie zobaczyć tutaj: http://www.livefromiceland.is/webcams/bardarbunga-2/

Te pyłowe trąby, czyli dust devils (a może raczej w tym przypadku ash devils) utrzymywały się do dwóch minut, w każdym razie tyle utrzymywały się w polu widzenia kamery. Pojawiały się co chwila, czasem nawet po pięć czy sześć w różnym stopniu rozwinięcia, tworząc piękny (i ciekawy) widok.

Teraz pogoda w tamtej okolicy się zmieniła - przeszły chmury, wiatr stał się silniejszy a słońce przesunęło się, prześwietlając dym. Trudno to teraz ocenić, ale wulkan dymi chyba mocniej:
Popioły ostygły i trąby pyłowe już się nie pojawiają.

Tego typu zjawiska są stosunkowo często obserwowane w pobliżu wulkanów, w związku z potężnym kontrastem temperatur. Nawet niewielki skręt unoszącej się warstwy gorącego powietrza może formować wir zasysający pył i dzięki temu dobrze widoczny. Podobne widzi się na popieliskach po potężnych pożarach. Jeszcze gwałtowniejsza forma, czyli trąba ogniowa nie jest tu możliwa, ze względu na brak otwartego ognia - rozgrzana do czerwoności skała jest zbyt ciężka aby "wkręcić" się w taki wir. Efektowny przypadek z wulkanu Santiaguito:


Potężne wiry pyłowe obserwowano po spływie piroklastycznym wulkanu Sinabug:

Inny ciekawy przypadek to trąby parowo-wodne, obserwowane w miejscach gdzie lawa hawajskich wulkanów wpada do morza. Znad rozgrzanej wody unoszą się wtedy wiry znacznych rozmiarów:




Mniejsze i szybsze wiry, przypominające węże utworzone z samej pary wodnej, to steam devils (lub steam snakes).




czwartek, 20 września 2012

Co na pewno nie zdarzy się w grudniu 2012

Ponieważ wokół tematyki Wielkiego Czegoś za kilka miesięcy narosło bardzo wiele rozmaitych teorii, a niektóre z nich zdają się brzmieć bardzo wiarogodnie, postanowiłem obalić co niektóre w podsumowaniu. Znając jak działa świat, jaka jest budowa kosmosu i prawidła geometrii możemy powiedzieć, która z propagowanych po różnych stronach możliwości, na pewno nie zajdzie w ciągu następnych trzech miesięcy.

Wszystkie planety na jednej linii


Nie wiedzieć czemu ludzie przywiązują szczególne znaczenie do takiego ustawienia planet, na tyle szczególne że oczekują go podczas każdej większej katastrofy. Tak miało być w roku 2000, ale najwyraźniej 12 lat temu nic się nie stało. Dlatego termin przesunięto:

Wszyscy jednak czekają na paradę, do której dojdzie 21 grudnia 2012 roku. Być może to, dlatego Majowie zwracają tak dużą uwagę na ten dzień. W jednej linii będzie wtedy Saturn, Jowisz, Wenus, Merkury, Mars i Ziemia. Tego typu wyrównanie ciał niebieskich jest niezwykle rzadkie. Majowie posiadający zdumiewającą wiedze astronomiczną z pewnością byli w stanie to przewidzieć.[1]

Brzmi groźnie? To przeczytajcie taki fragment artykułu z 2002 roku:
 Wieczorem na zachodnim horyzoncie rozgrywa się zdumiewające widowisko. Pięć widocznych gołym okiem planet: Merkury, Wenus, Saturn, Mars i Jowisz zbliżyło się do siebie, stając niemal w jednej linii jak perły nanizane na nić. Można więc zasłonić je dłonią. Tę zadziwiającą koniunkcję da się obserwować nawet bez lornetki. Po raz drugi tak widowiskowy spektakl na firmamencie nastąpi dopiero za kilkadziesiąt lat.
Ciała niebieskie przez pierwsze dwa tygodnie maja grupują się na przestrzeni zaledwie 10 stopni. 10 maja Wenus spotka się z Marsem. Planety znajdą się w odległości ledwie jednej trzeciej stopnia kątowego (czyli zasłoni je koniuszek palca wyciągniętej ręki). Oba ciała niebieskie będzie można jednocześnie zobaczyć w teleskopie (Wenus będzie 100 razy jaśniejsza niż Mars). Ten układ pięciu planet jest unikalny w XXI w.(...) Indyjska astrolożka, Gayatri Devi Vasudev, twierdzi, że osobliwy układ pięciu ciał niebieskich, zwłaszcza w 13 i 14 maja, zapowiada w najbliższych miesiącach ciężkie wojny i zaburzenia. [2]
Już mniej groźnie? To może taki tekst z roku 2000:

5 maja 2000. Trzęsienia ziemi, wielkie, kilkusetmetrowe fale na oceanach, ruchy pokrywy lodowej, huragany... Tak miała wyglądać Ziemia tego dnia. Tymczasem 5 maja trwa, za oknem świeci słońce i...nic się nie dzieje. Skąd więc te apokaliptyczne doniesienia.

Na niebie dzieje się dziś rzadki spektakl. W jednej linii, po tej samej stronie Ziemi, spotykają się Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn, a także słońce i nasz księżyc. Wielu domorosłych katastrofistów przepowiadało, że doprowadzi to do końca świata. Podobno taki sam układ planet był 5 tysięcy lat temu. Co się wtedy stało? Ano, Ziemię zalał potop.... Uratował się jedynie Noe...[3]
 Coś z tymi planetami nie tak, co pewien czas mają się ustawić na jednej linii i wywołać wielką katastrofę i nic się nie dzieje. Jak się wydaje takimi katastroficznymi memami rządzi zasada "niezwykły układ planet musi towarzyszyć niezwykłemu zjawisku" im bardziej jest to układ niezwykły, tym bardziej niezwyczajne musi być zjawisko, a koniec świata jest w pewnością absolutnie niespotykanym.
Niespotykanym jest też układ wszystkich planet ustawionych na jednej linii, dlaczego? Planety poruszają się prawdzie w jednej płaszczyźnie ale czasy ich obiegów są na tyle różne, że trzeba na prawdę niesamowitego trafu aby ustawiły się w rządku. Znalazłem gdzieś wyliczenia, że układy planet powtarzają się co 81 milionów lat, a więc też i co tyle następowałoby nasze rządkowe ustawienie. W rzeczywistości to co nazywamy ustawieniem na jednej linii, najczęściej jest tylko bliską koniunkcją - obserwowanym z ziemi zbliżeniem planet. Gdyby planety ułożyły się dokładnie na jednej linii, to zasłaniałyby się wzajemnie.

No dobrze, a w jaki niby sposób taki układ miałby działać? Oczywiście mówię o wpływie pozaastrologicznym. Wielka katastrofa "krzyża kosmicznego" prognozowana na rok 1999 się nie sprawdziła, więc lepiej szukać wpływów bardziej fizycznych. Oczywiście najczęściej obstawia się grawitację - każda masa oddziałuje grawitacyjnie na inne masy, więc planety, mimo dużej odległości, powinny mieć jakiś wpływ na grawitację Ziemi. Jeśli ustawienie w linii Słońca i Księżyca zwiększa pływy, to ustawienie się w rządku planet, powinno dawać wyjątkowo silne oddziaływanie. Niestety pamiętajmy, że choć łączna masa innych planet kilkaset razy przekracza masę Ziemi, są one dosyć znacznie rozłożone w przestrzeni, zaś zgodnie w prawem ciążenia, siła oddziaływania maleje wraz ze wzrostem odległości i to w dodatku to kwadratu (przyciąganie z odległości równej dwom promieniom planety jest słabsze niż w odległości jednego promienia, ale nie dwa lecz cztery razy). W efekcie silniejszy wpływ na Ziemię ma Wenus podczas koniunkcji górnych niż Jowisz w opozycji, a i tak stanowi to ok. 0,0001% wpływu grawitacyjnego Księżyca.
Podczas wielkiej koniunkcji z maja 2000 roku, gdy na niebie dokładnie za słońcem znalazło się 5 planet a księżyc znalazł się w nowie, wenus była na tyle oddalona że wpływ całego układu był nieznaczący[4]

Cała historia z planetami na linii ma chyba swój początek w roku 1919 kiedy to meteorolog Albert Porta ogłosił, że w wyniku koniunkcji aż sześciu planet i księżyca powstanie "strumień grawitacji" który uderzy w słońce i wywoła na nim wybuch, który płomieniem ogarnie ziemię. Miało to mieć miejsce w połowie grudnia. Gdy nic się nie stało, Porta został zwolniony, po czym zająć się wydawaniem gazet brukowych, w których mógł publikować takie pogłoski zupełnie bezkarnie.
Teoria poszła w zapomnienie do roku 1975 gdy astrofzyk John Gribbin wydał wraz ze Stephenem Plagemannem książkę "Efekt Jowisza" która szybko stała się bestsellerem. Opisywała ona wielką koniunkcję z 10 marca 1982 roku, kiedy to wszystkie planety od Merkurego aż po Plutona znajdą się z tej samej strony Słońca, rozrzucone w przestrzeni w ćwiartce ekliptyki, co ma sprowokować katastrofalne przemiany na Ziemi. Oczywiście byli za mądrzy, aby zrzucać winę na bezpośredni wpływ grawitacyjny - otóż ich zdaniem przesunięcie punktu ciężkości układu tak bardzo w jedną stronę wywoła zmiany na słońcu. W efekcie nastąpi niewielka zmiana natężenia wiatru słonecznego, ta spowoduje niewielką zmianę stanu atmosfery Ziemi i wpłynie nieco na prędkość jej wirowania. Te niewielkie zmiany miały wpłynąć na aktywność sejsmiczną i wywołać trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów, szczególnie zaś od dawna oczekiwane wielkie trzęsienie na Uskoku świętego Andrzeja. Brzmi to zagmatwanie.[5]
 Szybko policzono że podobne zdarzenie miało miejsce w XII wieku i kroniki nie notowały wówczas znaczącego wzrostu aktywności sejsmicznej. Kilka podobnych koniunkcji, bez Plutona, miało miejsce w XIX i XX wieku i nie udało się ich powiązać ze znaczącymi zdarzeniami, zaś dowodzenie że mniejszy od Księżyca Pluton, krążący na rubieżach układu może odegrać tu jeszcze jakieś znaczenie, brzmiało śmiesznie. Gdy w 1980 roku wybuchł wulkan St.Helens autorzy napisali artykuł, w którym dowodzili że jest to już pierwsza oznaka postulowanego efektu. Problem w tym, że planety były jeszcze dosyć odległe od przewidywanego wielkiego zbliżenia, a dotychczas nie znaleziono zjawiska fizycznego, które dawałoby skutki przed zaistnieniem.
Ostatecznie w 1982 roku nic się nie stało zaś autorzy odpowiedzieli krytykom, że postulowane przez nich wpływy miały być na tyle subtelne, że coś mogło je akurat zniwelować. Pieniędzy ze sprzedanych książek nie zwracali.

 Czy układ planet na jednej linii, bądź w bliskiej koniunkcji jest rzadki? Raczej tak sobie. Bawiąc się świetnym programem symulatorskim znalazłem parę takich zjawisk

Jedna z najciekawszych koniunkcji  miała miejsce 4 lutego 1962 roku:

 Inna, na mniejszą skalę, w 1966 roku:

z nowszych można przypomnieć układ z roku 2003:

No dobrze. A 21 grudnia 2012? No cóż, układ planet nie zapowiada się nadzwyczajnie:





 Może Wenus i Jowisz tworzą jakąś linię z Ziemią, ale inne to ani kwadratury ani trygonu.

Mimo to pojawiają się wciąż artykuły mówiące o "paradzie planet" które "ustawią się na jednej linii" i że to rzadkie zjawisko. Jak można jednak sądzić choćby po tym filmiku, ta linia dotyczy ustawienia na niebie, a więc nie w przestrzeni lecz optycznie na jakiejś jednej linii. Czy to rzadkość?
Jeśli uważaliście na fizyce i przyjrzeliście się prezentowanym grafikom, z pewnością wiecie że planety układu słonecznego krążą wokół słońca po pewnej płaszczyźnie, z odchyleniami maksymalnie kilku stopni. Ta płaszczyzna przedstawia się dla ziemskiego obserwatora, jako pozorna droga planet i słońca po niebie.
 I cóż.... ta pozorna droga zawsze jest linią prostą.
Jak zwykle więc mamy tu wciskanie kitu na zasadzie "nie znają się na astronomii to się nie skapną".

Galaktycznie wyrównanie

Następna teoria wydaje się jedynie przekształceniem poprzedniej - znów rzadkie ustawienie kosmiczne które ma prowokować katastrofę. Tym razem skala jest szersza - do ustawienia na jednej linii dołącza się centrum galaktyki.
Galaktyka w której znajduje się nasz układ słoneczny, jest widoczna nocą jako jaśniejszy pas, nazywany drogą mleczną. Znajdujemy się w jej płaszczyźnie, dlatego nie widzimy jej struktury, jedynie przez pomiar odległości gwiazd i porównania w innymi galaktykami możemy określić, że Droga Mleczna jest galaktyką spiralną z poprzeczką. Słońce leży w punkcie raczej nieszczególnym, na skraju Ramiona Oriona, mniej więcej w połowie odległości między jądrem a krawędzią, wykonując powolny obrót wokół jądra w okresie 250 mln lat. Teoria przedstawia się następująco: ponieważ Ziemia wykonuje ruch precesyjny, widoma droga słońca na niebie nieco się przesuwa, co 26 tysięcy lat w wyniku tego przesunięcia słońce ustawia się podczas przesilenia zimowego na jednej linii z płaszczyzną galaktyki a więc i z jego jądrem. Jako pierwszy napisał o tym w 1991 roku amerykański astrolog Raymond Mardyks. Wedle jego wyliczeń owo przecięcie miało nastąpić w latach 1998-1999.
Niedługo potem John Major Jenkis, opierając się na teorii lingwisty i historyka Munro Edmondsona że Majowie oparli kalendarz na obserwacjach "ciemnej szczeliny" rozcinającej drogę mleczną w gwiazdozbiorze Łabędzia, stwierdził że na pewno znali oni przebieg równika galaktycznego zaś daty początków i końców cykli kalendarzowych wyznaczały momenty przecięcia tej płaszczyzny przez Słońce. Skoro zaś tak, to najbliższe takie zdarzenie przypada na rok 2012. Co to zaś miałoby sprawić?
A tu już zależy od interpretujących. Wedle jednych w centrum galaktyki znajdują się "gwiezdne wrota" które zostaną przez tą konfigurację otworzone i spłynie przez nie na Ziemię strumień energii, który wprawdzie raptownie podniesie poziom rozwoju duchowego ludzkości, ale 90% ludzi tego nie wytrzyma i umrze. Inni mówią o wpływach grawitacyjnych, które wywołają katastrofalne trzęsienia ziemi. Jeszcze inni o tym, że podczas przejścia z jednej strony galaktyki na drugą, Ziemia zostanie raptownie obrócona, co zaowocuje wielką katastrofą, jeszcze inni że pierścień energii galaktycznej rozerwie Słońce.... Do wyboru, do koloru.

A tak na prawdę? Aby określić gdzie dokładnie znajduje się równik galaktyki, trzeba najpierw dokładnie wyznaczyć jej granice, a to nie jest takie oczywiste. Błąd wyznaczenia jest na tyle duży, że równie dobrze mogliśmy przejść przez tą linię wczoraj i nie zauważyć. Nawet z wyliczeń samego Jenkinsa wynika, że Słońce najbliżej centrum galaktyki było w połowie lat 90., mimo to pisze on dziś o jakichś opóźnionych efektach.
Centrum naszej galaktyki leży w gwiazdozbiorze Strzelca, nie widoczne z powodu grubej warstwy ciemnych mgławic. Gdyby nie one widzielibyśmy je jako chmurkę wielkości pięści jasną jak księżyc w pełni. W Strzelcu leży też ten fragment ekliptyki, w którym znajduje się Słońce podczas przesilenia zimowego w Grudniu. Czy Słońce może się zatem nasunąć na centrum gaaktyki? A no popatrzmy na niebo. Centrum zaznaczyłem krzyżykiem:




Ten czajniczek, to zarys najjaśniejszych gwiazd Strzelca widocznych w Polsce. Centrum galaktyki leży u wylotu "dzióbka" w punkcie zaznaczonym białym krzyżykiem. Ekliptyka, czyli droga po której widoczne z Ziemi Słońce porusza się na tle gwiazd, to różowa linia. Linia czerwona to odstęp między tymi punktami.
Jak widać, obecny przebieg ekliptyki powoduje, że Słońce nie może nasunąć się na jądro drogi mlecznej. Odstęp to ok. 6 stopni kątowych, czyli 12 widomych średnic Słońca. I wbrew temu co się wypisuje się na rozmaitych stronach, astronomowie NASA nie potwierdzają tego scenariusza.
To co wiemy o grawitacji i magnetyzmie przekonuje nas, i z w obrębie równika dużych ciał nie następują jakieś wyjątkowe, silne oddziaływania, mające niszcząco działać na ciała, które tą linię przecinają. W przeciwnym razie samoloty spadałyby po przekroczeniu ziemskiego równika magnetycznego, którzy przebiega przez okolice zwrotników.

Często spotykaną modyfikacją jest wersja, wedle której w grudniu 2012 wszystkie planety ustawią się na jednej linii z centrum galaktyki. Prawdziwość ma wzmacniać wieść, że wcześniej dojdzie do dwóch zaćmień Słońca i tranzytu wenus. Cóż... poprzedni tranzyt wenus miał miejsce w roku 2004, kiedy to miały miejsce dwa zaćmienia księżyca i dwa Słońca. A świat to jakoś przeżył.
Natomiast co do ustawienia się planet na linii to już wiecie jaka to bzdura.


Wejście w pierścień fotonowy Plejad
Ta teoria jest jeszcze dziwniejsza:

Już Edmund Halley (1655-1742) odkrył dziwną przestrzeń wokół Plejad. Sto lat później Friedrich Wilhelm Bessel potwierdził odkrycie Halleya. W roku 1961 Paul Otto Hesse doniósł o niezwykłym pierścieniu światła o nieprawdopodobnych rozmiarach - 760 000 bilionów mil szerokości. Potwierdziły to badania prowadzone przez satelity. Astronomowie zauważyli wielki pas światła wokół Plejad opasujący je niczym obrączka.
Promienie idące z Centralnego Słońca Alkione są ułożone z północy na południe. F. W. Bessel również obwieścił światu, że nasz glob jest niemalże jedną minutę przed zetknięciem się z tym pierścieniem. Zaobserwował ruch tego pasa światła i obliczył cały jego cykl obrotu wokół Alkione. Określił go na około 25 000 lat ziemskich. Pas ten jest pasem wielkiej światłości o wielkiej radiacji, naukowcy nazwali go Photon Belt (Pas Światła) Photon Belt zwany również  Quantum zawiera w sobie  energie gamma, X-rays, widzialnego światła i niższych energii o częstotliwości radiowej. Podrożuje po wszechświecie wokół Centralnego Słońca Alcione - jednej z siedmiu gwiazd Plejad, ruchem odwrotnym do wskazówek zegara z prędkością światła. Jego obrót - pełna orbita wynosi 25 860 lat. Centralne Słońce Alkione jest ustawione w pośrodku wszechświata. Jest niczym latarnia w środku morza, która rozświetla ciemności.[6]
Czyli że co? Układ słoneczny orbituje wokół gwiazdy Alkione w plejadach? A pozostałe gwiazdy też? Rysunek którym zwykle ilustruje się ideę wprowadza tylko więcej zamieszania:

Pozostaje tylko pytanie jak to możliwe, że gwiazdy plejad poruszają się tak jak na rysunku a my jesteśmy w płaszczyźnie ich układu, a zarazem widzimy całą gromadę z zewnątrz o tak:
W dodatku gwiazdy gromady (a wszystkich jest prawie 250) są właściwie jednakowo odległe od Ziemi o 400 lat świetlnych. Na dodatek cała gromada systematycznie oddala się od Ziemi z taką prędkością, że za kilkanaście tysięcy lat trudno będzie ją dostrzec. Trudno zatem aby układ słoneczny orbitował wokół niej.

Skąd wzięła się ta bzdura?
Jako pierwszy o pasie światła co pewien czas omiatającego Ziemię napisał niejaki Otto Hese, niemiecki ezoteryk w swojej książce Ostatni Dzień wydanej w roku 1950. Nieco później koncepcję rozwinął  Samuel Aun Weor w serii wykładów o pierścieniach Alkione.
 Wedle tej koncepcji co pewien czas planeta nasza dostaje się w intensywny strumień fotonów pochodzenia kosmicznego. Mają one na tyle niezwykłe właściwości, że znoszą zwykłe światło i zmieniają własności materii. Przejście przez pas fotonowy miało być zatem katastrofą, objawiającą się pięcioma dniami ciemności, zanikiem prądu elektrycznego we wszystkich urządzeniach, zmianami klimatycznymi i co tam jeszcze można wymyśleć. Podobno zbliżanie się do pasa wykryły sondy kosmiczne w 1962 roku a w latach 70. astronauci. Podobno naukowcy są pewni że do czegoś takiego dojdzie ale nie chcą ujawniać. Podobno.
Podobno też mieliśmy wejść w pas świetlny w 1992 roku. Potem w 1995, potem 1997, potem 2000, potem 2011 a teraz mówi się oczywiście o tym roku.

Ów pas fotonów ma być pierścieniem takim jak pierścienie Saturna, złożonym z kosmicznych fotonów krążących wokół Alkione. Sęk w tym że bezmasowe fotony nie mogą być złapane na żadną orbitę wokół gwiazdy a tym samym nie mogą utworzyć takiego pierścienia. Jedyną możliwością jest okolica czarnej dziury na horyzoncie zdarzeń - wtedy zakrzywienie przestrzeni powoduje, że światło może poruszać się wyłącznie po zamkniętym okręgu. Ale nikt tu o czymś takim nie mówi.
Moje zdjęcie Plejad sprzed zaledwie miesiąca, możecie obejrzeć tutaj.

Nagłe jednodniowe odwrócenie Ziemi
Ta teoria wynika głównie z niejasnych opisów książce o przebiegunowaniu pana Patricka Geryla. Pisze on o nagłym, mającym trwać jeden dzień przebiegunowaniu, w wyniku którego Ziemia zatrzyma się a potem zacznie obracać w drugą stronę. Albo nie - w innym rozdziale pisze, że cała ziemia obróci się do góry nogami. Te rozbieżności zaowocowały różnymi wersjami krążącymi po świecie, a obie wynikają z niezrozumienia natury ziemskiego pola magnetycznego.
Ziemia nie jest magnesem stałym takim jak sztabka, zatem nie musi się fizycznie odwracać aby bieguny jej pola usytuowały się odwrotnie, gdyby zresztą tak było, nie mogli byśmy wykryć że dochodziło do przebiegunowania. Samo zjawisko odkryto podczas badań magnetyzmu skał. Gdy wulkaniczna lawa zastyga, tworzące się w niej kryształki magnetytu utrwalają aktualny przebieg linii pola. W różnych warstwach kolejnych wylewów, datowanych metodą potasowo-argonową, linie te przebiegały nieco inaczej, dając znać o wędrówce biegunów, a co pewien czas następowało całkowite odwrócenie kierunku pola.
A co by było, gdyby pole odwracało się wraz z ziemią? Wyobraźmy sobie taki obszar koło Wezuwiusza, gdzie obecnie znajduje się jakaś winnica, a na którym ongiś wielokrotnie zastygała lawa wulkaniczna. Jednego razu gdy lawa zastygała, utrwaliło się w niej pole w którym południowy biegun magnetyczny leży na biegunie północnym, polem pole się odwróciło i odwróciła się ziemia a wraz z nią nasz wulkan i skała. W drugim wylewie utrwali się pole odwrotne, z biegunem magnetycznym południowym na południowym biegunie ziemi, ponieważ jednak odwrócona będzie cała ziemia, kierunek tego pola będzie taki sam jak w warstwie starszej. W efekcie otrzymalibyśmy serie skał o jednakowej biegunowości rozdzielonych okresami zaburzeń pola.

Jeśli jesteśmy wykryć przebiegunowanie, to znaczy, że o obróceniu całej planety nie może być mowy.

A zmiana kierunku obrotu? To znów wiąże się z niezrozumieniem ziemskiego magnetyzmu - ziemia nie jest ani magnesem sztabkowym ani cewką. Dla cewki kierunek pola możemy określić tzw. regułą prawej ręki - jeśli ustawić rękę tak, aby palce pięści miały kierunek zgodny z kierunkiem z jakim w sprzężynkowej cewce płynie prąd, to północny biegun pola magnetycznego cewki pokaże wyprostowany kciuk. Jeśli by uznać, że pole Ziemi powstaje w wyniku obrotu planety a wraz z nią obrotu ładunków elektrycznych w magmie, to odwrócenie pola zaszłoby tylko dla odwrócenia kierunku obrotu. Jeśli uznać.
Ale wygląda na to że przyczyna powstawania pola jest całkiem inna i taka właśnie jak na Słońcu - wznoszące się i opadające strumienie konwekcyjne w jądrze generują w wyniku ruchu ładunków małe pola magnetyczne o różnym ustawieniu; pole dla całej planety jest wypadkową tych małych pól. Wystarczy przesunąć jedne z tych strumieni, wywołać zanik jednych i powstanie drugich, aby wypadkowe pole wychodziło odwrotne. Tak to zachodzi na Słońcu, gdzie mała gęstość gazu sprawia, że odwracanie się biegunów następuje w ciągu kilku miesięcy co 11 lat. Kierunek obrotu Słońca się podczas tego procesu nie zmienia. Dla ziemi strumienie roztopionej materii są dosyć gęste, dlatego obracanie pola zajmuje kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy lat. W skali geologicznej to mgnienie oka, zaś dla nas zjawisko na tyle powolne, że trudne do zauważenia bez przyrządów.

Jedyne niebezpieczeństwo jakie widzę w tym dniu, wiąże się z ludźmi. Historia zna już apokaliptyczne sekty, popełniające zbiorowe samobójstwo, czy przeprowadzające ataki terrorystyczne (choćby sarin w tokijskim metrze). Zresztą nie tylko sekty. Pomyślmy co będzie jeśli w jakimś mieście akurat przypadkiem 21 grudnia dojdzie do awarii energetycznej, albo pożaru, albo trzęsienia ziemi - co wtedy zrobią ludzie którzy zewsząd słyszą o wielkiej katastrofie, a wszystkie bez wyjątku media straszą takimi scenariuszami już od dłuższego czasu? Panika gwarantowana. A w panice robi się rzeczy, na jakie człowiek by się nie poważył. Na przykład wyskakuje się z dziesiątego pięta.

-------
 * http://www.gunn.co.nz/astrotour/?data=tours/retrograde.xml
*   http://en.wikipedia.org/wiki/Photon_belt


[1]  http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/bardzo-rzadkiej-parady-planet-dojdzie-21-grudnia-2012
[2]  http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/planety-wieszcza-zaglade
[3]  http://www.rmf24.pl/nauka/news-5-maja-2000-czas-apokalipsy,nId,198501
[4]  http://www.clockwk.com/tides/
[5]  http://www.luckystarz.com/Catharsis/Chapters/grand.html
[6]  http://www.vismaya-maitreya.pl/rok_2012_pierscien_swiatla.html

niedziela, 9 września 2012

Bat na pismaków

Jak zwykle gdy w świecie dzieje się coś ciekawego, media przekręcają fakty jak się tylko da, aby je sprzedać. Coś takiego obserwujemy teraz, na przykładzie artykułu o zmianach na słońcu. Na początek niepokojący tytuł "Słoneczny bat oderwał się od Słońca. Co grozi ziemi?" sugerujący że coś grozi. Następnie artykuł sformułowany w bardzo pokrętny sposób:

NASA zaprezentowała nagranie wideo, na którym widać długi na około 800 tysięcy kilometrów "słoneczny bat", który oderwał się od powierzchni Słońca. Powstałe w ten sposób promieniowanie dotarło na Ziemię, wywołując umiarkowaną burzę magnetyczną w Ameryce Północnej.
Zdjęcia zostały wykonane przez sondę Obserwatorium Dynamiki Słonecznej NASA. "Słoneczny bat" ma kształt łuku. - Pod koniec nagrania widać jak ta "nić" częściowo oderwała się, ale jej długość i kształt nie uległy zmianie – podkreślili naukowcy z NASA. Mocno zakotwiczone w Słońcu "promienie" utworzyły swojego rodzaju "koronę"; teoretycznie, może ona utrzymywać się nawet przez kilka miesięcy.

- Jeśli chodzi o gwałtowne zjawiska związane z aktywnością słoneczną, to ponad wszelką wątpliwość wiemy, że wielokrotnie zdarzały się one od stuleci i wzrost aktywności notowany obecnie nie jest raczej niczym niezwykłym - uspokaja doktor Wojciech Borczyk z Instytutu Obserwatorium Astronomicznego UAM.
  Burze magnetyczne, tak jak ta ostatnia w Ameryce Północnej, to rezultat burz słonecznych. Zaburzenia są wywoływane przez koronalne wyrzuty masy ze Słońca, gdy chmury plazmy trafiają do przestrzeni kosmicznej. Do zjawiska burz słonecznych dochodzi w wyniku interakcji zwiększonego strumienia naładowanych cząstek wiatru słonecznego z magnetosferą ziemską – tłumaczy dr Borczyk. Dociera on do Ziemi przeważnie kilkadziesiąt godzin po rozbłysku.
Burza magnetyczna może doprowadzić do zakłóceń w infrastrukturze komunikacyjnej na Ziemi, a także do zerwania łączności z satelitami. Dr Borczyk wyjaśnia, że sam strumień cząstek nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla organizmów żywych na powierzchni Ziemi, bo jest dość skutecznie zatrzymywany przez magnetosferę i atmosferę ziemską. Szybkie zmiany natężenia pola magnetycznego mogą jednak powodować np. indukowanie prądu elektrycznego w naziemnych liniach przesyłowych (energetycznych, telefonicznych) i wpływać szkodliwie na działanie urządzeń elektronicznych; zmiany w parametrach jonosfery mają też wpływ na łączność radiową. Innym "skutkiem ubocznym" burz magnetycznych jest zwiększenie zasięgu i intensywności występowania zórz polarnych.
Dr Borczyk zwraca także uwagę, że wysokoenergetyczne cząstki wiatru słonecznego mogą stanowić bezpośrednie zagrożenie zdrowia, a nawet życia przebywających w kosmosie (i pozbawionych ochrony atmosfery) astronautów, oraz szkodliwie wpływać na funkcjonowanie elektroniki na pokładach sztucznych satelitów Ziemi.
Czy możemy przygotować się na wystąpienie burz słonecznych? - Jeśli chodzi o sposoby zabezpieczenia się przed skutkami wzmożonej aktywności słonecznej, to zbyt wiele zrobić niestety nie możemy, bo raczej trudno sobie wyobrazić np. "profilaktyczne" odłączenie całego kraju od prądu na kilka godzin – zauważa naukowiec z UAM. Jak dodaje, przewidywanie tzw. "pogody słonecznej" jest jeszcze trudniejsze, niż przewidywanie pogody na powierzchni Ziemi, bo"zjawiska te mają charakter losowy"

Zasadniczo artykuł informuje o jakiejś burzy słonecznej i o zagrożeniach jakie może ona nieść. Natomiast to że strumień wiatru słonecznego z efektownego wyrzutu dotarł na ziemię 5 września, a więc już jesteśmy po fakcie, zostało słabo podkreślone. Wystarczy przeoczyć uspokajające zdanie a w głowie pozostanie informacja, że słońce wyrzuciło "bat" w kierunku ziemi, który niesie zagrożenie. I tak się ludziom w głowach miesza. A o co właściwie chodziło?

Aktywność słońca jest wynikiem splotu prostych zjawisk elektrycznych i magnetycznych. Wszystko zaczyna się od procesów zachodzących w jądrze - tam pod wpływem ekstremalnie wysokiej temperatury i ciśnienia, atomy wodoru zbliżają się do siebie na tyle mocno, aby doszło do fuzji ich jąder. Po sklejeniu się czterech jąder wodoru, i zamianie dwóch z nich na neutrony, otrzymujemy jądro helu. Jednak masa takiego jądra wskutek tworzenia się powiązań między nukleonami, jest nieco mniejsza niż masa czterech jąder wodoru. Zgodnie ze sławnym wzorem Einsteina, ubytek masy jest zamianą jej części na energię. W przypadku tej reakcji ilość tej energii jest ogromna, i wynosi 26,7 MeV na każde cztery łączone protony. To dużo? Przeliczmy:
Jeden mega elektronowolt, to 1,602 × 10-19  dżuli, załóżmy jednak, że przereaguje ze sobą 4 mole atomów wodoru, czyli niespełna 4 gramy. Mol to 6,02 × 1023 atomów (liczba z 23 zerami), a więc przemnóżmy : 26,7 X 1,602 × 10-19 X 6,02 × 1023 dżuli = 2,57 X 106 dżuli. Całkowite spalenie czystego kilograma węgla daje nam 33,2 MJ czyli 3,32 X 107 J. Zatem z 4 gramów wodoru otrzymujemy tyle energii co z 0,77 kg węgla, zaś z kilograma wodoru otrzymalibyśmy tyle energii co z 1,9 tony węgla. Zatem jest to duża energia.

Wytwarzanie tej energii następuje w stosunkowo niedużej sferze wewnątrz słońca, teraz więc musi się ona wydostać na zewnątrz, poprzez zagęszczony gaz stanowiący resztę masy gwiazdy, co odbywa się poprzez konwekcję - rozgrzany gaz formuje się w strumienie, wypływające nad chłodniejsze masy, warstwa po warstwie. Może to być zaskakujące, ale gęstość materii wewnątrz słońca i konieczność głównie konwekcyjnego transportu energii sprawia, że światło powstające w jądrze dociera do powierzchni dopiero po kilkunastu tysiącach lat. Materia wewnątrz słońca jest nie tylko rozgrzana ale też w dużym stopniu zjonizowana, składając się z obdartych z elektronów jąder atomowych, wolnych elektronów, protonów, neutronów - w sumie więc jest to bardziej plazma. W tych ekstremalnych warunkach mogą pojawiać się tam takie jony, jak kation żelaza siedemnastokrotnie zjonizowanego.
Zgodnie z klasycznymi prawami fizyki, poruszająca się cząstka naładowana generuje pole magnetyczne, toteż wznoszenie się wielu strumieni naładowanej plazmy, często skręcającej się w pionowe wiry, prowadzi do wytworzenia pola magnetycznego słońca. Jedne strumienie wznoszą się, inne opadają, jedne kręcą się w prawo, inne w lewo, mamy zatem jak gdyby wiele magnesów o różnie ustawionym polu. Wypadkową tych różnych pol jest pole o określonej biegunowości, tak jak na ziemi. Teraz zaczynają zachodzić zjawiska odwrotne - jeśli ruch ładunku wywołuje postanie pola, to pole może wywoływać ruch ładunku.
Fizyka traktuje gazy jako bardzo rzadkie ciecze, a tym przypadku do naszej plazmy mają zastosowanie te same prawa, które dotyczą zjawisk zachodzących w przewodzącej cieczy umieszczonej w polu elektrycznym lub magnetycznym, opisywane przez magnetohydrodynamikę. Przewodząca ciecz - na przykład plazma, może poruszać się pod wpływem pola magnetycznego, zarazem jednak pole może zmieniać swój kształt pod wpływem ruchu plazmy będąc "wmrożonym".
Słońce obraca się wokół swej osi z prędkością średnio 1 obrót na 33 dni, jednak tak jak to jest w przypadku gazowych olbrzymów jego zewnętrzne warstwy nie poruszają się równomiernie. Atmosfera Jowisza składa się z wyraźnych pasów o rożnej prędkości ruchu, analogicznie zresztą jest na Ziemi - na równiku nieustannie wieją pasaty, osiągające w stratosferze wielkie prędkości. W przypadku Słońca przyrównikowe strumienie w otoczce wykonują pełny obieg w ciągu 25 a przy biegunach w ciągu 36 dni. Jeśli więc linie pola magnetycznego "wmrożone" w plazmę poruszają się wraz z nią, ta zaś porusza się z różnymi prędkościami, to w efekcie musi zachodzić ich bardzo silna deformacja. Zostają dosłownie nawinięte na słońce jak na szpulkę:

Strumienie plazmowo-magnetyczne zostają mocno napięte i powstają na nich pętelki. Gdy część pętli wydostanie się nad powierzchnię słońca, wraz z polem porwana zostaje plazma tworząc łuk protoplazmatyczny, sięgający nieraz setek kilometrów nad powierzchnię. To wynoszenie pętli przybiera nieraz dosyć gwałtowną postać. Ponieważ w wyniku pewnych efektów magnetycznych gęstość a więc i temperatura plazmy w strumieniu jest niższa niż temperatura powierzchni słońca, miejsca gdzie pętla przebija powierzchnię są ciemne - nazywamy je plamami słonecznymi. Zarazem natężenie pola słabnie wraz z oddaleniem się od powierzchni Słońca, w efekcie plazma, przyspieszona do dużej prędkości, może zostać nagle "puszczona wolno" ulatując w przestrzeń jako fala naładowanych, bardzo prędkich cząsteczek.

Równocześnie pole magnetyczne próbuje powrócić do stanu pierwotnego, wywołując coraz częstsze zaburzenia, coraz większą ilość plam i wyrzutów materii, doprowadzając wreszcie do stanu biegunowości odwrotnej, wynikłej z przesunięcia części strumieni plazmy, i odwrócenia pola wypadkowego. Przebiegunowanie słońca powtarza się co 11 lat nie wywołując zmiany kierunku obrotu - co zadaje kłam tezom, że tak się koniecznie musi dziać przy zmianie kierunku pola.

Co zaś nastąpiło na słońcu ostatnio? Słońce wyrzuciło wyjątkowo efektowną pretuberancję, która bardzo powoli rozrzedzała się, zachowując w przestrzeni łukowaty kształt. Miało to miejsce 13 sierpnia.
Tymczasem media zastanawiały się jak to sprzedać. Najpierw informacja pojawiała się w działach ciekawostek, jednak ostatnio redaktorzy poczytali o niebezpiecznych skutkach burz słonecznych i uznali ze można dać to jeszcze raz, tym razem w alarmistycznym tonie, starając się nie uwydatniać informacji, że ta groźna burza w związku z opisywanym wyrzutem już nie zajdzie, bo skończyło się na zorzach polarnych kilka dni temu (w Polsce nie widoczne).

Kwestia słońca i zjawisk z nim związanych jest zresztą bardzo często przekręcana w sensacyjno-apokaliptycznym tonie. Na przykład sprawa z zeszłego tygodnia - "pęknięcie na słońcu" mające świadczyć o niestabilności. W rzeczywistości jest to łuk plazmy (filament) zawieszony nad powierzchnią przez pole magnetyczne. Ponieważ łuk jest chłodniejszy niż powierzchnia pod nim, jest też ciemniejszy i z zastosowaniem odpowiednich filtrów dawało się go zobaczyć. Niewykluczone że część z tego łuku oderwała się pod postacią wyżej opisanego "słonecznego bicza".

Parę miesięcy temu o czymś szczególnym miał świadczyć wał zagęszczonej korony zajmujący pół słońca. Z przejrzenia starych zdjęć wynika, że o to nie jest niczym nadzwyczajnym. Niedawno pojawiło się jeszcze coś.

Niejaki Nassim Haramein, zajmujący się ezoteryką, ufologią i pseudonauką spod znaku Świętej Geometrii. Jego działalność ogranicza się do filmów wrzucanych na Youtube i artykułów, często podaje się za fizyka, ale podstawy dla tych twierdzeń wydają się wątpliwe. Niedawno ogłosił, że podczas wyprawy archeologicznej w Ameryce Południowej odkryto artefakty dowodzące kontaktów z UFO w starożytności. Kilka ceramicznych plakietek ma przedstawiać statki kosmiczne, pilotów w skafandrach kosmicznych i "Gwiezdne Wrota" przez które UFO przybywa z innego wymiaru. Wrota te mają mieć kształt trójkąta i znajdować się na słońcu. Byłby to tylko taki sobie ładny mit, ale kilka miesięcy temu na słońcu pojawił się twór mający jak mówi Nassim, trójkątny kształt.

Taki wygląd struktury ma być unikatowy  dowodzić prawdziwości jego tezy oraz wskazywać że kosmici już przygotowują się do tego aby nas odwiedzić w grudniu (a potem jebudu!).
Te struktury to dziury koronalne. Nie są one właściwie dziurami a tylko regionami w których korona słoneczna jest bardziej rozrzedzona a linie pola magnetycznego mają postać prostą. Powstają na obszarach pomiędzy pętlami łukowatych pól, toteż zależnie od układu plam mogą mieć najrozmaitsze kształty. Na przykład kiedyś ułożyły się w kształt kogucika:
Innym razem była z grubsza prostokątna:
dziesięć lat temu przypominała półwysep apeniński:
albo króliczka:
a nawet twarz Che Guevary ze słynnego wizerunku:
Skoro zaś różnorodność kształtów jest taka duża, to trójkąt też jest możliwy, a jego pojawienie się niczego nie dowodzi.




czwartek, 17 maja 2012

Diabeł głową nakrył...

Zakrywcy znów wsławiają się jako mistrzowie naukowego wciskania kitu. I znów rzecz zahacza o astronomię, i znów też pewne rzeczy przez nich opisane, miały miejsce całkiem inaczej:
Algol to jeden z najbardziej niezwykłych układów gwiezdnych znajdujący się w konstelacji Perseusza. Astronomowie byli pewni, że w jego skład wchodzą dwie gwiazdy, jednak najnowsze badania pokazują, że znajduje się tam jeszcze jeden obiekt. Potwierdzają to również zapiski starożytnych Egipcjan.

Układ ten swoją nazwę otrzymał od arabskich słów Al Ra’s al Ghul, oznaczających Głowę Diabła. W astronomii znany jest również jak Beta Persei. Oddalony jest od Ziemi o 93 lata świetlne. W gwiazdozbiorze Perseusza symbolizuje odciętą głowę mitycznej Meduzy, którą bohater przytroczył sobie do paska. Dotychczas uważano, że Algol został odkryty w 1783 roku przez Anglika Johna Goodricke’a. Ten astronom-amator zauważył, że Głowa Diabła przygasa na parę godzin co 2,87 dnia i na tej podstawie wysnuł wniosek, że nie jest to pojedyncza gwiazda, lecz dwie gwiazdy krążące wokół środka masy układu.

Fińscy archeolodzy odkryli jednak, ze Algol był znany już w starożytności. Wspomniany został w Kalendarzu Kairskim, który Egipcjanie stworzyli około 3200 lat temu. Co ciekawe, nie tylko zadawali sobie sprawę z istnienia Głowy Diabła, ale również wyliczyli, że jest to układ kilku gwiazd krążących wokół siebie. To odkrycie jest kolejnym dowodem świadczącym o geniuszu astronomicznym starożytnych Egipcjan.
W zapiskach znaleziono również informację, że system przygasał co 2,85 dnia. Początkowo uznano to za niewielki błąd w obliczeniach, najnowsze badania pokazały jednak, że Egipcjanie się nie pomylili.
Astronomowie, Otto Struve i Jorge Sahade, wykazali, że w skład Głowy Diabła wchodzą aż trzy gwiazdy. Nazwano je Algol A, Algol B i Algol C. Ta ostatnia znajduje się pomiędzy dwiema pozostałymi krążącymi wokół środka masy układu. Obecność trzeciego obiektu powoduje ciągłe stopniowe zmniejszanie się prędkości z jaką krążą gwiazdy. To właśnie dlatego w starożytności zmiana jasności układu zachodziła nieco częściej.*

I co tu jest nie tak? Z artykułu można zrozumieć iż starożytni Egipcjanie wykryli że gwiazda Algol jest potrójna, że nie była znana astronomom aż do XVIII wieku kiedy to została odkryta i dopiero niedawno badania Struve'a i Shadego potwierdziły zapiski Egipcjan.

A teraz pomyślcie - jeśli nazwa gwiazdy pochodzi z języka arabskiego i odnosi się do położenia w greckiej konstelacji Perseusza, gdzie odpowiadała głowie Meduzy, to chyba musieli ją znać starożytni Grecy i średniowieczni Arabowie? Autor artykułu bardzo sprytnie "zapomniał" o tym napisać, bo mało kto pamięta, że arabskie nazwy większości gwiazd to zasługa średniowiecznego tłumaczenia starożytnego Almagestu Ptolomeusza.
Ptolomeusz Klaudiusz żył ok. 100-168 r.n.e. i jego dzieło matematyczno-astronomiczne stanowiło w istocie kompendium całej starożytnej wiedzy i poglądów o świecie i wszechświecie. Niestety po upadku Rzymu jego dzieła nie przedostały się do Europy z powodu różnych zawirowań historycznych. Były jednak dobrze znane w krajach arabskich stając się powodem bardzo wysokiego poziomu ówczesnej astronomii, zahamowanego dopiero w połowie średniowiecza z przyczyn religijnych.
Do Europy Almagest trafił zatem w tłumaczeniu na arabski. Podczas tłumaczenia na łacinę wiele nazw pozostawiono bez zmian, najwyżej dostosowując je do składni łacińskiej. Na przykład Deneb to bardzo często występująca nazwa oznaczająca "ogon"; gwiazdy o tej nazwie znajdują się w Łabędziu, Delfinie czy Skorpionie.


W greckiej mitologii Perseusz był jednym z herosów, syn Zeusa i Danae, której bóg ten objawił się pod postacią "złotego deszczu". Jej ojciec, król na Argos - Akrizjos - dowiedział się od wyroczni że jego wnuk go zgładzi, dlatego dziecko wraz z matką zostało wsadzone do skrzyni a skrzynia wrzucona do morza. Niczym kosz z Mojżeszem, skrzynia, dzięki boskiej pomocy dopłynęła bezpiecznie do Serifos, gdzie malec rósł, rósł, mężniał aż wreszcie czuł się gotów do czynów bohaterskich, jak to ówczesnym dorosłym grekom przystało. Młodzieniec tyle się nasłuchał o wyczynach rozmaitych mężów, będących zresztą jego dalekimi krewnymi, że gdy władca wyspy ogłosił że się żeni, zapalczywie obiecał że w darze przyniesie głowę Meduzy, jednej z przeraźliwych Gorgon, zabijającej wzrokiem i posiadającej węże zamiast włosów (ciekawe jak je czesała?).
Wszyscy Bogowie, oczekujący niebywałego widowiska, pomagali mu trochę - Atena zasugerowała aby zapytał Starki o drogę, Hermes dał ostry nóż, a Starki chyba niezupełnie dobrowolnie hełm-niewidkę i skrzydlate sandały. Młodzieniec udał się zatem na zachód, aż poza Słupy Heralkesa, gdzie daleko daleko - mniej więcej na wschodnim wybrzeżu USA sądząc ze współczesnych map - miała znajdować się straszna kraina gorgon. Szczęśliwie dla niego akurat okropne siostry spały na plaży, toteż posługując się zwierciadłem, aby przypadkiem nie napotkać twardego spojrzenia, i sandałami, podleciał do Meduzy i uciął jej głowę. To obudziło jej siostry i nasz bohater musiał szybko uciekać, na szczęście z mieszaniny krwi potwora i morskiej piany powstał Pegaz, który wziął go na swój grzbiet i tak polecieli.
Po drodze zobaczył Andromedę przykutą przez ojca Cefeusza do skały, skąd zjeść ją miał potwór morski nazywany zwykle Wielorybem. Nasz bohater uratował piękne dziewczę, poślubił i pognał do domu, gdzie zastał matkę uwięzioną.
Trzeba bowiem wiedzieć że władca Sefidos zakochał się w matce Perseusza i tylko czekał aż młodzieniec poleci na drugi koniec świata z jakiegoś idiotycznego powodu, dlatego też podsycał jego heroiczną wyobraźnię chcąc pozbyć się młodzieńca z domu. Gdy popłynął na zachód zaczął przystawiać się do Danae, ta jednak odrzucała zaloty na tyle zdecydowanie, że wtrącono ją do lochu aby zmiękła. Syn uwolnił ją, przy pomocy głowy Meduzy zamienił króla w kamień i wraz z żoną osiadł jako władca sąsiedniej wysepki słusznie uważając, że przejmowanie tronu po zabitym przez siebie poprzedniku, nawet jeśli mu się należało, raczej nie wróży dobrego królowania.
Ojca zabił przypadkiem dyskiem rzuconym podczas zawodów. Ten w przebraniu wmieszał się między ubogich sądząc że przeznaczenie o nim zapomni.

Całkiem zgrabna historyjka. No i oczywiście wszystkie ważniejsze postaci tej opowieści znalazły się na niebie całkiem niedaleko siebie. Jak zaś widać na poniższej rycinie, pochodzącej z atlasu Heweliusza z 1690 roku:


Algol wypadał w miejscu głowy Meduzy, a nawet dokładniej w miejscu oka. Nie trudno się domyśleć, że zmiana jasności gwiazdy mogła być pojmowana jako luźne skojarzenie z mruganiem, stąd usytuowanie i nazwy - Algol od Ras Al Ghul co oznaczało głowę demona wedle mitologii arabskiej zjadającego ciała umarłych, w mitologii chińskiej Tseih She "stos trupów", zaś w mitach hebrajskich Rōsh ha Sāṭān czyli Głowa Diabła.
 Niestety jednak w źródłach starożytnych nie znajdujemy informacji o tym, aby jej zmienność była znana, dlatego pierwszą wzmianką jest dla nas informacja z 1667 roku w jednym z dzieł Geminiano Montanary. To zaś dlaczego tak się dzieje pozostawało zagadką przez długi czas.
Dopiero John Goodricke Jr. genialny niesłyszący astronom zasugerował w 1782 że Algol jest układem dwóch gwiazd krążących tak blisko siebie, że nie da się ich rozdzielić. Jedna gwiazda jest znacznie ciemniejsza od drugiej i krążąc co pewien czas przesłania jaśniejszą, co dla obserwatorów wygląda tak jakby Algol co 2,8 dnia osłabia swój blask o jedną wielkość gwiazdową. Jego pomysł na tyle się spodobał Królewskiemu Towarzystwu Nauki, że postanowiono przyjąć go na członka. Niestety Goodricke cztery dni później umiera na zapalenie płuc wywołane długimi zimowymi obserwacjami.

Algol dał początek kategorii gwiazd zmiennych, nazywanych algolidami lub gwiazdami typu β-persei.  Ciekawym przypadkiem jest Epsilon-Aurigae, jedna z najjaśniejszych gwiazd Woźnicy. Okres między zaćmieniami to aż 27 lat zaś zaćmienie trwa ponad rok. Ostatnie miało miejsce w latach 2009-11.

Potwierdzeniem teorii było odkrycie płytkiego zaćmienia wtórnego, gdy składnik słabszy jest zakrywany przez jaśniejszy. Ponieważ powierzchnia emitująca światło ulega wówczas zmniejszeniu, jasność układu słabnie choć zdecydowanie mniej niż przy zaćmieniu głównym.
Dokładne obserwacje pozwoliły stwierdzić, że w układzie jest jeszcze trzeci składnik. Odkrycia dokonał Otto Struve w 1957 roku.

Teraz chyba pojmujecie skalę manipulacji. Gwiazda nie tylko była znana od czasów starożytnych ale i jej zmienność była znana przed XVIII wiekiem. Trzeci składnik odkryto 55 lat temu. A Egipcjanie?
Wedle zespołu fińskich badaczy jeden z zapisów Kalendarza Kairskiego opisuje zmienność Algola, określając jej okres na 2,850 dnia. Tymczasem współcześnie wynosi on 2,867 dnia. Badacze uznali że Egipcjanie nie popełnili błędu lecz że prędkość obrotu dwóch głównych gwiazd zmalała w wyniku oddziaływania z trzecim składnikiem[2]. Jest to bardzo ciekawe odkrycie, ale sami chyba przyznacie, że opiera się na dosyć luźnych założeniach. W każdym razie byłoby to potwierdzenie znajomości zmienności tej gwiazdy już od czasów starożytnych.
A źródłem całego zamieszania był zapewne mało ścisły abstrakt, co widać po angielskich artykułach na ten temat; w każdym razie Odkrywcy powinny byli wykazać się większą dokładnością w konstruowaniu artykułów.
Już widzę jak paranormalne strony cytują artykuł jako dowód na niesamowitą wiedzę astronomiczną Starożytnych, porównując to co rzekomej cudownej wiedzy Dogonów na temat układu Syriusza.
(Dla nieobeznanych - Gwiazda Syriusz jest dla Dogonów Bogiem. Bóg ten miał towarzyszkę która miała z nim "zbliżenia" mniej więcej co 50 lat, więc gdy odkryto że Syriuszowi towarzyszy biały karzeł o okresie obiegu 50 lat, niektórzy nieodpowiedzialni ludzie uznali to za dowód nadzwyczajnej wiedzy astronomicznej tego plemiona i to najpewniej przekazanej im przez Kosmitów. Ostatecznym dowodem ma być to, że mity wspominają o drugiej towarzyszce jednak dzisiejsza nauka nie zna drugiego towarzysza Syriusza. Jeśli zatem - pytają paraarcheolodzy - Dogonowie znali gwiazdę której istnienia nauka jeszcze nie potwierdziła, to skąd ? Jak na razie dokładne obserwacje wskazują, że drugi towarzysz Syriusza nie istnieje.)
------
[1] http://odkrywcy.pl/kat,111402,title,Egipcjanie-wyjasnili-zagadke-Glowy-Diabla,wid,14487565,wiadomosc.html
[2] : L. Jetsu, S. Porceddu, J. Lyytinen, P. Kajatkari, J. Lehtinen, T. Markkanen, J. Toivari-Viitala, Did the ancient egyptians record the period of the eclipsing binary Algol - the Raging one?, Axriv.org
http://arxiv.org/abs/1204.6206

poniedziałek, 25 lipca 2011

Dziura w chmurach





Miałem dziś okazję zaobserwować ciekawe zjawisko meteorologiczne, na którego pojawienie się od dawna zresztą polowałem.

W gęstej pokrywie chmur Altocumulus pojawił się owalny otwór, o ostro zaznaczonych brzegach, a w nim zaczęła narastać nowa chmura o innej fakturze:
Otwór był na tyle duży, że nie mogłem go objąć w jednym kadrze, jednak było widać, że nie jest to tylko "zatoczka" na brzegu ławicy chmur, był bowiem otoczony chmurami z każdej strony:

Zjawisko to jest czasem nazywane z anielska Hole Punch Cloud (chmura z wybitą dziurą) , podobno polską nazwą jest "prześwit poopadowy" ale nie wiem czy to termin przyjęty, obserwuje je się na całym świecie, bardzo ładny przykład takiej dziury z utworzoną wewnątrz chmurą wtórną zaobserwowana w 2003 roku w USA:

Jak jednak powstają takie otwory?
Teorii jest tu kilka. Zwykle pojawiają się w warstwie chmur Altocumulus i Stratocumulus. Są to chmury nieopadowe średniego i niskiego piętra, składające się z kropelek wody, często przechłodzonej do temperatur poniżej zera a mimo to zachowującej płynność.
Formowanie otworu zaczyna się, gdy jakiś czynnik- na przykład prąd powietrza o innej temperaturze, lub kryształki lodu opadające smugą Virga z wyżej położonych chmur - zaburzy równowagę i spowoduje skrystalizowanie części kropelek. powstałe kryształki lodu zlepiają się w kropelkami wody, stając się zarodkami ich krystalizacji, ponadto woda zamarzając wypromieniowuje ciepło, zmieniając warunki w chmurze. Powstałe kryształki prowokują zamarzanie fragmentów chmury dookoła, te po zamarznięciu wywoołują zamarzanie kolejnych - w efekcie fala zamarzania rozchodzi się koliście od miejsca pierwotnego zaburzenia.
Kryształki lodu opadają, odsłaniając dziurę , w której może zacząć z powrotem narastać chmura. Tak też było i w moim przypadku - gdy ją zauważyłem, dziura była już w większości zarośnięta, stąd też nie wyglądała tak bardzo efektownie. Trochę podobną widać na tym filmie.

Zjawisko to jest coraz częstsze i wydaje się, że w większości przypadków czynnikiem prowokującym jest przelot samolotu, który bądź to wznosząc się przebija warstwę chmur, bądź też z pozostawionej przezeń smugi kondensacyjnej opada porcja kryształków lodu. Czasem zresztą przelot samolotu nisko nad warstwą chmur, wywołuje zjawisko wyglądajce jak negatyw smugi kondensacyjnej - cienki prześwit w chmurach wzdłuż trasy przelotu:
W przypadku mojej dziury, miała ona kształt wydłużonego owalu, dwa razy dłuższego niż szerokiego, ze środkiem zakrytym wtórną chmurą. Kierunek w którym się wydłużała odpowiadał kierunkowi jednego z korytarzy powietrznych nad Białą Podlaską

Niekiedy niezwykłość zjawiska wzbudza podejrzenia, czy przyczyna nie jest aby nadnaturalna lub pozaziemska, jak w przypadku niedawnego otworu w chmurach w Meksyku, czy dziwnego zjawiska nad Moskwą, uznanego za wynik działalności UFO.
Fundacja Nautilus poświęciła podobnemu przypadkowi cały artykuł, uznając że dziura w chmurach nad Poznaniem jest "wypalona w chmurach" przez statki kosmiczne, widoczne na ich zdjęciach jako niezidentyfikowane punkciki.

Wedle najnowszego artykułu na ten temat, opublikowanego w Science, samoloty są główną przyczyną powstawania tych otworów, zaś samo zjawisko może odpowiadać za zwiększoną ilość śnieżyc w okolicach lotnisk[1]
Więcej zdjęć: http://www.wkrg.com/weather/article_education/hole_punch_clouds/4097/
http://www.nasa.gov/topics/earth/features/hole-punch.html
----
[1] http://www.wired.com/wiredscience/2011/06/airplane-cloud-holes/